Polecamy w metropoliiZeszyt tu zeszyt tam: Krzysztof "Ceentaur" Pietrowicz o tatuażach, deskorolce i muzyce

Zeszyt tu zeszyt tam: Krzysztof "Ceentaur" Pietrowicz o tatuażach, deskorolce i muzyce

Wkraczając do niepozornego, ale jakże czarującego lokalu na Chełmińskim Przedmieściu, jakim jest Brzoza Polarna, mijam wywieszony na drzwiach plakat koncertu Zeszytów i Jorgena S. w Hipisówce. Na ścianach wiszą piękne obrazy namalowane przez Marię Kubit, żonę naszego rozmówcy. Brzoza Polarna to pracownia tatuażu oraz mini skateshop prowadzony wspólnie z Marią Kubit przez Krzysztofa "Ceentaura" Pietrowicza, niesamowicie ciekawego człowieka, który łączy w sobie pasję do tatuaży, skateboardingu oraz muzyki.

Krzysztof „Ceentaur” Pietrowicz
Krzysztof „Ceentaur” Pietrowicz
Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Marta Kowalska

Spróbujemy trochę ułożyć tę rozmowę pod kątem zajawek. Jakie były twoje początki w kwestii tatuaży i czego nauczyłeś się przez lata pracy w tej branży?

- Jestem Krzychu. Niektórzy mówią na mnie Ceentaur. Tatuuję od ponad dekady i nauczyło mnie to dużo. Na pewno jednocześnie pokory i odwagi. Tego, żeby się nie bać właśnie odważnych projektów, kompozycji, odważnych miejsc na ciele i tak dalej. Nauczyło mnie to ekspresji, niebania się wyrażania pierwiastka siebie w tych rysunkach. Tutaj po twojej lewej stronie widzisz część moich rysunków, moich projektów, tattoo flashy, które idą prosto ze mnie, rysuję je jako wolne projekty. Są one nierzadko nieco dziwne - lubię fakt, że ta dziwność przyciąga odpowiednią osobę, z którą wzór rezonuje. Zdecydowanie się na tatuowanie nie było wcale prostą drogą. Tym bardziej że już miałem wyrobiony zawód, mogłem zostać teoretycznie nauczycielem angielskiego, grafikiem - miałem już na to papiery, jednakże instynktownie wiedziałem, że jakaś siła ciągnie mnie właśnie do tatuowania. Nie mogłem tego oszukać w żaden sposób. Rysowałem od zawsze, każdy zeszyt szkolny był na bieżąco ilustrowany, ale jak to przełożyć na skórę? W tamtych czasach trudno też było się czegoś dowiedzieć o sprzęcie, czy nauczyć techniki. Myślę też, że to nie tylko praca/pasja, ale też styl życia i trzeba to kochać, żeby to robić, bo to nie jest takie łatwe i cukierkowe, jak się czasami wydaje na Instagramie. Kolejną rzeczą, oprócz odwagi będzie ta pokora. Uważam, że nikt nigdy do końca nie będzie najlepszym tatuatorem czy tatuatorką na świecie - nie pojmiemy wszystkich tajników. Życie jest za krótkie, a to jest temat rzeka - zawsze można odkopać coś więcej i znaleźć jakiś lepszy pomysł, jakąś lepszą kreskę oraz lepszą technikę w tatuowaniu. Trzeba mieć tę pokorę i otwartość, żeby się rozwijać i dawać z siebie 100 procent. Fajnie też nie być utorowanym tylko w swojej wizji, ale też spróbować inaczej czasem. Zweryfikować czy pomysł tej osoby, która będzie tatuowana na zmianę twojego projektu, będzie na plus czy na minus. I rzeczywiście często zdarza się tak, że nawet coś ciekawszego wychodzi, jeżeli połączymy te dwie wizje. I te dwie wizje powodują, że jest oddana duża cząstka tej osoby, która go nosi.

Krzysztof „Ceentaur” Pietrowicz z zaprojektowanymi przez siebie
Krzysztof „Ceentaur” Pietrowicz z zaprojektowanymi przez siebie © Metropolia Toruńska .pl | Brzoza Polarna

Jakie są jakieś twoje najcieplejsze wspomnienia związane z tatuowaniem ludzi przez te lata?

