Najlepiej widać to na nowych osiedlach, na których mieszkają tysiące młodych rodzin. Powstają place zabaw, boiska, strefy rekreacyjne i urządzenia kupowane za publiczne pieniądze. Później jednak część tych obiektów zostaje zamknięta albo dostęp do nich jest ograniczany. Symbolicznym przykładem jest Jar.
Trudno nie zauważyć tu pewnej sprzeczności. W raporcie z konsultacji społecznych z 2017 roku dotyczących Zielonego Jaru zapisano, że planowane obiekty sportowe i rekreacyjne na osiedlu mają być otwarte i dostępne dla dzieci w różnym wieku. W odpowiedzi udzielonej mieszkańcom zaznaczono nawet wprost, że boiska "nie mają być zamykane". Skoro więc obiekt został zbudowany dla mieszkańców, dlaczego mieszkańcy nie zawsze mogą z niego swobodnie korzystać?
Rozumiem argument dotyczący wandalizmu. Publiczne wyposażenie kosztuje, a każda dewastacja oznacza kolejne wydatki. Nie można jednak urządzać miasta według zasady, że ponieważ ktoś może coś zniszczyć, najlepiej nikomu tego nie udostępniać. W przeciwnym razie należałoby zamknąć również ławki, parki, przystanki i skwery.
Mamy monitoring. Mamy straż miejską. Można odpowiednio oświetlić teren, wprowadzić regulamin, oznaczyć godziny użytkowania i prowadzić okresowe kontrole. Obiekty oraz wyposażenie mogą być również ubezpieczane. Ryzyka nie da się wyeliminować, ale można nim zarządzać. Zamknięcie boiska nie jest zarządzaniem. Jest rezygnacją z funkcji, dla której to boisko powstało.
Osiem osób mogłoby zmienić kilka osiedli czyli mam pomysł
Toruń mógłby uruchomić pilotażowy program roboczo nazwany "Otwarte Boisko". Jego podstawą byłoby zatrudnienie ośmiu studentów, przede wszystkim kierunków związanych z wychowaniem fizycznym, sportem, pedagogiką lub fizjoterapią. Pracując w systemie zmianowym, na część etatu, mogliby obsługiwać pięć, a być może nawet sześć osiedlowych boisk.
Najważniejsze godziny to czas od 16.30 do 20.30, kiedy dzieci i młodzież kończą zajęcia szkolne, a rodzice wracają z pracy. To właśnie wtedy boiska powinny żyć.
Nie chodzi o stworzenie kolejnej świetlicy ani o zapewnienie dzieciom opieki. Student obecny na obiekcie nie przejmowałby odpowiedzialności rodzicielskiej. Jego zadaniem byłoby otwarcie i zamknięcie boiska, pilnowanie miejskiego wyposażenia, reagowanie na nieprawidłowe zachowania oraz dbanie o to, aby sprzęt był wykorzystywany zgodnie z przeznaczeniem.
Przy okazji mógłby udostępniać piłki, znaczniki, rakietki czy drobny sprzęt sportowy. Mógłby pomóc zorganizować spontaniczny mecz, pokazać podstawowe ćwiczenia albo dopilnować, żeby młodsze dzieci nie były wypychane z boiska przez starszych. Nie byłaby to obowiązkowa szkółka sportowa, lecz życzliwa obecność dorosłej osoby, dzięki której obiekt pozostawałby bezpieczny i rzeczywiście dostępny.
Pilotaż można byłoby próbować zamknąć w budżecie około 200 tys. zł rocznie, zwłaszcza przy ograniczeniu programu do najintensywniejszych miesięcy i wykorzystaniu dofinansowania zewnętrznego. Nawet gdyby po dokładnej kalkulacji koszt okazał się wyższy, nadal mówilibyśmy o kwocie niewielkiej w porównaniu z pieniędzmi przeznaczanymi na zawodowy sport.
