Sztuka bycia sobą według Tyny i Kisiela Majczuk z Bodyfikacji
Tyna i Kisiel Majczuk prowadzą jedno z najbardziej rozpoznawalnych studiów tatuażu w Polsce. Bodyfikacje to nie tylko miejsce pracy, ale spójna wizja artystyczna - łącząca tatuaż, sztukę współczesną i niezależne inicjatywy, takie jak "Galeria Przedpokój".
Jak powstały Bodyfikacje?
Tyna: Bodyfikacje powstały 15 lat temu jako przestrzeń szerzej rozumianej pracy z ciałem - od tatuażu po piercing. Po moich pierwszych studiach postanowiłam zupełnie zmienić kierunek i zainteresowałam się nauką tatuażu. Potem spotkałam kilka osób, które umożliwiły mi nabycie szeroko rozumianego doświadczenia - przez pierwszy rok współpracowałam ze studiem Till Death. Nauczyło mnie to naprawdę dużo. Kiedy Bodyfikacje powstały na ulicy Ducha - (pierwsza siedziba studia) nasz syn miał pół roku. Przez pierwszy czas robiłam właściwie wszystko biegając pomiędzy sprzątaniem, piercingiem tatuowaniem a karmieniem piersią niemowlaka. Nigdy później nic w związku z prowadzeniem studia, nie było dla mnie tak trudnym doświadczeniem - zatem "złe dobrego początki" czy jak to się mówi. Na początku studio miało wyraźnie kobiecy charakter - miejsce zaczęło się rozrastać, klientów zaczęło przybywać nie było już miejsca w kalendarzu, a ja potrzebowałam rozszerzyć możliwości. Zaprosiłam do współpracy malarkę Marię Kubit z powodu jej charakterystycznego stylu, długo szukałam odpowiedniej osoby, szybko nauczyła się tatuować i przez wiele lat stanowiła moją przeciwwagę stylistyczną oraz była częścią filaru Bodyfikacji. Był w tym duży balans. To był super czas. To jest świadomy kierunek, ważna jest dla mnie energia tego miejsca i to, kto je współtworzy. W międzyczasie zaczynała w studio również Yuna, Pierce Beti, Krynia, Inez, Gaba - z częścią teamu wciąż spotkacie się już na ulicy Bydgoskiej w aktualnej miejscówce pracowni. Bodyfikacje wciąż przyciągają kobiety tatuatorki, mam wrażenie że wrażliwość na drugiego człowieka oraz uważność są to nieodłączne podwaliny tego miejsca i kobiety w to świetnie potrafią. Aktualny team to również same dziewczyny ! I Kisiel ;)
Kiedy dołączył Kisiel?
Kisiel : Po kilku latach. Byliśmy już razem od kilku lat i oboje mocno związani z branżą. Zdecydowałem się odejść z pracy w Domu Pomocy Społecznej, poczułem potrzebę zmiany i założyłem własne studio - Tattoo Kolektyw, którego początki dała współpraca z Kubą Jaszczukiem i Albertem Mazowieckim.To było trochę w kontrze do Bodyfikacji - bardziej męska przestrzeń, inna energia. Przez kilka lat działaliśmy osobno, ale bardzo blisko - polecaliśmy sobie klientów i naturalnie się uzupełnialiśmy.
Co sprawiło, że połączyliście siły?
Tyna: Potrzeba zmiany i rozwoju. Zamiast rozbudowywać dwa osobne miejsca, zdecydowaliśmy się stworzyć jedno, większe. Wynajęliśmy wspólną przestrzeń i od tego momentu Bodyfikacje zaczęły działać jako jeden organizm.
Kisiel: Od początku zależało nam, żeby to nie był "tattoo shop", tylko autorska przestrzeń. Miejsce, gdzie liczy się styl, osobowość i niezależność artysty. Nie narzucamy estetyki - każdy pracuje na własnych zasadach, ale poziom musi być wysoki. Dziś to coś więcej niż studio tatuażu. To pracownia którą obecnie współtworzą artystki @gaba_lecyk, @roza.pilarska, @miekkosci, @palmerowska_tattoo, @julia_karowowska_tattoo, @lulewiczzwenflonem, @inez_piercing ,koniecznie sprawdźcie ich prace na instagramie.