- Kurczę, uwielbiam te wspólne sesje tattoo, gdy pracujemy ramię w ramię z moją żoną -Marią Kubit - gdy gościmy fajnych ciekawych otwartych ludzi i przy rozmowach, kawie i herbacie tworzymy dla nich nieszablonowe kompozycje, w naszej wymarzonej pracowni, do której przez okiennice wpadają promienie słońca. I ten moment gdy widzę osobę podchodzącą do lustra i widzącą pierwszy raz efekt końcowy - gotowy tatuaż - w kontekście swojego ciała i to jak te osoby się rozpromieniają nawet niekiedy i po sześciu/siedmiu godzinach totalnego "wpierdzielu" i niełatwej drogi - bo nierzadko sam proces bywa bardzo bolesny. No i też różne emocje przez nas przechodzą. Jesteśmy wtedy trochę w stanie pewnego rodzaju rytuału, a świeży wzór na ciele, często sprawia wrażenie, jakby zawsze tam był, a my niejako go "odkrywamy". Te momenty mają specjalne miejsce w moim sercu. Jestem wdzięczny za każdą osobę, decydującą się na tatuaż u nas tutaj w Brzozie Polarnej, w naszym studio, dającą nam to zaufanie i czującą się tu dobrze - to naprawdę bezcenne. Drugą rzeczą, o której pomyślałem, jak zadałeś to pytanie, to tatuowanie w kontekście podróży - często guest-spoty mają miejsce w tej branży - zarówno krajowe i zagraniczne. Poznawanie tych różnych ludzi oraz ich często odmiennych wizji na to jak powinien wyglądać tatuaż. Zbieranie tego, co wartościowe według mnie w podejściu do tego tematu - to na pewno wpłynęło też na moją drogę i na mój styl, być może ukształtowało po drodze, to co ja sam o tym tatuażu myślę. Mieliśmy okazję razem z żoną Marią tatuować w różnych miastach w Polsce i poznaliśmy przez to wspaniałych ludzi, którzy też są tak samo zajarani i zakochani w tatuażu jak my. Takim najcieplejszym wspomnieniem z zagranicy byłaby chyba Indonezja i Singapur, gdzie tatuowaliśmy z niezwykle gościnnymi, kochanymi ludźmi, z bardzo odmiennej kultury niż ta, w której my się wychowaliśmy. Inspirowanie się nawzajem, wspólne rysowanie - szalenie wiele z obserwacji i rozmów z tymi ludźmi, myślę, zyskałem dla siebie i…

I wróciłeś z nimi po prostu.

- Wróciłem z nimi, tak.

Mówiąc właśnie o stylach, jakie są twoje ostatnie fascynacje stylistyczne w rysowaniu tatuaży albo projektowaniu grafik na deskę?

- Dużo ostatnio u mnie takiej kreski bardziej w klimacie japońskim, ale jednocześnie niezmiennie mieszanej z old schoolem. Sporo ostatnio rysuję ptaków. Lubię obserwować ptaki i teraz z coraz większą uwagą to robię, coraz więcej wiem o nich, coraz szybciej rozpoznaję. No i…

- I stąd ten ostatnio narysowany maskonur?

Tak, haha, a wczoraj rysowałem na przykład zimorodki i zacząłem też flash z sokołem wędrownym i pustułką, wszystkie kompozycje zobaczycie na moim instagramie @ceentaur. Właśnie te ptaki to temat, który ostatnio najczęściej rysuje. Natura mnie inspiruje. Dużo zwierząt się pojawia. Uwielbiam też wymyślać najróżniejsze koty - dzikie, drapieżne kociaki wielkie, tygrysy, pumy, pantery, jaguary. Jeżeli chodzi o te japońskie rzeczy, to ostatnio bardzo wiele rysuję masek japońskich, smoków i yokai. Chciałbym, żeby moje tatuaże były czymś, co przynosi pozytywne skojarzenia i emocje, dodaje odwagi, czyli ten jaskrawy kolor i ta tematyka, która raczej nie jest taka dekadencka, tylko…

Zeszyty
Zeszyty© Metropolia Toruńska .pl | Marta Kowalska

Szuka jakiejś harmonii.

