Toruń z perspektywy Wisły. Rejs na ptaki z Toruńskimi Flisakami pozwala odkryć miasto na nowo

Czy da się dobrowolnie wstać o świcie w wolną sobotę i tego nie żałować? Okazuje się, że tak. Wystarczy zamienić ciepłe łóżko na łódź toruńskich flisaków, zabrać lornetkę i pozwolić Wiśle pokazać swoje drugie oblicze. To nie był tylko rejs na ptaki. To była wyprawa do świata, który istnieje zaledwie kilka kilometrów od starówki, a mimo to większość z nas nigdy go nie widziała.

Rejs na ptaki z flisakami. Rejs na ptaki z flisakami.
Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Katarzyna Kucharczyk
Katarzyna Kucharczyk

Rejs na ptaki z flisakami

Są takie pomysły, które wydają się świetne. Przynajmniej do momentu, kiedy człowiek nie spojrzy na godzinę ich realizacji. Dokładnie dwa dni przed rejsem mignęła mi informacja, że Toruńscy Flisacy organizują poranną wyprawę po Wiśle połączoną z obserwacją ptaków. Klik. Kupione. Zero zastanowienia. Dopiero chwilę później dotarło do mnie, że "poranny rejs" oznacza wypłynięcie o... 5.30. W sobotę. W dzień, który w mojej głowie od dłuższego czasu był zarezerwowany na spanie do oporu.

Nie pozostało nic innego, jak nastawić budzik na czwartą rano i pójść spać. A raczej... spróbować zasnąć. Bo im bardziej człowiek wie, że musi się wyspać, tym mniej chce mu się spać. Efekt był dość przewidywalny – kilka godzin przewracania się z boku na bok, około czterech godzin snu i budzik, który wyłączyłam całkowicie odruchowo. Jakby nigdy nie istniał.

Ocknęłam się o 4.44. Wystarczyło jedno spojrzenie na telefon, żeby poziom adrenaliny skutecznie zastąpił poranną kawę. Dziesięć minut później byłam już gotowa, a przez następne dwadzieścia kilka dosłownie gnałam w stronę Bulwaru Filadelfijskiego.

Kiedy z daleka zobaczyłam łódź i kilka osób w charakterystycznych pomarańczowych kapokach, byłam przekonana, że to koniec. W głowie zdążyłam już odegrać całą scenę: oni odpływają, ja stoję na brzegu i macham rękami z nadzieją, że ktoś jednak zawróci.

Na szczęście rzeczywistość okazała się znacznie bardziej przyjazna. Łódź wciąż czekała, podobnie jak załoga. Co więcej, nie byłam jedyną osobą, która walczyła tego ranka z czasem. Flisacy dali jeszcze chwilę kilku kolejnym spóźnialskim. Bo skoro już wszyscy zdecydowaliśmy się dobrowolnie wstać przed świtem, szkoda byłoby, żeby ktoś stracił szansę na spotkanie z mieszkańcami wiślanych wysp. Chociaż i tak nikt nie obiecywał, że ptaki będą akurat w dobrym humorze. W końcu to one tego ranka miały być naszymi gospodarzami.

Rejs na ptaki z flisakami.
Rejs na ptaki z flisakami. © Metropolia Toruńska .pl | Katarzyna Kucharczyk

Wisła szybko pokazała, kto tu rządzi

Z kilkuminutowym opóźnieniem w końcu odbiliśmy od brzegu. Pogoda zdecydowanie nie zachęcała do spędzania sobotniego poranka na wodzie. Było chłodno, wietrznie, a na środku Wisły wiatr wydawał się jeszcze silniejszy. Szybko okazało się jednak, że to, co nie do końca odpowiada ludziom, bardzo odpowiada... ptakom.

Na pokładzie każdy dostał kapok, nie zabrakło także lornetek, dzięki którym jeszcze lepiej można było pooglądać wodnych mieszkańców. Dla największych zmarzluchów załoga przygotowała nawet koce. W pierwszej chwili pomyślałam, że pewnie się nie przydadzą. Kilka minut później byłam już znacznie mniej pewna swojej teorii.

Jeszcze zanim zaczęliśmy wypatrywać pierwszych ptaków, sterniczka wyjaśniła nam, że taki rejs rządzi się zupełnie innymi zasadami niż zwykłe wycieczki po Wiśle. Tutaj nie dało się niczego zagwarantować. Wszystko zależało od tego, czy ptaki akurat postanowią się pokazać.

Nieprzewidywalna okazała się zresztą nie tylko przyroda. Sama Wisła również potrafiła zaskakiwać. W jednym miejscu była głęboka, a kilkanaście metrów dalej tak płytka, że silnik łodzi mógł zahaczyć o piaszczystą łachę. To dlatego nie zawsze mogliśmy podpłynąć tam, gdzie akurat dostrzegaliśmy ptaki.