Program mógłby powstać wspólnie z Uniwersytetem Mikołaja Kopernika. Dla studentów byłaby to praca, doświadczenie zawodowe i możliwość zdobycia praktyki. Dla dzieci - łatwiejszy dostęp do aktywności. Dla miasta - lepsza ochrona infrastruktury. Dla mieszkańców - pewność, że boisko wybudowane z ich podatków rzeczywiście im służy.
Wszyscy by na tym wygrali.
To rozwiązanie już działa w Polsce
Nie byłby to eksperyment bez precedensu. Ogólnopolski program "Aktywna Szkoła" przewiduje prowadzenie bezpłatnych zajęć przez trenerów i animatorów na obiektach szkolnych i Orlikach. W części "Aktywny Orlik" założono prowadzenie aktywności nawet przez siedem dni w tygodniu, a dofinansowanie może obejmować do 100 godzin pracy miesięcznie na jednym obiekcie.
Ministerialny program pokazuje również, że samorząd nie musi samodzielnie finansować całego przedsięwzięcia. W 2026 roku stawka za godzinę zajęć w jednym z zadań programu wynosiła 90 zł brutto, a do prowadzenia aktywności mogli być zgłaszani animatorzy, trenerzy i nauczyciele wychowania fizycznego.
Podobny model od lat rozwijany jest w Poznaniu. Program "Trener Osiedlowy AWF" zapewnia bezpłatne zajęcia na boiskach w różnych częściach miasta. Projekt jest realizowany przez środowisko związane z poznańską Akademią Wychowania Fizycznego i finansowany ze środków miejskich, w tym z Poznańskiego Budżetu Obywatelskiego.
W Lublińcu animator zatrudniony na Orliku wykonywał od 80 do 100 godzin pracy miesięcznie, od kwietnia do końca października. Samorząd jasno określił miejsce, wymiar godzin i zakres zatrudnienia. To proste rozwiązanie organizacyjne, a nie kosztowny projekt wymagający budowania kolejnej instytucji. Toruń nie musiałby więc wymyślać systemu od podstaw. Wystarczyłoby wykorzystać doświadczenia innych miast, dostosować je do lokalnych warunków i rozpocząć pilotaż na kilku największych osiedlach.
Najpierw możliwość gry, później możliwość kibicowania
Nie jest to tekst przeciwko żużlowcom, siatkarzom ani innym zawodnikom. Jest to głos za właściwą kolejnością miejskich priorytetów.
Zawodowe kluby mają sponsorów, partnerów biznesowych, wpływy z biletów, transmisji, reklam i praw marketingowych. Mogą prowadzić profesjonalną sprzedaż oraz zabiegać o prywatny kapitał. Dziecko mieszkające na Jarze, Rubinkowie, Stawkach czy lewobrzeżu nie ma takich możliwości. Jest uzależnione od tego, czy w pobliżu znajdzie się dostępne boisko, bezpieczny plac zabaw albo bezpłatne zajęcia.
Dlatego dalsze zwiększanie publicznego wsparcia dla zawodowych drużyn, w tym Aniołów Toruń czy żużlowej drużyny występującej jako PRES Grupa Deweloperska Toruń, trudno uznać za priorytet, dopóki dzieci na osiedlach napotykają zamknięte furtki.
Miasto powinno najpierw zagwarantować najmłodszym możliwość ruchu, a dopiero później dokładać kolejne środki do sportowego widowiska. Bo zdrowia dzieci nie buduje się na trybunach. Kondycja nie rośnie od oglądania transmisji. Medale zawodowców nie zastąpią godziny biegania, gry w piłkę czy jazdy na rolkach.
Najlepszą inwestycją sportową Torunia nie musi być kolejny kontrakt promocyjny z profesjonalnym klubem. Może nią być otwarta furtka na osiedlowe boisko i student, który przez kilka godzin dziennie zadba o to, aby obiekt służył mieszkańcom.
Sport zawodowy daje emocje. Sport powszechny daje zdrowie.