Tak, harmonii, żywości, nawet przejaskrawienia - euforii. Oprócz tej melancholii, która w niektórych pracach na pewno też się pojawia u mnie, to takie bicie po mordzie tym jaskrawym kolorem, to jest wartość, którą chciałbym wnosić w życie ludzi, żeby widzieli na przykład na sobie ten tatuaż czy na ścianie ten obrazek ode mnie i żeby to ich jakoś ładowało pozytywnie, ale lubię też wykonywać czarne tatuaże.

W którym momencie twojego życia pojawiła się zajawka na deskorolkę i czy są jacyś skejci, których możesz uznać za swoje pierwsze inspiracje?

Wow. Tak, tak, tak. Na pewno totalnie pierwszym takim pstryczkiem, że wow, chcę to robić, była gra komputerowa Tony Hawk Pro Skater 2. Pewnie to jest odpowiedź 90-80% osób tutaj przynajmniej w Europie. Jako dzieciak najbardziej zwróciłem uwagę na Rodney’a Mullena, to jeden z największych technicznych geniuszy skateboardingu. Teraz najbardziej się skupiam na kątowej jeździe. Właśnie quartery, bowle (rodzaje ramp - red.) to jest coś, co mnie mega jara i chciałbym w taką deskorolkę najbardziej iść. Oczywiście to jest sinusoida z tymi kategoriami: kąty vs street vs flat. Teraz, jakbym miał powiedzieć, kim się najbardziej jaram, to na pewno Chris Russell, na pewno Ronnie Sandoval. Goście, którzy jeżdżą na najwyższym poziomie właśnie, jeżeli chodzi o kąty. Uwielbiam handplanty, różne triki z lat 70-tych, 80-tych. Lubię wracać do weteranów, do Steve’a Caballero, do Lance'a Mountaina i innych ludzi, którzy kształtowali ten styl deskorolki. Jeszcze sprzed czasów, kiedy ona nabrała tych kształtów, które ma teraz. Chcę jeździć w każdy sposób, w jaki mogę, więc nie decyduję się na jedno, staram się w każdym możliwym aspekcie rozwijać - nie ograniczać się i dobrze się przy tym bawić. Uwielbiam jeździć w Toruniu, w różnych miastach Polski mam dzięki temu ziomków. Kocham wracać na SkatePlazę w Lesznie, skąd pochodzę. Podobnie jak z tatuowaniem, to taki styl życia, że gdzie się nie jedzie, to się skejci. Gdy wyjeżdżamy z Marysią na wakacje, staram się też brać pod uwagę je pod kątem deskorolki, odwiedzać różne spoty, DIY i skateparki na świecie. Mega jarałem się deską w Meksyku - bardzo podobały mi się te kąty i Ci ludzie. Ostatnio też tripy typowo deskorolkowe były grane: w zeszłym roku miałem okazję być w Berlinie i Barcelonie tylko w celach skateboardingowych.

Co najbardziej cenisz sobie w kulturze skejterskiej?

- Chyba właśnie tę taką nieustępliwość, o której mówiliśmy przed nagraniem. Czyli coś takiego, co ma przełożenie na życie później. Widzę to w młodych ludziach, z którymi przychodzi mi jeździć, m.in. ostatnio właśnie na feriach deskorolkowych z Let’s Skate, czy na wakacyjnych spotkaniach z młodzieżą, które organizowaliśmy wraz z Radkiem Fuksińskim i Domem Kultury Bydgoskie Przedmieście. Spędzaliśmy fajnie czas i uczyliśmy się razem trików. Ja widzę w nich to samo, czego kiedyś w sobie nie widziałem. To podejście do życia, że ja tak naprawdę nie muszę się wstydzić, nie muszę czuć jakiegoś cringe'u, zażenowania tym, że się wy***ię gdzieś na szosie - mogę naprawdę wstać, otrzepać się i spróbować jeszcze raz. To mnie nie ośmiesza, w żaden sposób nie…

Nie definiuje?

