Czy Toruń może mi coś jeszcze dać? Felieton
Czy Toruń może mi coś jeszcze dać?
Pamiętam swój pierwszy przyjazd do Torunia. Dla dziewczyny z niewielkiego miasteczka, która wszędzie chodziła pieszo, był niemal metropolią.
Były tramwaje, galerie handlowe, do których wcześniej nie miałam dostępu. Koncerty na wyciągnięcie ręki, uniwersytet, który miał stać się ogromną szansą. Byli ludzie z różnych stron Polski, a nawet i Europy. To był inny świat.
Kiedy wysiadłam z pociągu osiem lat temu, z walizką wypakowaną po brzegi i głową wypełnioną marzeniami, miałam wrażenie, że to właśnie tu czeka mnie coś, czego nie mogę doświadczyć nigdzie indziej. I trochę tak było.
Zaczęłam żyć. Życiem Torunia, życiem moich nowych znajomych, życiem knajp, restauracji, barów teatrów. Życiem zabytkowych uliczek, których nazw do dziś nie potrafię zapamiętać, które wydają mi się nie-moje. Obce.
I za każdym razem, kiedy się na nich pojawiam, zastanawiam się, gdzieś cicho, gdzieś z boku. Czy Toruń może mi coś jeszcze dać? Bo kiedy ma się dziewiętnaście lat, miasto daje obietnicę. Kiedy ma się prawie trzydzieści, zaczyna się oczekiwać konkretów.
Nie chodzi nawet o wielkie rzeczy. Nie marzę o wieżowcach ani o tym, żeby Toruń nagle stał się drugim Gdańskiem czy tym bardziej Warszawą. Chodzi raczej o poczucie, że można tutaj budować przyszłość bez ciągłego zastanawiania się "co dalej?"
Coraz częściej słyszę od znajomych, że zarabiają niewiele więcej niż minimalną krajową. Że mieszkania kosztują coraz więcej. Że jeśli chce się rozwijać zawodowo, prędzej czy później zaczyna się przeglądać oferty pracy z innych miast, bo albo cisza po stronie pracodawcy, albo odmowy, albo umowa śmieciowa, albo, albo, albo… A gdzie tu dzieci, których i tak już bardzo brak?
Jednocześnie trudno mi Toruń skreślić.
Bo jest bezpieczny. Bo wieczorny spacer przez starówkę nadal robi wrażenie. Bo nie stoi się godzinami w korkach. Bo wszystko jest blisko. Bo są miejsca, do których wracam od lat.
Mam swoje ulubione kawiarnie, sklepy, punkty widokowe. Znam skróty, którymi omija się tłumy. Wiem, gdzie najlepiej usiąść nad Wisłą, by mieć spokój.
A mimo to wciąż mam wrażenie, że jestem trochę gościem.
Jakbym mieszkała tutaj na dłużej, ale nie na stałe. Może dlatego, że Toruń jest miastem przejściowym dla wielu ludzi. Przyjeżdżają na studia, zostają kilka lat, a potem wyjeżdżają dalej. Może dlatego tak trudno zapuścić tutaj korzenie. Choć może problem nie leży w mieście?
Może po prostu dorosłość polega na tym, że żadne miejsce nie daje już tego uczucia ekscytacji, które miało się, będąc nastolatką? Kiedy wszystko było kolorowe? Kiedy nie miało się jeszcze wiedzy, że z czasem pojawiają się szarości?
Może Toruń nie musi mi już niczego dawać. Może przez te osiem lat dał mi dokładnie tyle, ile miał dać. Wykształcenie. Doświadczenia. Znajomości. Poczucie samodzielności. A teraz to ja muszę zdecydować, czy chcę tutaj zostać. I chyba właśnie to jest najtrudniejsze pytanie:
Czy Toruń może mi coś jeszcze dać?