"Niektórzy myślą, że mają trzy życia". Tak wygląda dzień motorniczej toruńskiego MZK [reportaż]
Zamyśleni piesi, hulajnogi wyjeżdżające zza zakrętu, wózki dziecięce na torach, ale też słodycze od pasażerów i ogrom satysfakcji - to tylko ułamek codzienności motorniczych toruńskiego MZK. Jedna zmiana, przy której towarzyszyliśmy Lidii Olszewskiej - motorniczej i instruktorce z jednym z największych staży w Toruniu - ma wiele obliczy. Praca zaczyna się wtedy, kiedy większość mieszkańców przewraca się w łóżku na drugi bok.
Jest 4:10, kiedy spotykamy się z panią Lidią na pętli Motoarena. Za 20 minut motornicza zacznie pierwszy kurs na linii numer 3 na osiedle Jar.
- Jak idę na 4:15, wstaję o 2:50. Śniadanie jem dopiero w pracy, generalnie staram się wstawać godzinę przed wyjazdem z domu. Najgorzej jest zimą, jak jest ciemno i zimno, ale latem przyjemnie się wstaje o takich godzinach - mówi motornicza.
Codzienność motorniczej przez przypadek
Obowiązki zaczynają się od odebrania dokumentów, załączenia wozu, obchodu wokół tramwaju, sprawdzenia, czy nie ma żadnych uszkodzeń i czy działają kasowniki, drzwi, wszystkie systemy.
– Zdarza się graffiti. Wtedy to zgłaszamy, tramwaj jedzie do zajezdni i jest czyszczony, a my bierzemy inny dostępny wóz – mówi pani Lidia.
Do MZK trafiła trochę przez przypadek 12 lat temu. Nie interesowała się komunikacją miejską. Tramwaj był dla niej zwykłym środkiem transportu.
– Jeździłam nimi do szkoły, ale nie byłam pasjonatką. Dostałam informację, że będzie otwierana linia na UMK i będą potrzebni motorniczowie. Był trochę dylemat, bo w domu dwójka małych dzieci, a tu do pracy trzeba wstać o trzeciej rano lub kończy się koło północy. Jednak postanowiłam złożyć CV i w końcu dostałam telefon, czy nadal jestem zainteresowana. Jeździłam na "elce", z godziny na godzinę coraz więcej rozumiałam i mi się spodobało - wspomina.
Ulubiona linia? Motornicza takiej nie ma, chociaż "trójka", przy jeździe którą będziemy towarzyszyć pani Lidii, jest jedną z bardziej lubianych.
- Lubię ją, bo jest najdłuższa. Minusem są wtorki i piątki – dni targowe. Wtedy od godz. 9 do popołudnia jest tłum w okolicach Szosy Chełmińskiej i momentami jest niebezpiecznie. Sporo osób niestety wchodzi na torowisko bezpośrednio przed nadjeżdżający tramwaj, dobiegają, a kierowcy mają problem z wyjazdem z parkingów, niestety często nas blokują.
Tramwaje w Toruniu. Codzienne próby przewidywania, co zrobią inni
To właśnie nieprzewidywalność na drodze jest najbardziej stresującym czynnikiem w prowadzeniu tramwaju. Pesy Swingi, które jeżdżą po Toruniu, ważą kilkadziesiąt ton. Droga hamowania jest wielokrotnie dłuższa niż zwykłego samochodu, nawet przy minimalnych prędkościach. Stąd częstym akompaniamentem motorniczych jest dzwonek, ostrzegający innych uczestników ruchu.
W godzinach szczytu z tramwaju kilkanaście razy wydobywa się charakterystyczny dźwięk dzwonka. Doskonale zna go każdy, kto kiedykolwiek zablokował torowisko albo wepchnął się przed tramwaj. Dla motorniczej to jednak nie samochody są największym problemem.
- Po kierowcach jednak bardziej wiemy, czego możemy się spodziewać niż po nieuważnych rowerzystach czy osobach na hulajnogach, które są dla nas najbardziej nieprzewidywalne.
Jak na potwierdzenie tych słów, kilka minut później tuż obok tramwaju przejeżdża kilkuletnie dziecko na hulajnodze, chcące przejechać przez torowisko. Kilka metrów za nim biegnie zmachany rodzic. "Stój!" - krzyczy i maluch w ostatniej chwili się zatrzymuje. Od tragedii dzieliły wszystkich tak naprawdę sekundy, bo motornicza nie miałaby szans zatrzymać czterdziestotonowego tramwaju. I takich sytuacji codziennie jest wiele.