- Dokładnie, nie definiuje mnie fakt, że mi coś nie wyszło. To nie poddawanie się, jest w tym coś wzruszającego, że naprawdę, jeśli uwierzysz w siebie i ciężko popracujesz nad tym, to może i za tą setną próbą osiągniesz sukces, jeżeli się nie zniechęcisz. Może układałeś źle nogę, może chodzi tylko o jakiś jeden element w tej sytuacji życiowej, i jeżeli zmienię ten aspekt, to mi się uda tym razem. I to nie, że uda się, jakby to było po prostu zesłane z nieba, tylko, że ja to zrobię. I to będzie moje. Nikt mnie tego nie nauczył. Mógł mi podpowiedzieć, wesprzeć , ale to ja się tego nauczyłem, ja to zrobiłem. I to bezcenne uczucie czystego lądowania tricku po raz pierwszy... To jest ta sprawczość, to jest to, co właśnie chyba najbardziej cenię w deskorolce, że ona uczy nas tej takiej nieustępliwości w pokorze. Mam szczerą nadzieję, że dla tej młodzieży i dzieci, później w tym dorosłym życiu, to się przełoży na ich podejście do świata, wiarę w siebie i zawalczenie o swoje marzenia i cele.

Masz jakąś najbardziej hardkorową kontuzję, jaką zaliczyłeś przez ponad dekadę szlifowania trików?

- Mam parę kontuzji, które mnie nie zniechęciły. Z takich, które mogę wymienić to były upadki z szarpnięciem, tak zwanym whiplashem szyją. Czasem się myśli, że jest okej, a następnego dnia patrzę w lustro, a moja głowa jest na moim prawym ramieniu. Ja przechodzisz szok, że chyba skręciłeś kark. Potem się okazuje, że po chwili fizjoterapii ta głowa wraca na swoje miejsce, że to mięśnie się ściągnęły. Z takich bardziej inwazyjnych sytuacji, które miałem, to na pewno takie złamaniowe rzeczy w pięcie i kostce. Stłuczenie z odłamkami. Pewien lekarz w Toruniu mi pokazywał na zdjęciu, że mi się aż robią takie zastrzały w kościach, które chcą mi unieruchomić piętę i kostkę - taki system obronny. Taką najgorszą... na pewno było naderwanie więzadła MCL w kolanie na cały sezon letni, byłem wyłączony z jazdy na desce. Aczkolwiek było warto, bo zrobiłem to sobie ucząc się handplanta na copingu na betonowym quarterze. Dwa dni po urazie wykonałem go po raz pierwszy, a jako, że opuchlizna nadal trzymała kolano, nie wiedziałem jeszcze o naderwaniu. Złamałem raz też moje kości w prawej dłoni, jako że pracuję dłońmi, rysuję, tatuuję, no to było to uciążliwe. Właściwie chodzi o te paliczki w śródręczu, w środku dłoni. Lekarz zrobił zdjęcie x-ray’em i twierdził, że nic mi nie jest, a ból i opuchlizna były nie do zniesienia. No i też się z tym bujałem, bo dopiero półtora miesiąca później moje domysły potwierdziło inne zdjęcie wykonane przez innego lekarza - złamanie w dwóch miejscach. Okazało się, że zrosło się dobrze i wszystko działa z powrotem - pełna funkcjonalność do nich wróciła.

Bulsjarz i Zeszyty na scenie Hipisówki
Bulsjarz i Zeszyty na scenie Hipisówki© Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak

W trakcie koncertu Zeszytów w Hipisówce coś co mnie urzekło najbardziej to wybitna chemia między tobą i Tommy Gunem. Czy są jakieś wyzwania w tworzeniu rapowego składu ze swoim bratem? Czy może zgrywacie się zawsze tak perfekcyjnie jak w trakcie tamtego koncertu?