Tyna: Autentyczność jest dla nas kluczowa. Nie interesuje nas odtwarzanie trendów ani kopiowanie. Wierzymy w projekty tworzone od zera - takie, których nie zastąpi ani AI, ani Pinterest.
Historia Bodyfikacji, niemal 15-letnia, składa się z pięciu lat, kiedy było to studio wyłącznie Tyny, pięciu, kiedy oboje działaliście w branży, ale Bodyfikacje były ciągle wyłącznie Tyny i pięciu, kiedy działacie w tym studio równolegle? Trudno jest wam godzić wspólne życie i wspólną pracę?
Tyna: W pewnym momencie poczułam, że zarządzanie zaczyna mnie ograniczać twórczo. Przekazałam studio Kisielowi, co było trudne, ale potrzebne. Zrezygnowałam z bycia właścicielką studia. Według mnie to fantastycznie, że jesteśmy w tym razem. Kisiel jest moją najbliższą osobą, ufam mu i wiedziałam, że mogę przekazać mu moje miejsce, które jest dla mnie trochę jak własne dziecko, darzę je dużym sentymentem. Dzięki temu mogłam wrócić do malarstwa i własnych projektów, a także podjąć pracę w międzynarodowym studiu w Berlinie. O organizacyjnych sprawach w studio w ogóle prywatnie nie rozmawiamy. W domu się tym po prostu nie zajmujemy.
Kisiel: Prowadzenie takiego miejsca to pełen etat - od organizacji pracy zespołu po codzienne, prozaiczne rzeczy. Temu miejscu trzeba poświęcać dużo uwagi, bo każde z nas realizuje jeszcze masę innych projektów. Ja realizuje się w różnych projektach muzycznych m.in. jestem wokalistą w toruńskim zespole Łajka. Tyna od trzech lat tworzy Artist Retreat España miejsce z pracownią w Andaluzji, zatem mieszka na dwa kraje. Od pięciu lat jest rezydentką Noiia Berlin. To naprawdę są czasami "szachy 5D" ! Przez wiele lat wspierała nas Pati jako menadżerka studia, oraz osoba odpowiedzialna za kontakty z artystami i marketing w galerii co było ogromną pomocą!
Tyna: Na pewnym etapie skupianie się na rzeczach organizacyjnych spowodowało, że w pewnych momentach miałam bardzo duże problemy ze snem. Nie dawałam rady przeprocesować tych wszystkich problemów, czy tych wszystkich rzeczy, które działo się w ciągu dnia. Musiałam się przyznać przed sobą samą, że nie jesteś cyborgiem po prostu. Kiedy przekazałam te obowiązki, to naprawdę odetchnęłam i naprawdę w końcu zajęłam się tym, czym chcę w pełni. Twórczo też czuję się lepiej. Mogę więcej rzeczy sobie przemyśleć, nie inwestuję energii w sprawy organizacyjne, tylko po prostu przeznaczam ją dla siebie i realizuje swój tryb życia.
Jak definiujecie swoje podejście do pracy?
Kisiel: Najważniejszy jest człowiek - zarówno klient, jak i artysta. Chcemy, żeby każdy czuł się tu bezpiecznie i swobodnie. To przestrzeń otwarta, bez oceniania.
Tyna: I jednocześnie wymagająca. Stawiamy na indywidualność, ale też na jakość. Interesują nas artyści, którzy mają własny język i coś do powiedzenia.
To widać także po galerii, którą prowadzicie. Nazwaliście ją "Galeria przedpokój" - ona jest w pewien sposób przedłużeniem tej waszej własnej życiowo artystycznej wizji?
