Mistrzyni Polski od ponad 5 lat uczy Torunian pić dobrą kawę. Jej Projekt Nano to coś więcej niż kawiarnia
Kamila "Kama" Adamiec ma na półce pokaźną kolekcję nagród za przygotowanie najlepszej kawy przelewowej, w tym grand prix Mistrzostw Polski i wysokie 17. miejsce wywalczone na Mistrzostwach Świata. Smakiem kawy jest zafascynowana od kilkunastu lat – tylko napoje i wypieki najwyższej jakości serwuje w Projekcie Nano przy ul. Podmurnej. To klimatyczne miejsce traktuje jako swój drugi dom i razem z załogą dokłada wszelkich starań, aby ludzie czuli się w nim dobrze.
Pamiętasz, kiedy pierwszy raz poznałaś smak kawy?
- Chyba w przedszkolu (śmiech). Często serwowano nam kawę zbożową z mlekiem, byłam przekonana, że to ten sam napój, który bardzo często pili moi rodzice. Z resztą rodzice często pozwalali mi próbować różnych rzeczy. Dla przykładu mój dziadek często wyjeżdżał za granicę do pracy. Z Niemiec przywoził nam wszystkie nowinki m.in. kawy instant w proszku. Pamiętam, że miałam pozwolenie na spróbowanie takich pyszności z zachodu. Moje życie zmieniło się, kiedy spróbowałam kawy wysokiej jakości, byłam wtedy studentką, miałam 19 lat, czyli było to 13 lat temu.
13 lat temu poznałaś smak "prawdziwej" kawy, a od kiedy zaczęłaś go rozumieć?
- Pamiętaj, że w liceum i na studiach miałam duży problem z kawą. Źle się po niej czułam, ona mi nie smakowała. Zaczęłam wtedy pracę w kawiarni, obserwowałam co piją moje koleżanki z pracy, to zawsze była kawa z dużą ilością mleka, syropami i bitą śmietaną. Spróbowałam tego, czym zachwycały się dziewczyny i to mi absolutnie nie zasmakowało. Zrozumiałam co to jest kawa, kiedy pierwszy raz wypiłam kawę przelewową. Miałam maksymalnie 21 lat i przekonałam się, że to właśnie jest kawa. Od tego momentu cały czas staram się poznawać ten smak na nowo i wydaje mi się, że coraz bardziej go rozumiem.
PRZYWITANIE, Fonte & Nano
Jesteś przede wszystkim pasjonatką tego głębokiego aromatu "małej czarnej", masz na swoim koncie tytuł Mistrzyni Polski, a w Toruniu określa się ciebie nawet "królową kawy"- tak pół żartem, pól serio. Czy aby udawało ci się spełniać oczekiwania gości Projektu Nano, musisz ciągle być otwarta na nowe smaki, jakie niesie za sobą kawa?
- Na pewno kawa to produkt, którego popularność i plastyczność, czyli potencjał, aby wyczarować z niego coś innego, dobrego i nietuzinkowego dynamicznie się zmienia. Ostatnie 20 lat pokazały, jak bardzo zmieniało się podejście do parzenia kawy. Zmiany postępowały stosunkowo wolno, ale teraz właściwie co roku mówimy o nowych trendach. Zmienia się też dostępność i z tego się bardzo cieszę. Staram się być na bieżąco, co nie jest proste, cały czas się certyfikuję i tak naprawdę każdego dnia odkrywam ten smak na nowo. W 2025 roku zdobyłam trzy ważne certyfikaty, a pod koniec stycznia lecę do Dublina, aby nauczyć się czegoś nowego. To, co pokazuję w kawiarni musi korespondować z tym, co jest modne w świecie wielbicieli naprawdę dobrej kawy, odpowiadam na to, czego nasi goście oczekują i szukają. Staram się też wyprzedzać ich oczekiwania. Myślę, że całkiem dobrze mi i moim współpracownikom to wychodzi.
Ta chęć rozwoju i spełniania oczekiwań gości oraz potrzeba edukowania Torunian przyświecała ci, kiedy zdecydowałaś się otworzyć Projekt Nano?
