Z toruńskiego Rynku wprost na sceny stand-upowe. Damian spełnia marzenia i rozśmiesza coraz liczniejszą publiczność
Na co dzień jest nauczycielem historii, a po godzinach bardzo angażuje się w działalność lokalnego klubu Toastmasters oraz rozwija swoją karierę stand-upera. Absolwentowi Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu Damianowi Głowińskiemu udało się supportować samego Tomka Karolaka!
Za co najbardziej lubisz Toruń jako osoba, która już w tym mieście nie mieszka?
Toruń uwielbiam za jego magiczny urok. Nigdzie indziej na całej kuli ziemskiej nie ma takiego klimatu, a hasło "Gotyk na dotyk" idealnie oddaje nie tylko wiodący styl architektoniczny miasta, ale także niesamowite połączenie średniowiecza i modernizmu, które tutaj panują. Za każdym razem kiedy tutaj jestem, czuję się jak w domu i całe miasto ma w sobie polokowane niesamowite historie, które za każdym razem odżywają w moim sercu, kiedy wjeżdżam do Grodu Kopernika przez "stary most". A kiedy jestem pod Arkadami czuję zapach "zapieksa z kieczapem" i z utęsknieniem witam przyjaciela Mikołaja przy Ratuszu Staromiejskim. Dodam jeszcze, że jako absolwent historii na UMK, mam słabość do historii. Różnych historii.
Jak zaczęła się twoja przygoda z toastmasters? Dlaczego zdecydowałeś się właśnie tak spędzać wolny czas?
- Po raz pierwszy o Toastmasters International usłyszałem, jakże by inaczej, w Toruniu, od znajomego. Powiedział że skoro lubię gadać, to jest miejsce, gdzie się świetnie odnajdę. Usłyszałem także, że tam mogę się nauczyć jak zostać świetnym mówcą i liderem. Po raz pierwszy wybrałem się na spotkanie Toastmasters w Łodzi sześć lat temu, a potem w swoim tygodniowym grafiku zaplanowałem, że co czwartek będę chodzić na "Tosty", gdzie uczyłem się lepiej mówić i zarządzać zespołami ludzi. Tak zostało do dziś. Dzięki uczęszczaniu na spotkania organizacji nauczyłem się lepiej mówić, panować nad stresem i lepiej prezentować się podczas wystąpień publicznych. Mogę jeszcze dodać że w Toruniu również istnieje klub TMI i należałem do niego przez dwa lata jako członek. Nadal się przyjaźnimy i widzimy na różnych wydarzeniach. To moi przyjaciele "od sceny".
Jakimi sukcesami toasmastersowymi możesz się pochwalić?
- Kiedy dołączyłem do Toastmasters od razu zakasałem rękawy i wziąłem się do pracy. Od tego czasu wziąłem udział w kilkudziesięciu konkursach mów, część z nich przegrałem, ale część z nich wygrałem, dochodząc nawet do etapu Mistrzostw Polski w Olsztynie w 2022 roku. Mistrzem nie zostałem, ale sufit podniosłem sobie wysoko jako Finalista. Po konkursach rozpoczęła się moja przygoda z konferansjerką, gdzie prowadziłem konferencje dla ponad 200 osób w Olsztynie (2022), ponad 300 osób w Toruniu (2023) czy po angielsku dla ponad 100 osób, ponownie w Toruniu (2025). Miałem również przyjemność wspierać członków organizacji w ich rozwoju w miastach takich jak Łódź, Częstochowa, Kielce, Gdańsk, Sopot, Gdynia, Toruń i Bydgoszcz. Przez rok odpowiadałem za około 250 "dusz". Edukacyjnie też się nie obijałem, skończyłem 3 ścieżki rozwoju (nazywane Pathways) w 3 lata. Dzięki nim nauczyłem się następujących supermocy: Innowacyjnego Planowania, Mistrzostwa Prezentacji i Angażującego Humoru.
Co chciałbyś jeszcze w tej dziedzinie osiągnąć?
