Szaleństwo na torze i na trybunach. Pół wieku temu mecz z Gorzowem przeszedł do historii
W najbliższą niedzielę żużlowcy z Torunia i Gorzowa Wlkp. zmierzą się w kolejnym meczu PGE Ekstraligi. Tak się składa, że termin tego spotkania wypada równo pół wieku po pierwszym starciu tych drużyn w ekstraklasie. 30 maja 1976 r. doszło do meczu, który przeszedł do historii, a w pamięci kibiców został na zawsze. Sam wynik - 48:47 dla gospodarzy - nie oddaje w pełni dramaturgii. Jednym z bohaterów był Kazimierz Araszewicz, po meczu noszony na rękach toruńskich kibiców. Dwa miesiące później jego karierę przerwał tragiczny wypadek na torze w Częstochowie...
50 lat temu, w 1976 roku Stal Apator był beniaminkiem ekstraklasy. Awans Torunianie dostali niejako z urzędu, w wyniku powiększenia ligi do 10 drużyn. I zetknięcie z rywalami z wyższej półki było bolesne. Dość powiedzieć, że w pierwszym domowym meczu Torunianie przegrali z Włókniarzem Częstochowa aż 35:60.
Podobnie miało być w zderzeniu ze Stalą Gorzów, mistrzem Polski, zespołem pełnym gwiazd i reprezentantów kraju. Torunianie mogli przeciwstawić rywalom ambicję i liczyć na łut szczęścia. I tak się stało!
Jedna jaskółka wiosny nie czyni...
Lider gości Edward Jancarz jeździł w innej lidze. Dosłownie i w przenośni. Jancarz jako jeden z nielicznych Polaków startował w lidze brytyjskiej i dysponował znacznie lepszym sprzętem. Na mecz do Torunia przyjechał prosto z Anglii i przewyższał wszystkich na torze. Nawet po przegranych startach z łatwością mijał rywali. Komplet 18 punktów nie oddaje w pełni jego wyższości. Ale jeden zawodnik sam meczu nie wygra...
Tymczasem jego koledzy z drużyny potykali się o własne nogi, notując defekty, upadki, wykluczenia, popełniając błędy. A gospodarze skrzętnie to wykorzystywali. Dość powiedzieć, że po czterech wyścigach było 17:6 dla Stali Apatora (od 2. biegu gospodarze wygrali kolejne wyścigi 5:0, 5:1 i 4:2). I dopiero wtedy zaczął się mecz...
W obronie minimalnej przewagi
Już w 5. biegu goście wprowadzili rezerwę taktyczną – Jancarz w parze z Jerzym Rembasem, kolejnym asem polskich torów, pokonali podwójnie Jana Ząbika. Było 18:11. Po 7 biegach przewaga stopniała do 5 punktów – 23:18, po 11 biegach – do 3 punktów – 34:31, po 12. biegu już tylko do 1 punktu – 36:35. A do końca pozostało jeszcze pięć wyścigów (wtedy mecze rozgrywano według tabeli 16-biegowej).
Emocje wciąż rosły. Ostatnie pięć wyścigów kibice oglądali na stojąco. Gospodarze bronili minimalnej przewagi, przywożąc remisy. Liczył się każdy punkt. I tych, którzy zdobyli ich najwięcej - jak Jerzy Kniaź, Janusz Plewiński, i tych, którzy mieli ich mniej - jak Jan Moskowicz, Roman Kościecha czy Bogdan Krzyżaniak.
Cały stadion jechał z Kazikiem
Przy wyniku 45:44 na starcie do ostatniego wyścigu stanęli Jan Ząbik, Kazimierz Araszewicz oraz Edward Jancarz i Mieczysław Woźniak. Jancarz od razu wysforował się na prowadzenie, za nim jechał Ząbik, ale trzeci był Woźniak. I taka kolejność dawała wygraną Stali. Kibice w ekstazie oglądali, jak przez cztery okrążenia Araszewicz szalonymi atakami pod bandą (wtedy siatką...) próbował wyprzedzić Woźniaka. Decydujący szturm przypuścił na ostatnim wirażu! Woźniak chciał skontrować, ale upadł. Araszewicz dojechał do mety z punktem, który dał wygraną Torunian w całym meczu!
Kibice oszaleli. Euforii nie sposób było opanować. Kazik noszony był na rękach toruńskich kibiców.
Los był jednak okrutny. Dwa miesiące potem w Częstochowie Araszewicz, który był dopiero na początku kariery, zginął w wyniku obrażeń po kolizji na torze. Na dodatek w biegu, w którym także jechał w parze z Janem Ząbikiem...
Co ciekawe, z kolejnych 12 meczów z Gorzowem Torunianie wygrali tylko jeden - w 1979 roku (57:51) – w pozostałych lepsi byli rywale. Czasy dominacji Torunian miały dopiero nadejść, ale to tylko podkreśla, jak cenne i niespodziewane było zwycięstwo 30 maja 1976 roku.