- Kiedy zdecydowałam się założyć ten Projekt to w Toruniu nie istniał jeszcze rynek. Świadomość tego, jak naprawdę może smakować dobra kawa, była wtedy jeszcze stosunkowo niska. Przyjechałam do Torunia z Poznania, gdzie odbiorcy byli bardziej świadomi, bo kawy speciality były po prostu bardziej dostępne. Od samego początku Projekt Nano miał pełnić także funkcję edukacyjną – sama siebie rozwijałam i przekazywałam to dalej, żeby budować Nano-społeczność i żeby nasi potencjalni goście poznawali świat dobrze palonych ziaren wysokiej jakości. Robię to do dzisiaj prowadząc warsztaty, darmowe cuppingi (degustacja kawy – red.) i poboczne eventy. Jako ekipa Nano chcemy w ten sposób złapać naszego gościa za rękę i wprowadzić go w naszą codzienność.
Czym tak naprawdę dla ciebie jest Projekt Nano, bo to zdecydowanie coś więcej niż po prostu kawiarnia, prawda?
- Zdecydowanie to dla mnie coś więcej. Nigdy nie mówię też, że Nano to moja praca. Od samego początku to nie miała być tylko kawiarnia, a projekt – na co wskazuje nazwa. Zależało mi na tym, żeby pokazać, że będzie to coś bardzo dynamicznego. Od 2018 roku, kiedy otworzyłam Projekt Nano, staram się, żeby było to miejsce, w którym ludzie dobrze się czują – dotyczy to zarówno gości, jak i moich współpracowników. To jest miejsce, gdzie można odpocząć, wypić coś dobrego i zjeść coś pysznego i "prawdziwego" Wszystko robimy sami i staramy się, żeby i w tych filiżankach i na talerzach pojawiło się to, co czujemy i chcemy żeby smakowało to jak najlepiej. Zapraszamy tu lokalnych artystów, organizujemy koncerty i wystawy. Nawiązaliśmy współpracę z różnymi środowiskami. Nawet rower, który wisi na naszej ścianie znalazł się tu w wyniku kooperacji z właścicielem jednego z warsztatów rowerowych.
Kiedy myślę o Projekcie i o całym spektrum twoich działań, wydaje mi się, że można cię nazwać jedną z pionierek takiego otwarcia na różne kooperatywy z innymi restauratorami i artystami. Czy ta otwartość i zrozumienie potrzeb innych twórców to jest według ciebie nowa jakość?
- Oczywiście, że tak jest. Bardzo się cieszę, że nasze działania odbijają się tak szerokim echem. Dostaliśmy wiele propozycji zrobienia czegoś wspólnie, od nas wyszło też wiele zaproszeń do działania. Robimy rzeczy, o których jeszcze niedawno byśmy nawet nie pomyśleli. Zamieniliśmy na jeden wieczór Nano w restaurację, pracując z Pawłem Zasławskim, odbywały się u nas degustacje wina. To wszystko jest bardzo kreatywne i rozwijające, chociaż wiąże się to z ogromną rewolucją, bo musimy przeorganizować całą przestrzeń i plan dnia. Razem z moją załogą chcemy, aby fachowość, która nas wyróżnia, została z nami na każdym etapie każdego działania. Każda degustacja wina wymusza na nas stworzenie w głowach nowej bazy danych. To bardzo rozwijające. Mam też wrażenie, że kiedy otwieramy się na "coś więcej" to starówka i cały świat toruńskiej gastronomii obiera zupełnie inną dynamikę. To jest super.
Wspominasz o współpracy ze znanymi szefami kuchni, o roli lokalnych twórców i artystów, a czy w głowie kiełkuje Ci pomysł na kolejną kooperatywę? Masz jakieś marzenie na kolejne "coś więcej"?
Chciałabym pod tym dachem zrealizować wiele innowacyjnych pomysłów. Marzę o tym, żeby kiedyś zrobić imprezę przez cały wieczór i pól nocy – żeby ludzie bawili się przy wyśmienitych daniach, dobrym winie. Może trochę ruchu, trochę tańca? Mam nadzieję, że w którymś letni wieczór zamienimy ulicę Podmurną w jeden wielki parkiet taneczny (śmiech).
Od marzenia wszystko się zaczyna, prawda? Taki był też początek Projektu Nano? Miałaś marzenie, żeby nauczyć mieszkańców grodu Kopernika pić dobrą kawę?