- W dziedzinie Toastmasters udało mi się osiągnąć już dużo, nauczyłem się wiele. Ponownie startuję w konkursach, więc tytuł Mistrza Polski w publicznym przemawianiu w przyszłości byłby miłym stemplem na karierze konkursowej. Ale do tytułu daleka droga, więc na razie metodą "małej łyżki", każdy kolejny wygrany konkurs na pewno będzie mnie cieszyć. Ponadto jestem na finiszu projektu Distinguished Toastmaster - najwyższego indywidualnego wyróżnienia w Organizacji. Otrzymuje się je za sukcesy liderskie. Mogę powiedzieć nieoficjalne, że na sześć kamieni milowych, które trzeba wykonać, mam już cztery, wiec już prawie w ogródku (śmiech). Organizacji Toastmasters jestem również wdzięczny za nawiązanie wielu kontaktów i dzięki nim w 2025 roku prowadziłem jako konferansjer Kongres ERP w Katowicach i TEDex w Bydgoszczy. Bo ktoś mnie gdzieś zobaczył i zobaczył we mnnie potencjał, bo ktoś zobaczył we mnie ogień i pasję która udziela mi się na scenie pod wpływem stresu, bo ktoś mi zaufał i dał robotę. Więc może nowy rok przyniesie mi jakieś kulturalne eventy do poprowadzenia. Propozycje z Torunia biorę w ciemno (śmiech).
Naturalnym "krokiem dalej" był Stand-up? Kiedy uświadomiłeś sobie, że masz talent nie tylko do przemawiania ale i rozśmieszania publiczności?
- W Toastmasters są mowy humorystyczne, ale mają one dość duży nacisk zaplanowania. Mnie od zawsze intrygowała kwestia improwizacji i odtwarzania nie do końca opracowanego tekstu. Poza tym w takich mowach brakowało mi nawiązywanie żywej relacji, tego co "tu i teraz". Zobaczyłem taki "krok dalej" w Stand-up'ie. Oglądałem występu na YouTube, chodziłem oglądać komików na żywo. Fascynowało mnie, jak codzienne sprawy łączą publiczność i osobą z mikrofonem. Jedynym stojącym, czasem ubranym w dres, a nie w garniak jak na konferencji... No i mnie chwyciło. Zawsze lubiłem humor, ale każdy z nas ma swoje poczucie humoru. Kiedy w Dzień Nauczyciela zrobiłem roast, zamiast życzeń dla moich koleżanek i kolegów z Grona Pedagogicznego i ludzie się śmiali, wiedziałem że to zrobię. Pytanie tylko kiedy i gdzie.
W jakich okolicznościach odbył się twój pierwszy stand-up? Pamiętasz te emocje?
- Los pozwolił mi zadebiutować po raz pierwszy jako komik w jaskini lwa branży - restauracji Komediowa Rafała Paczesia. Nikt o zdrowych zmysłach myśląc o debiucie na scenie Stand-up'u nie wybrał by tego miejsca. A ja wybrałem i przeżyłem. I poznałem mojego idola i dzieliłem z nim scenę. I czułem gęsią skórkę w momencie, kiedy Rafał mnie zapowiadał. W maksymalnym stresie, przy aplauzie ludzi których nie znałem, wyszedłem i opowiadałem żarty. Nie wszystkie "siadły", zdarzyło mi się kilka razy "zbombić". Ale przeżyłem i dostałem brawa, potem gratulacje od Paczesia, uścisk dłoni, pamiątkowe zdjęcie i powrót do domu. Stres nie dał mi w nocy spać, na szczęście na drugi dzień było Święto 3 Króli, więc nie musiałem iść do szkoły. Kiedy wrzuciłem selfie z Opena na relację na Facebooku, znajomi cieszyli się że oglądałem występ Paczesia na żywo, a ja nie oglądałem - występowałem z nim i przeszedłem swój chrzest bojowy! Wstąpiłem do grona polskich komików.
Wystąpiłeś także w Toruniu i to przed Tomkiem Karolakiem. To już musiał być totalny roller coaster - w swoim ukochanym mieście, przed znanym i cenionym artystą. To był pewnego rodzaju moment przełomowy?