Kisiel: Tak. Brakowało nam w Toruniu miejsca niezależnego, poza instytucjami. Stworzyliśmy przestrzeń offową, inicjatywę oddolną, w której artyści mogą pokazywać swoje prace bez zbędnego dystansu. Promujemy tu artystów i tworzymy społeczność skupioną wokół galerii. Są to ludzie, którzy interesują się sztuką, chcą zobaczyć coś innego, podyskutować, wymienić spostrzeżenia. To już kilkadziesiąt osób, które pojawiają się regularnie na wystawach. Co nas cieszy, dużo jest nowych osób z zewnątrz. Często te wydarzenia łączymy z koncertami niezależnych artystów.
Tyna: Mam wrażenie, że osoby, które tu przychodzą bardzo doceniają to, że jest duża szansa na porozmawianie z artystami. Ola Jaczewska, która prezentowała swoje prace niedawno, przez dwie godziny non stop rozmawiała z różnymi odbiorcami. Stawianie artysty na piedestale i tworzenie atmosfery bardzo oficjalnej nie jest w naszym stylu. Nasi stali bywalcy bardzo lubią przychodzić na nasze wydarzenia, bo twierdzą, że tu jest bardziej przystępnie. To bardzo bezpośrednia formuła - artyści są obecni, rozmawiają z ludźmi, nie ma podziału na "twórcę" i "odbiorcę". To bardziej spotkanie niż klasyczna wystawa.
Kisiel: Trochę jak domówka, tylko ze sztuką. I to działa - mamy zamknięty kalendarz wystaw aż do połowy 2027 roku.
Drodzy artyści, drogie artystki, apelujemy, jeśli chcesz się wystawić swoje prace w Galerii Przedpokój, to teraz jest czas, żeby się zgłosić do organizatorów tej przestrzeni?
Kisiel: Planujemy zorganizować open-call w formie konkursu dla debiutantów, dla osób stawiających pierwsze kroki. Zrobimy to pewnie w formie konkursu. Wszyscy uczestnicy będą mogli zaprezentować się na wystawie zbiorowej, a laureat pierwszego miejsca będzie mógł mieć swoją wystawę solową w naszej przestrzeni.
Mam takie wrażenie, że negujecie taki tradycyjny, bardzo utarty schemat pewnego patosu artysty, a równocześnie staracie się w swojej otwartości zachowywać poziom, który raczej z tym patosem i poszanowaniem dla sztuki jest tożsamy. W tym momencie sztuka tatuażu przeżywa według mnie renesans. Kiedy zaczynaliście, to w wielu kręgach tatuaż kojarzył się raczej pejoratywnie. Teraz ludzie, którzy chcą zrobić sobie tatuaż, są bardziej otwarci, czy musicie ich trochę zachęcić?
Tyna: Ja zajmuję się bardzo specyficznym rodzajem tatuowania. Tworzę abstrakcję z freehandu i działam w specyficznej niszy światowej. Wśród moich klientów mam cały przekrój społeczny. Od konstruktora AirBusa, po lekarzy, artystów, informatyków, pilotów. Wszystkich łączy zamiłowanie do abstrakcji, do formy , za której pomocą mogą opowiedzieć swoją historię. Uważają za osobiste, niepodrabiane oraz harmonijne i piękne. Stąd moje motto na instagramie - tattooing the moment - tatuuję moment. Zatrzymuje w abstrakcyjnych formach to co w danej chwili ważne. Cieszę się ze spotkań z osobami, które tatuuję, bo to są zazwyczaj bardzo inspirujący ludzie, których historii można słuchać do woli.
Kisiel: Zmieniło się też podejście do tego rodzaju sztuki. Przychodzą do nas osoby, które kiedyś by się nie zdecydowały - także starsze. Tatuaż przestał być czymś kontrowersyjnym, stał się formą wyrazu.
Na koniec - czym są dziś Bodyfikacje?
Tyna: To przestrzeń, w której można być sobą - jako artysta i jako człowiek.
Kisiel: To miejsce, które nie udaje niczego. Jest dokładnie takie, jakie chcieliśmy stworzyć.