- Tak naprawdę Nano powstało chwilę po tym, jak wróciłam z Mistrzostw Świata w Brazylii. Wylądowałam w Toruniu bo mój mąż dostał w tym mieście kontrakt. Przyjechałam do grodu Kopernika i dostałam propozycję pracy, ale to nie wypaliło. Czyli... chwilę po powrocie z Brazylii zostałam bez pracy. Paweł (mąż – red.) rozpoczął tutaj kontrakt więc nie było opcji, żeby przenieść się do innego miasta. Bardzo ciężko było mi znaleźć miejsce dla siebie. Wtedy miałam mega flow i zaczął się etap mojej największej miłości do kawy, który zresztą trwa do dzisiaj, byłam głodna wyzwań i chyba stworzyłam sobie miejsce do codziennego działania. Zawsze chciałam mieć kawiarnię i tak powstało Nano.
Czyli właściwie zaprojektowałaś sobie przestrzeń życiową?
- Ciekawe stwierdzenie. Ale zgadzam się, tak właśnie było.
Zgadzasz się ze stwierdzeniem, że jesteś artystką sztuki parzenie kawy?
- Wow. Staram się patrzeć na siebie jak na rzemieślniczkę. Lubię prostą, zwyczajną pracę z kawą. Lubię się ją ubrudzić, lubię się pomylić i zaparzyć kawę jeszcze raz. Bardzo cenię ten moment, kiedy przygotowuję się do zawodów. Zamykam się wtedy w swojej szkoleniówce i nie ma do mnie dostępu. Jestem z kawą sam na sam. Artystka brzmi bardzo górnolotnie, dlatego uważam się za rzemieślniczkę, ale bardzo oddaną produktowi.
Prosta rzemieślniczka... A ile masz tytułów mistrzowskich?
- No trochę mam (śmiech). Jeśli ktoś uważa mnie za artystkę, to jest mi bardzo miło, ale zdecydowanie bardziej przekonuje mnie bycie po prostu rzemieślniczką.
Pamiętasz swój pierwszy mistrzowski tytuł?
- Jakby to było wczoraj (śmiech). To był rok 2018, zdobyłam wtedy Mistrzostwo Polski w przelewowym przygotowywaniu kawy – czyli Brewers Cup. Wtedy otworzyły się przede mną drzwi do "kariery". Był to też bilet do Brazylii, gdzie odbywały się Mistrzostwa Świata i tam zdobyłam 17. miejsce, z czego jestem mega dumna. Dla dziewczyny, która zaledwie kilka lat pracowała z kawą to było przełomowe i bardzo ważne. To na pewno dodało mi też pewności siebie. Po tym nigdy nie zdobyłam ponownie tytułu mistrzowskiego. Przeważnie stawałam na podium jako srebrna lub brązowa medalistka. W 2025 roku zajęłam czwarte miejsce.
Te sukcesy jak i te sukcesy, które mniej cieszą, bo mówi się, że czwarte miejsce jest zawsze najgorsze, mobilizuję cię, aby dawać z siebie jeszcze więcej?
- Starty w zawodach są dla mnie przestrzenią, kiedy dostaję taką dawkę adrenaliny, której nie udaje mi się znaleźć nigdzie indziej. Ostatnie Mistrzostwa Polski były dla mnie przełomowe. Pojechałam na nie bardzo dobrze przygotowana, miałam doskonałą kawę i świetnie ją zaprezentowałam. Mój mental, niezwykle potrzebny, był na dobrym poziomie. Ale w finale wydarzyła się rzecz prozaiczna, na którą nie miałam wpływu i to złamało moje serce – zepsuł mi się młynek. Nie uważam zdobycia czwartego miejsca za sukces. Przez tę sytuację przegrałam, ale jestem przekonana, że minimum srebrny medal był w moim zasięgu.
Jeśli ktoś uważa mnie za artystkę, to jest mi bardzo miło, ale zdecydowanie bardziej przekonuje mnie bycie po prostu rzemieślniczką
Ale jeśli już rozważamy czwarte miejsce w kategoriach porażki, to chyba przegrał młynek, a nie ty?
- Finalnie to moje nazwisko padło jako zdobywczyni czwartego miejsca. To jest element zawodów. To jest ok, bo teoretycznie nie powinnam dokończyć prezentacji i zamykać finałową szóstkę. Oceniono mnie lepiej, więc mając chłodniejszą głowę to uważam, że to było super, natomiast chciałam, mogłam, liczyłam na więcej. To we mnie coś zmieniło. Każdy start, niezależnie od wyników dawał mi ogromną motywację. Ta młynkowa sytuacja coś we mnie wyłączyła. Coś się zmieniło.