- Przy okazji opadów deszczu czy śniegu ludzie chodzą z parasolami, w kapturach i są mniej ostrożni. Wtedy musimy bardziej uważać, bo nie wszyscy patrzą, co się dzieje wokół nich. Są osoby, które zobaczą, że jedzie tramwaj i się cofną albo nie wejdą na przejście, ale są tacy, którzy myślą, że mają trzy życia. I nie ma reguły, czy to są starsi czy młodsi - zwraca uwagę pani Lidia.
Motornicza po latach praktyki i kilku kolizjach doskonale już zna najbardziej newralgiczne miejsca na mapie Torunia, gdzie mogą zdarzyć się kolizje.
- Zwalniam w tych miejscach, nie pędzę, żeby uniknąć zdarzenia. Kolizje są stresujące, miałam kilka niedużych, ale jednak były to nieprzyjemne sytuacje. Szkoda zdrowia, tramwaju i czasu, lepiej czasami dojechać później, ale w jednym kawałku.
MZK Toruń. Kiedyś plac i łuk, dziś czuwak i zwrotnice
Pani Lidia, zanim zaczęła pracę w MZK, była instruktorką na prawo jazdy kategorii B. Dziś szkoli przyszłych motorniczych.
- To u nas rodzinne – tata jest instruktorem, brat - egzaminatorem. W MZK proponowali, żebym zrobiła też instruktora na tramwaj. Nauczanie kursantów nie jest dla mnie kłopotem, bo lubię pracować z ludźmi. Wiadomo, są różni, ale to jest satysfakcjonujące, kiedy widzę jak ktoś się rozwija, zaczyna interesować się i lubić to.
Sama doskonale pamięta swoje pierwsze jazdy.
- Jak ruszaliśmy i wjeżdżaliśmy na łuk, to patrzyłam jak biegną tory, a tramwaj wydawało się jakby jechał na wprost. Wózek jest kawałek dalej niż przód tramwaju i dlatego wydaje się że tramwaj jedzie prosto, a powinien skręcać. Na początku było dziwnie, ale dużo oglądałam w internecie filmików, uczyłam się i było coraz łatwiej.
Przyuczenie do prowadzenia tramwaju to zupełnie inna historia niż podwyższenie kategorii prawa jazdy na samochód po wcześniejszej nauce jazdy autem. Mało kto ma pojęcie o tym, jak kierować tramwajem.
- Kursantów najbardziej zaskakuje, że muszą cały czas mieć stopę na czuwaku, patrzeć na sieć, zmieniać zwrotnice, uważać na pieszych, samochody. Okazuje się, że jazda tramwajem to nie jest tylko otwieranie i zamykanie drzwi. Jest też sporo teorii – o pantografie czy budowie tramwaju.
Kursant, zanim zacznie wozić pasażerów, musi wyjeździć 30 godzin. Zdaniem pani Lidii to wystarczająco w niewielkim mieście jak Toruń. W większych ośrodkach tych godzin szkoleniowych jest więcej. Po zdaniu egzaminu, przez 100 godzin motorniczy jeździ ze swoim patronem w czasie szkolenia stanowiskowego.
- Chodzi o to, żeby jeszcze douczyć nową osobę w zakresie jazdy z pasażerami, bo nauka samej jazdy odbywa się bez pasażerów.
Dlaczego tramwaje się spóźniają i nie zabierają "biegaczy"?
Przez 12 lat motornicza poznała Toruń z zupełnie innej perspektywy niż większość mieszkańców. Wie, gdzie najczęściej tworzą się korki i na których skrzyżowaniach można stracić kilka minut, doskonale zna sekwencje sygnalizacji świetlnej. Nie zawsze jednak doświadczenie wystarcza, żeby utrzymać rozkład jazdy. Czasem wystarczy pechowo trafić na światła.
– Na Alejach czasami stoimy nawet 3 cykle po 3 minuty – robi się z tego prawie 10 minut postoju na światłach. Nie jesteśmy wtedy w stanie być na czas. Nawet przy bardzo spokojnym przejeździe, bez żadnych niespodzianek, wystarczy raz źle trafić na światła i już łapiemy opóźnienie. Przejechanie trasy planowo jest z reguły niemożliwe - wyjaśnia.