- Pod koniec mojego pierwszego roku jako komik-amator udało mi się nawiązać współpracę z Tomaszem Karolakiem. Miał prezentować swój performance przez 90 minut, a ja miałem być jego suportem, grając pierwsze 10. Na rozgrzewkę, dla ludzi. Przygotowałem garnitur, zrobiłem notatki, pojechałem do Domu Kultury w Klukach (woj. łódzkie - red.). Na miejscu okazało się że gwiazda wieczoru nie wystąpi, i początek współpracy spalił na panewce. Wziąłem jednak sprawy w swoje ręce, powiedziałem do Dyrekcji DK żeby mnie zapowiedziała, a ja coś chociaż powiem. Ludzie zapłacili za bilety, i chociaż obiecano im zwrot pieniędzy, to nie chciałem żeby wracali do domów smutni. Pani Dyrektor weszła na scenie mówiąc, że "nie zobaczymy dziś Pana Karolaka ale jest taki chłopak..." i wyszedłem ja. Do wkurzonych ludzi, którzy zobaczyli kogoś za kogo nie zapłacili. I zagrałem swój monolog, tzn. swoje 10 minut... i 90 minut Karolaka też. Po pół godziny wkurzone miny na publiczności zelżały, po 45 minutch pojawiało się coraz więcej uśmiechów, po godzinie z hakiem już wiedziałem że są moi. Na koniec występu pojawiły się ogromne brawa, całkiem nieźle jak na ponad półtora godziny humorystycznej improwizacji. Co do roller coasteru - w styczniu kolejnego roku Tomasz Karolak miał występować w Łodzi, dlatego też skontaktowałem się ponownie z menagerem Tomasza i umówiłem się na ponowny support. Tym razem się udało. Zagraliśmy razem, kolejny wspólny występ ponownie w Łodzi w marcu. A na kwiecień przypadł występ w Lizard Kingu w Toruniu. Tam musiałem się pojawić. I to na "swoim podwórku". Żartowałem o Rubinkowie, gotyku, piernikach i pewnym radio... Ludziom się podobało, mój supervisor Tomasz raczej też, dostałem tylko info zwrotne że czasami "faflunię" czyli za szybko mówię, ale cóż... Nie jest łatwo być komikiem we własnym mieście (śmiech).
Gdzie możemy cię zobaczyć i usłyszeć w najbliższym czasie?
- W tym roku planuję nie zatrzymywać się na scenach konferansjerki i Stand-up'u. Na ten rok przewiduję co najmniej dwie konferencje które poprowadzę i około 10 występów na Stand-up'ie. Najbliższy zaplanowany występ to 6 lutego w Żywcu - tam mnie będzie można zobaczyć i usłyszeć.
Jak dajesz radę pogodzić te wszystkie obowiązki - pracujesz przecież w szkole, masz zobowiązania rodzinne? Czy twoja doba też ma tylko 24 godziny?
- Niestety jestem zwykłym śmiertelnikiem i moja doba również ma tylko 24 godziny. Jako nauczyciel historii pracuję na pełen etat, stąd też czas na pozostałe aktywności jest dość ograniczony. Co prawda trzydniowe konferencje zazwyczaj odbywają się w weekendy, ale występy typu Stand-up lub jednodniowe prelekcje odbywają się w środku tygodnia. Dlatego umiejętność planowania jest potrzebna. Na szczęście jedna z moich pierwszych supermocy - Innowacyjne Planowanie nauczyło mnie... planować każde moje wystąpienie z wyprzedzeniem. Dlatego używam takich wspomagaczy jak mapy myśli i listy TO DO.
Kiedy planujesz odwiedzić Toruń i Chełmżę w najbliższym czasie?
- Toruń czyli moje ukochane miasto odwiedzam razem z partnerką raz na kilka tygodni. W zależności od pory roku - Walentynki, Dzień Kobiet, urodziny moje lub Jej - staram się swoje pobyty przedłużać w Grodzie Kopernika. A że po drodze do mojej rodziny znajduje się Chełmża, czyli miejsce zamieszkania moich dziadków, również tam chętnie zaglądam. Tym bardziej że Toruń i Chełmża są zawsze w duecie, Jak Łódź i Zgierz.
Adrian Aleksandrowicz, redaktor naczelny portalu Metropolia Toruńska .pl