- Wow, fajne pytanie. To był nasz drugi koncert w życiu. No śmieje mi się cała buzia, jak mówisz o Tomku, bo kocham tego chłopaka. To mój brat. Jest młodszy ode mnie o 4 lata. Dorastaliśmy razem w czwórkę z siostrą Kasią i bratem Jackiem. Choć mamy z Tomkiem na pewno różne charaktery, to naprawdę wiele nas łączy. Mimo różnicy wieku od dziecka jaraliśmy się podobnymi tematami muzycznymi, filmami, grami, razem jeździliśmy na bmxach i deskorolkach. Tomek ma tak świetne poczucie humoru, żart szybki jak brzytwa. Myślę, że ten wspólny background pomaga nam w byciu w stu procentach szczerymi w stosunku do siebie. Gdy zaczynaliśmy zapisywać rapsy, nie planowaliśmy z tym nigdy wychodzić do świata. Spotykaliśmy się z kumplami i coś tam sobie rymowaliśmy do beatu. Najczęściej właśnie z Mateuszem Jarząbkiem (znanym jako Bulsjarz). Najpierw były sesje perkusyjne w naszym domu rodzinnym - do 22:00 graliśmy w trójkę na zmianę na perce Tomka, a od 22:00 włączaliśmy bity i pisaliśmy śmieszne wierszyki lub dissy. Robiliśmy to dla funu, zabawy słowem, prześcigania się w pomysłach na absurdalne line’y. Często się nawzajem dissowaliśmy z przymrużeniem oka. Teraz wracając do tego po latach, za każdym razem, kiedy robimy teraz próbę, po prostu nie jesteśmy w stanie zrobić tego bez uśmiechu - czuję, jak znowu jak za dawnych czasów się tym bawimy i jak w dużej mierze wychodząc z tym do ludzi, robimy to też dla siebie - nadając temu dyscyplinę i doskonaląc się w dowożeniu. Więc jest ta radość, choć nie każdy z tych kawałków na pewno jest radosny. Poruszamy różne tematy. Niektóre są cięższe, niektóre są protestem przeciw systemowi, niektóre są żartobliwe, inne są o jakimś trudzie emocjonalnym, egzystencjalnym, i myślę, że szalenie ważne jest to, że my się rozumiemy i wiemy nawzajem, o co chodzi w tych naszych kawałkach. Na pewno nie jesteśmy tacy sami z Tomkiem, każdy wnosi swoją wizję i swój bagaż doświadczeń do tego równania, ale w takich naprawdę core’owych sprawach zgadzamy się. Mamy podobne patrzenie na świat i kwestionowanie go, ale też cieszenie się życiem. Mamy niezgodę na niesprawiedliwość, rasizm, homofobię, seksizm, kolonizację czy eksploatację środowiska. Zarówno Tomek i ja nie jemy mięsa - "mięsem rzucam w trakach, to nie muszę go już jeść" mówi jeden wers Tommy’ego. Chcielibyśmy, żeby na świecie panował pokój, a ludzie nie traktowali się nawzajem jak gówno, ale przy tym wszystkim nie uważamy się za "woke" moralizatorów. Mamy jakieś swoje przemyślenia, jest oczywiście tego wiele więcej. Gdy piszemy teksty, to się zastanawiamy czy się z nimi utożsamiamy, czy to będzie dobrze zrozumiane na przykład i tak dalej, dywagujemy na ten temat.

To jest chyba naturalny proces po prostu pisania tekstów.

- Tak, nigdy nie wchodzimy sobie w paradę. Każdy ma swoją przestrzeń do wyrazu siebie. Jeżeli ktoś wymyślił kierunek danego utworu, no to ta druga osoba sprawdza. czy to kupuje, czy ma coś fajnego, wartościowego do powiedzenia na ten temat, ale każdy pisze swoje zwrotki samodzielnie i raczej nie ingerujemy w nie nawzajem

Jak poznaliście się z Mateuszem "Bulsjarzem" Jarząbkiem?