Potrzebujesz teraz oddechu żeby to przepracować?
- Na pewno muszę zrobić krok w tył i spojrzeć na tę sytuację z dystansem. Zawody są nieodłącznym elementem mojego życia. Jestem na takim etapie, że mam świadomość własnych możliwości. Na ostatnie mistrzostwa jechałam wiedząc, że jestem gotowa żeby wygrać. Ale wyszło, jak wyszło. Potrzebuję złapać oddech, ale na pewno nie zrezygnuję z zawodów, bo ich potrzebuję. Dostałam w 2025 roku zaproszenie do sędziowania w Mistrzostwach Polski, ale w innej kategorii niż przelew, bo chodziło o roasting czyli palenie kawy. Bardzo dobrze się tam czułam. Najbliższe szkolenie, na które jadę dotyczy właśnie sędziowania. Może się przebranżowię i zmienię stronę stołu (pretendenci do tytułu Mistrza Polski serwują kawę sędziom siedzącym przy stole – red.).
Niezależnie od wszystkiego, stworzyłaś miejsce, które jest kultowe. Kiedy słyszysz takie opinie od gości, także tych, którzy po raz pierwszy czują magię tego lokalu, to to dodaje ci to skrzydeł?
- Ja uwielbiam Nano, uwielbiam tutaj być. Nawet kiedy mam dzień wolny to przychodzę i spędzam tutaj trochę czasu. Bardzo się z tego cieszę, bo dla mnie najważniejsze jest to, żeby ludzie czuli się w Nano dobrze i bezpiecznie. Często spotykam się z bardzo pozytywnymi opiniami. To jest praca moja i mojego zespołu, którym jestem bardzo wdzięczna, że ciągle rozumieją moją wizję i pomagają mi w jej realizowaniu.
Gdzie jeszcze można spróbować kawy i wypieków marki Nano?
- Cały czas naszej foccacii można spróbować w Restauracji Esencja, swojego czasu nasza brioszka była serwowana u Kuby w "Dwóch stolikach", może muszę do niego zadzwonić i zapytać, czy ta kultowa kanapka na naszym pieczywie wróci do jego karty? Nasza kawa uprzyjemnia także treningi wszystkim miłośnikom wspinaczki w Boulderowni Volt TRN przy ul. Kociewskiej. Więcej opcji na skosztowanie czegoś naszego nie tylko w naszym lokalu będzie latem.
Czy Toruń według ciebie to miasto odpowiednie dla biznesu w branży kawowej?
- To miasto bardzo specyficzne jeśli chodzi o gastronomię. Widzimy tu dużą sezonowość. Poza sezonem zdarza się, że nie do końca wiemy, co zrobić z pracownikami. Zimą ciężko jest wyciągnąć ludzi z domu. Bardzo dużo jeżdżę po Polsce, mam zatem porównanie. Toruń jest trudny dla osób związanych z branżą gastro. To wyzwanie prowadzić tutaj biznes, ale ja to lubię. Ja w Toruniu po prostu odpoczywam.
A jak zareagowałaś, kiedy przeczytałaś o swoim kawiarniano-artystycznym projekcie w najnowszej powieści Roberta Małeckiego?
- Byłam mega wzruszona. Od razu powiedziałam wszystkim znajomym, zadzwoniłam do obu babci i teściowej. Zabrałam powieść ze sobą na święta do rodziny. Robiliśmy sobie z tą książką zdjęcia. Może to było trochę szalone, ale byłam i jestem z tego dumna. Moja ekipa była bardzo zachwycona. Robert jest naszym częstym bywalcem. Zawsze miło mi go gościć, ale to, że jedną ze scen w swojej powieści umiejscowił w Projekcie Nano było dla mnie mega fantastycznym zaskoczeniem.
Czego mogę ci życzyć na cały rok 2026?
- Work life balance – mam problem z proporcjami. Bo Nano to dla mnie nie tylko praca, ale muszę znaleźć też czas dla bliskich i samej siebie.
Adrian Aleksandrowicz, redaktor naczelny portalu Metropolia Toruńska .pl