– Na początku się stresowałam. Teraz już wiem, że nic z tym nie jestem w stanie zrobić. Rozkład jest ułożony tak, a nie inaczej, a ja nie będę gnać na złamanie karku. Bezpieczeństwo pasażerów, innych uczestników ruchu i moje jest najważniejsze.
To samo dotyczy pasażerów dobiegających do tramwaju. Każdy motorniczy zna sytuację, kiedy ktoś macha z końca przystanku i próbuje zdążyć w ostatniej chwili.
- Zabieram ludzi, jeśli widzę, że i tak będę czekała na światło. Ale jeśli za chwilę będę mogła jechać, bo mam już "zielone" światło, a ktoś mi biegnie przez przejście dla pieszych na czerwonym, żeby go zabrać, to wpuszczenie pasażera spowoduje, że znowu będę stała 3 minuty, jak np. na przystanku Odrodzenia. Naprawdę wszystko zależy od tego, gdzie jestem, jak trafię ze światłami, ile mam opóźnienia. Nieraz zdarza się, że już i tak mam opóźnienie 5-6 minut i nie mogę czekać dłużej dla jednej osoby, przecież w tramwaju już są pasażerowie, którzy też chcą gdzieś dojechać w miarę punktualnie.
Słodko-niebezpieczna codzienność motorniczej
Zdarzają się pasażerowie, których się pamięta.
- Ostatnio poczekałam na starszą panią, widać było, że mogła mieć około 80 lat. Co prawda tylko dwa przystanki jechała, ale jak wysiadała, zapukała mi tu w szybkę i przez "okienko" podała "teatralnego", to było bardzo miłe.
Kiedy indziej starsze małżeństwo poczęstowało motorniczą cukierkami. Takie momenty zdarzają się jednak rzadziej niż skargi.
– Pochwałę od pasażera dostałam przez 12 lat jedną. Skarg jest mnóstwo. Od tego, że kasownik nie działa, po to, że w tramwaju jest za ciepło lub za zimno albo że szarpało. Niestety ludzie są coraz bardziej roszczeniowi, ale fajnie jest usłyszeć coś miłego od pasażera. Czasami czytam komentarze w internecie, ale nie emocjonuję się tym. Wiem, że jakby na moim miejscu usiadła osoba komentująca posty w internecie, to by widziała, że tak naprawdę nic nie wie o naszej pracy.
Dojazd na przystanek, sprawdzenie otoczenia w lusterkach, otwarcie drzwi, upewnienie się, czy wszyscy wsiedli i zajęli miejsca, zamknięcie drzwi, zmiana zwrotnicy, kierunkowskaz, "gaz" - w kabinie motorniczej cały czas się coś dzieje. Skupienie przy kierowaniu kilkudziesięciotonowym kolosem jest maksymalne i niezbędne także w najmniej oczekiwanych momentach.
- Ostatnio miałam sytuację, że ktoś zostawił na torach wózek typu "spacerówka", było to przy ul. Gołębiej. Serce mi stanęło. Zatrzymałam tramwaj i poszłam zobaczyć do tego wózka. Na szczęście okazało się, że jest pusty. Cały czas muszę obserwować torowisko, zdarza się, że trzeba usunąć jakieś przeszkody. Zimą z kolei najgorzej było z oblodzeniem sieci trakcyjnej, na szczęście była sprawnie oczyszczana. Jesienią z kolei są problemy, kiedy zrobi się błoto i są mokre liście, robi się wtedy naprawdę ślisko.
Tu ciężko o rutynę
Zmiana pani Lidii kończy się przed 13 zamianą na którymś z przystanków z motorniczym, który zastąpi ją na linii numer 3 do końca dnia.
- Po pracy czekają na mnie typowe domowe obowiązki, w wolnej chwili siłownia – bo jednak praca siedząca, więc trzeba się poruszać.
Mimo nieprzyjemnych stron swojej pracy, bardziej w pamięci zapadają jednak miłe sytuacje i satysfakcja z uczenia swojego fachu kursantów. Swój urok ma także jazda pustymi ulicami miasta o poranku, ale też godziny szczytu, kiedy trzeba być maksymalnie skupionym i czuć na sobie tętno miasta.
- Uwielbiam tę pracę i nie wyobrażam sobie teraz siebie gdzieś indziej. Bardzo lubię samą jazdę tramwajem, niepowtarzalność sytuacji i kontakt z ludźmi. Mam nadzieję, że wszystko ułoży się tak, że już nie będę musiała zmieniać pracy - mówi pani Lidia.