- Z Mateuszem poznałem się w liceum w Lesznie. Poznałem tego gościa i od razu się polubiliśmy. Na niektórych lekcjach nawet siedzieliśmy razem. Szybko okazało się, że jest turbo kreatywną osobą. Jeszcze chyba wtedy to było gadu gadu, czy Nasza Klasa, pisaliśmy coś tam ze sobą i pewnego dnia zaczęliśmy sobie jakieś krótkie cztero-linijkowe żarto-dissy na siebie robić. I wtedy odkryliśmy, że zabawa słowem to nasze wspólne upodobanie. Chodziło też o abstrakcyjny humor w tym. Mateusz do dziś żartuje i robi to zawodowo - śmieszki w jego utworach i filmikach na Tik Toku i wyprzedanych show lecą jak z rękawa. Mateusz mocno poszedł w muzykę i ma od lat zajebisty zespół razem z Darkiem Łukasikiem - The Bullseyes. Mati gra na perkusji i śpiewa równocześnie. Jest mega inspirującym gościem. A też zna się na sztukach wizualnych. W czasach liceum ogarniał świetnie grafikę wektorową. Dosyć dużo nauczyłem się w tym temacie od niego, jeżeli chodzi o projektowanie logotypów - do dziś zdarza mi się przyjmować zlecenia na logo i ilustracje, dla firm lub zespołów. Pamiętam też, że jak wypadała jakaś lekcja, i musiałem czekać na autobus, to szliśmy do jego mieszkania, nieopodal szkoły. Chodziliśmy do niego, on wtedy miał turntable, sporo płyt i skretchował. Był gościem, który naprawdę to ogarniał - osoby z turntablismu mogą go kojarzyć jako Jayesa. Robił niesamowite rzeczy z tymi winylami. On skretchował, a ja do tego vibe’owałem i tańczyłem - mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów. Bardzo się polubili od razu z moim bratem. Później już po studiach wraz z Matuszem i Tomkiem byliśmy na kilku festiwalach muzycznych, min Woodstock i HipHop Kemp w Czechach. W tym miejscu chronologicznie należy wspomnieć o Jakubie Samsonie, przyjacielu Tomka, z którym razem z kilkoma jeszcze muzykami tworzą punk-rockowy / rap-core’owy skład Budynek C, oraz we dwójkę występują jako nieokiełznane energetyczne rap duo Ein Narkotik. Samson jako wspaniała muzyczna głowa również dołączył później do Zeszytów. Mateusz jest odpowiedzialny za beaty i brzmienie większości kawałków, ale Jakub również się tym zajmuje (min "Nów - Maria Kubit samsonitoo Remix"). Występujemy w czwórkę i świetnie się przy tym kreatywnie bawimy!

Czy są jacyś twórcy albo konkretne albumy, które zainspirowały Cię do rozpoczęcia przygody z muzyką?

- Ja tak naprawdę słucham totalnie różnej muzyki. Nigdy się nie ograniczałem specjalnie. I to zawsze mi towarzyszyło, nie miałem nigdy tak, że jestem tylko taki albo tylko taki. Do dzisiaj zdarza mi się słuchać rapu, punk-rocka, nu-metalu, indie rocka, r&b, country nawet mi się przewija. Dużo też muzyki elektronicznej ostatnio słucham i etnicznej. Nie ograniczam się specjalnie i myślę, że to jest dobre, bo można czerpać inspiracje z różnych źródeł. Pamiętam, że w czasach gimnazjum, podbijali do mnie czasami koledzy i pytali jak anty-pozerska policja: "to co Krzysztof, ty się uważasz za skate’a, czy co?" - Bo nosiłem takie spodnie, czy już jeździłem na desce, ale nie słuchałem polskiego rapu, a oni np. nie jeździli, ale słuchali więc twierdzili, że są skate'ami, ale ja dla nich nie byłem skate'em. Na co te szuflady? Słuchałem dużo amerykańskiego rapu. Snoop Dogga, Nasa, Method Mana, N.W.A, The Game'a. Rapu z południa, bardzo zawsze lubiłem OutKast, T.I., Slim Thug, UGK, Ludacris’a. Tak naprawdę mógłbym wymieniać i wymieniać Z bardziej współczesnych to na pewno Mac Miller, Wale, Yelawolf, Schoolboy Q, Doechii, J Cole, ASAP Rocky... Tyler The Creator na przykład jest takim gościem, który teraz robi niezły gnój. I bardzo mi się to podoba, ta dbałość o show, estetykę i scenografię. Też właśnie... niebanie się pokazywania tej dziwności, siebie po prostu takim, jakim się jest. To jest właśnie najważniejsze chyba, żeby być autentycznym w tej kreacji wyrazu.

Krzysztof „Ceentaur” Pietrowicz wykonujący handplant
Krzysztof „Ceentaur” Pietrowicz wykonujący handplant© Metropolia Toruńska .pl | Olek Urbański

A nie grać jakąś pozę w tym, koniec końców o to chyba chodzi w muzyce?