Wisła dawkuje wrażenia

Pierwsze minuty rejsu nie zapowiadały wielkich emocji. Nad wodą krążyły mewy śmieszki, na brzegach siedziały wrony siwe i kruki. Ptaki dobrze znane każdemu, kto choć raz spacerował po toruńskich bulwarach. Pomyślałam nawet, że jeśli na tym zakończy się nasza lista obserwacji, to i tak będzie to całkiem przyjemny sposób na rozpoczęcie dnia. W końcu woda bardzo relaksuje. Tyle że Wisła najwyraźniej postanowiła dawkować wrażenia.

Kiedy minęliśmy most kolejowy i nowy most drogowy, a miasto zaczęło powoli znikać za naszymi plecami, pojawiły się piaszczyste łachy, niewielkie wyspy i brzegi, do których na co dzień zagląda niewielu ludzi. Od tego momentu coraz częściej sięgaliśmy po lornetki. Ktoś pierwszy zauważył ptaka drapieżnego krążącego nad naszymi głowami. Najprawdopodobniej była to pustułka.

Rejs na ptaki z flisakami.
Rejs na ptaki z flisakami. © Metropolia Toruńska .pl | Katarzyna Kucharczyk

Na piaszczystych łachach odpoczywały setki mew i rybitw. Z daleka wyglądały jak białe plamy rozsypane na piasku. Dopiero przez lornetkę można było zobaczyć, jak tętni tam życie. Jedne ptaki spokojnie wysiadywały jaja, inne pilnowały już młodych, kolejne raz po raz wzlatywały, zataczały krótki krąg i wracały dokładnie w to samo miejsce. Wystarczyło przez chwilę je poobserwować, żeby zauważyć, że każda z nich ma swoje zadanie.

Sterniczka wyjaśniła, że piaszczyste wyspy są dla rybitw i mew idealnym miejscem do zakładania lęgowisk. Patrzyliśmy na nie z odpowiedniej odległości, żeby nie zakłócać ich spokoju. To nie był rejs po to, żeby podpłynąć jak najbliżej. Wręcz przeciwnie – chodziło o to, żeby podejrzeć ten świat, nie przeszkadzając jego mieszkańcom.

Bielik, czaple i... wisłoterapia

Kiedy wydawało się, że nic nie przebije tego widoku, nad Wisłą pojawił się bielik. Nie sądziłam, że zobaczę go właśnie tutaj. Wzlatujący z okolic swojego gniazda rozłożył ogromne skrzydła i przez dłuższą chwilę szybował nad drzewami. Nikt nic nie mówił. Chyba wszyscy mieliśmy podobną myśl – że naprawdę trudno uwierzyć, iż największy polski ptak drapieżny żyje zaledwie kilka kilometrów od toruńskiej starówki.

Na tym jednak poranne przedstawienie się nie skończyło. Z przybrzeżnych zarośli poderwały się czaple siwe. Dopiero z bliska widać było, jak są duże. Ich spokojny, dostojny lot zupełnie nie przypominał szybkich ruchów mew czy rybitw. Chwilę później między falami dostrzegliśmy łabędzie – zarówno dobrze znane łabędzie nieme z pomarańczowymi dziobami, jak i te z ciemniejszymi. Obok nich pływały kaczki krzyżówki, a pomiędzy dorosłymi ptakami co chwilę znikały niewielkie kaczątka.

Jednymi z najbardziej zapracowanych mieszkańców Wisły okazały się jaskółki brzegówki. Latały dosłownie kilka centymetrów nad wodą, błyskawicznie zmieniając kierunek lotu. Dopiero gdy podpłynęliśmy bliżej wysokiej skarpy, zauważyliśmy dziesiątki niewielkich otworów. To tam miały swoje gniazda. Kiedy brzegówki kończą lęgi i opuszczają nory, często wprowadzają się do nich zimorodki. Natura od dawna wie, jak dobrze wykorzystać to, co już zostało stworzone.

Powoli zawracaliśmy w stronę Torunia. Po drodze minęliśmy kilku wędkarzy, którzy zamiast zwyczajowego "dzień dobry" przywitali nas głośnym "Ahoj!". Trudno było się nie uśmiechnąć.

Dwie godziny minęły zaskakująco szybko. Na pokładzie udało się zobaczyć kilkanaście gatunków ptaków – od dobrze znanych mew śmieszek i kaczek krzyżówek, przez pustułkę, czaple siwe i rybitwy, aż po bielika, który dla wielu uczestników okazał się największą atrakcją rejsu.

Najbardziej zaskoczyło mnie jednak coś innego. Nie przypuszczałam, że zaledwie kilka kilometrów od toruńskiej starówki znajduje się miejsce, w którym życie toczy się zupełnie innym rytmem. To właśnie z tej perspektywy najlepiej widać, jak wyjątkową rzeką jest Wisła i jak bogatą przyrodę skrywa. Wracając na bulwar pomyślałam tylko jedno – dla takiego poranka naprawdę warto było nastawić budzik na czwartą rano.

Rejs na ptaki z flisakami.
Rejs na ptaki z flisakami. © Metropolia Toruńska .pl | Katarzyna Kucharczyk

Następna okazja, aby wypłynąć na rejs na ptaki już we wtorek, 7 lipca. Bilety dostępne są na https://wolnawisla.pl/rejs-na-ptaki/.

Wybrane dla Ciebie