- Tak, tak. Polskiego rapu też oczywiście słuchałem i do dziś tam słucham. Mam sporo nostalgii zarówno do wspomnień, gdy pierwszy raz usłyszałem Fisza i Emade jak i z drugiej strony do pierwszego odsłuchu Peji ze Sweet Noisem. Były takie płyty, które wywarły na mnie duży wpływ. Pamiętam, jakie wrażenie na mnie zrobiła płyta Bisza "Wilk Chodnikowy". Lubię Pezeta, Sokoła, to co robi Taco Hemingway. Z młodszych raperów to dla mnie totalną perełką, była płyta Szczyla "Polska, Floryda", to był tak fajny mądry, dobry, wpadający w ucho przekaz i nieszablonowe podejście. Cieszę się, że też trochę więcej w rapie się pojawia mówienia o emocjach, wrażliwości i kwestionowania tego stereotypowego spojrzenia na męskość. Ta kultura macho w ogóle jest trochę też…

Na zejściu.

- Tak naprawdę to nie jest często niczym innym niż nakładaniem tych masek, butelkowaniem emocji i udawaniem, że wszystko jest okej, albo zakrywaniem się takim cwaniakowaniem. A nie grać jakąś pozę w tym, koniec końców o to chyba chodzi w muzyce.

Czy możemy oczekiwać w nadchodzącym czasie nagrania albumu lub EPki przez Zeszyty, czy póki co skupiacie się na dalszym budowaniu followingu przez granie koncertów z obecnym materiałem?

- 6 marca odbędzie się kolejny koncert w Poznaniu, na który serdecznie zapraszamy. Szczerze mówiąc, jesteśmy już głodni, żeby wydać więcej utworów - dokończyć kawałki, które wymagają ostatnich szlifów i nagrać coś nowego. Żeby też je móc na żywo Wam zaprezentować. Po tym dobrym odbiorze, który mieliśmy właśnie na pierwszym koncercie na Rozbracie w Poznaniu i tu w Toruniu, w Hipisówce, ciągnie nas do tego, żeby dokończyć w końcu tę płytę, żeby wyszła fizycznie. Bo to też dobry sposób na wyrażenie siebie. A mieliśmy niedawno z Tomkiem pierwszą profesjonalną sesję zdjęciową z moją przyjaciółką Martą Kowalską, więc szykujemy się do tego powoli wizualnie. Brakuje nam może zaledwie jeszcze dwóch nowych kawałków i myślę, że niedługo ukaże się materiał w postaci takiej płyty.

Masz jakiegoś twórcę, który byłby dla Ciebie największym marzeniem w kwestii nagrania wspólnego kawałka?

- Bardzo podoba mi się zderzenie między tym rapem a głosem śpiewanym. Są takie wokale, które mnie po prostu powalają. Lubię słyszeć refren śpiewany w danym wokalu w kontraście do tej melorecytacji. U nas takim kawałkiem jest "NÓW". Moja Marysia, którą zresztą poznałeś przed chwilą, udziela się tam nie tylko wokalnie, ale i tekstowo, sama napisała cały refren. To ma naprawdę dla mnie duży impakt. Nie zastanawiałem się nigdy nad tym, więc sam jestem zaskoczony jakie nazwiska przychodzą mi na myśl. Są takie głosy wśród polskich wokalistów. Ja bym chciał usłyszeć może Melę Koteluk, Ralpha Kamińskiego, Natalię Przybysz w takim kontraście z rapem, albo wspomnianego przez Ciebie wcześniej Organka. Albo Darka Łukasika! Jednak mówię tylko za siebie - w tej chwili nie ma tutaj Tomka, Mateusza, ani Samsona, którzy mogliby się wypowiedzieć. Z raperów wiem, że Tomek wymieniłby pewnie Opała, Guziora i Miłego ATZ jako osoby, z którymi chętnie by coś nagrał. Mi przychodzi mi do głowy np DonGuralesko, Pezet i Szczyl.

Czyli w tej chwili skupiasz się na robieniu swojej muzy, a co ma przyjść, to przyjdzie.

- Tak, myślę, że czas pokaże. Ja też bardzo lubię współprace z instrumentalistami - gitara, ale może i harmonika, handpan? Chciałbym w niektórych kawałkach więcej gitar w różnym klimacie, garage, stoner, na myśl przychodzi mi Darek Łukasik (Bullseyes), Szymon Kuras (Dungeon Tea Party, Sorrowhead). Pojawiały się już gitary u nas - Tomek na basie oraz na przykład Stefano, włoski przyjaciel Tomka, nagrał nam świetną solówkę gitarową do "Piwonii".

Na które wciąż publika z niecierpliwością czeka.

- Tak (śmiech), myślę, że lada moment będzie można tego utworu posłuchać na naszych sreamingach. W tej chwili dla nas priorytetem jest dopięcie tej płyty i na pewno chcemy ją zrobić tak w stu procentach po swojemu, a później się zobaczy.

Co najbardziej lubisz w życiu Toruniu? Co cię ostatecznie przekonało, by to właśnie w tym mieście stworzyć wraz ze swoją żoną Marią Kubit ten wspaniały przybytek, w którym się właśnie znajdujemy?

- Przeprowadziłem się do Torunia dlatego, że poznałem tutaj Marysię i się zakochałem. Mieszkałem w Lesznie, ale ciągnęło mnie tutaj. Pojawiałem się coraz częściej i w końcu zostałem na dobre. Tutaj też, zacząłem się jeszcze bardziej rozwijać tatuażowo i coraz bardziej na serio do tego podchodzić. Lubię w Toruniu to, że gdziekolwiek wyjdziemy, na prawo, lewo, w przód czy w tył, z naszego mieszkania, mamy fajne zielone miejsca na spacer z naszą psiną Mimi. To, że są te parki, jest dużo zieleni tutaj, sporo naprawdę życzliwych ludzi tu spotykam. Zdecydowaliśmy się otworzyć naszą "Brzozę Polarną" w Toruniu, bo od lat jesteśmy z tym miastem związani. Ja tutaj już jestem 10 lat, Marysia od czasu studiów, bo to tu ukończyła Akademię Sztuk Pięknych z wyróżnieniem. Toruń jest dobrze usytuowany. Ludzie, którzy dojeżdżają z innych miast na tatuaże, mają ten Toruń tak mniej więcej w tym centrum mapy i nie mają za daleko z Warszawy, Gdańska, Poznania czy Bydgoszczy. Faktycznie sporo ludzi decyduje się na przyjazd ze swojego miasta zrobienie sobie takiego całego ‘self care’ dnia z nami. Też lubię Toruń, jeżeli chodzi właśnie o deskorolkę, więc też tutaj jest co robić w tym temacie, a od paru lat jest i opcja na zimę w postaci krytego skateparku. Dużo rzeczy kulturalnych tutaj się odbywa. Są wystawy, są koncerty. To jest też coś, co myślę, napędza fajne relacje z ludźmi.

Niezależnie od tego, czy szukacie otwartego na drugiego człowieka, doświadczonego, pełnego pasji tatuatora, czy akurat potrzebujecie gościa, który wraz z wami od zera złoży deskorolkę, lub po prostu chcecie posłuchać wartościowego rapu to Krzysztof "Ceentaur" Pietrowicz, jest kimś, kto musi znaleźć się na Waszym radarze. Warto na koniec wspomnieć, że ta publikowana na łamach Metropolii Toruńskiej rozmowa jest pierwszym wywiadem jakiego "Ceentaur" udzielił w kontekście działalności muzycznej.

- Chciałem bardzo podziękować za twój czas i pytania, które przygotowałeś. Jestem też bardzo wdzięczny każdej osobie, której chciało się to przeczytać do końca. Jako Zeszyty jesteśmy też bardzo wdzięczni każdemu, kto chce z nami spędzić czas na koncercie, lub słuchając nas na Spotify, Youtubie czy Instagramie. W imieniu Brzozy Polarnej zapraszam na tatuaże, warsztaty i pogadanki przy herbacie. Dla wszystkich osób skejcących, do zobaczenia na desce! Peace and Love, Sprawiajmy ten świat lepszym miejscem.

Ignacy Grześkowiak, redaktor portalu Metropolia Toruńska .pl

.

Wybrane dla Ciebie