Song of Songs 2026: Czy to wszystko ma nadal sens? [fotogaleria]

W tym tygodniu zapraszam Was na muzyczną podróż do toruńskiej Fosy Zamkowej. Dlaczego akurat tam? Bowiem to właśnie tam od wielu lat (z małymi przerwami) odbywa się festiwal muzyki chrześcijańskiej Song of Songs, jeden z największych festiwali tego typu w Europie. W piątkowe popołudnie wyruszyłem na tę imprezę, by uzyskać odpowiedź na pytanie — czy to kultowe wydarzenie sprosta zmieniającym się oczekiwaniom publiki? A może ugnie się pod nimi, pozostając jedynie cieniem swego dawnego blasku?

Song of Songs 2026Song of Songs 2026
Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak
Ignacy Grześkowiak

Tegoroczna odsłona Song of Songs zdominowana była przez występy gościnne oraz nietuzinkowe współprace. Zarówno popowo-gospelowy chór TGD, jak i punkrockowiec Tomasz Budzyński zdecydowali się zaprosić gościnnych muzyków i wokalistów. W przypadku tej pierwszej ekipy postawiono na Mateusza Ziółko oraz jakże rozchwytywaną Roxie (Roksana Węgiel-Mglej). Budzyński z kolei zdecydował się na dawnych kolegów i koleżanki z czasów Armii, czyli ekspresyjnego basistę Dariusza "Maleo" Malejonka i znakomitą perkusistkę Beatę Polak. Dodatkowo wraz z Budzyńskim wystąpiła multiinstrumentalistka i wokalistka Karolina Cicha, która wniosła do tej kolorowej brygady nutkę bardziej harmonijną, a mniej wywrotową.

Świadectwo wiary

Na teren dosłownie pękającej w szwach Fosy Zamkowej docieram delikatnie spóźniony, mniej więcej w połowie setu TGD. Oznacza to, że przegapiłem koncert otwierający, którym był dziecięcy chór Małe TGD. Mając na uwadze jego autentycznie cenioną pozycję na rynku muzycznym i liczną frekwencję festiwalu, mogę się tylko domyślać, że dzieciaki zaserwowały wykonania równie solidne jak reszta tego urokliwego line-upu.

Przejdźmy zatem do koncertu TGD. Ich występ w przeważającej większości oparty był na wybitnie czysto zaśpiewanych harmoniach wokalnych między członkami chóru. Gospelowa oratorska swobodnie płynąca duchowa energia zdawała się dosłownie zalewać wszystkich zgromadzonych słuchaczy. Być może niektórzy uznaliby to za zbytnio silące się na wykorzystanie zachodnich gospelowych wzorców, jednak dla tych, którzy nie są muzycznymi snobami porównującymi wszystko między sobą, występ TGD miał w sobie pierwiastek czystej, niczym nie skrępowanej radości.

W trakcie występu Mateusz Ziółko podzielił się mocnym świadectwem wiary, które zaskoczyło mnie, jak i pewnie wielu innych, tym, jak wiele swojej prywaty wyciągnął na scenę wokalista. W skrócie — alkohol, sława i pokoje hotelowe to o wiele gorsi doradcy niż poszukiwanie jakiejś formy duchowego absolutu, w tym wypadku w katolickim wydaniu.

Publika dość mocno podchwyciła refren zamykającego koncert i jakże oazowego w swej naturze "Błogosław, duszo moja, Pana", co było dla TGD bardzo słyszalnym sygnałem, że wykonali solidną ewangelizacyjną robotę. Tak naprawdę jedynym zgrzytem w tym koncercie był fakt, iż Roxie zwinęła się, zanim TGD skończył swój set. Rzekłbym, że było to z jej strony trochę w złym guście, kiedy zespół chciał zaprosić ją na ukłon pytaniem "Czy jest z nami kobieta w błękicie?" (odnosząc się do koloru sukienki, jaką miała na sobie Roksana w trakcie występu), tylko po to, by usłyszeć z backstage’u odpowiedź przeczącą. Mateusz Ziółko pozostał z gospelową ekipą do samego końca ich występu.

  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
  • Song of Songs 2026
[1/56] Song of Songs 2026 Źródło zdjęć: Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak

Wierność ekumenicznemu duchowi festiwalu

Po tym koncercie nastąpił czas na modlitwę. Ostatecznie Song of Songs to nie tylko okazja do posłuchania wartościowej muzyki, ale także moment zajrzenia w głąb siebie i poszukiwania głosu spoza świata materialnego. Na uznanie zasługuje ekumeniczny charakter modlitwy. Na scenę zostali zaproszeni przedstawiciele różnych kościołów i denominacji i ten moment nie był zagarnięty i zarezerwowany tylko dla katolików. Poszukiwanie dialogu w obrębie różnych odłamów chrześcijaństwa jest czymś praktykowanym zdecydowanie zbyt rzadko we współczesnym świecie, więc należą się tutaj ogromne brawa dla SOS Music za pozostawanie wiernym pierwotnemu ekumenicznemu duchowi festiwalu.

Po tym medytacyjnym momencie na scenę powrócili konferasjerzy tegorocznego festiwalu, czyli raper Arkadio oraz niepodrabialny ks. Jakub Bartczak. W czasie gdy techniczni przygotowywali rozbudowane instrumentarium pod ostatni koncert tego wieczoru duet Arkadio i ks. Bartczak serwowali zgromadzonej widowni spontaniczny rapowy freestyle. Jasne, było to trochę czerstwe w swoim wydźwięku, coś w stylu godziny wychowawczej z profilaktyką antynarkotykową w twoim liceum. Jednakowoż, mając na uwadze, jak wielu młodych raperów po prostu boi się improwizacji i ucieka od tego elementu kultury hip-hopowej, należy docenić odwagę duetu prowadzących w tym spontanicznym przerywniku. Nie było to tak dobre jak ostatni freestyle Eminema z "8. Mili". Nie było to jednocześnie aż tak kompromitujące jak niesławny freestyle Eldo (kto ma wiedzieć, ten wie).

Punkrockowa energia i telebimy

Ku mojemu zaskoczeniu, publika zdawała się trochę przerzedzić do momentu, gdy Tomasz Budzyński wkroczył na scenę wraz ze swoimi muzykami. Ci, którzy zostali na koncert finałowy tegorocznego Song of Songs, otrzymali wściekłą punkową energię godną najlepszych lat Jarocina. Rodziny z dziećmi stanowiące lwią część publiki TGD ustąpiły miejsca osobom w średnim wieku znającym na wyrywki zarówno teksty Armii, jak i te z solowego repertuaru Budzyńskiego, a także młodym punkom i rastafarianom. Dredy i naszywki pojawiły się na widowni w większym natężeniu niż można by oczekiwać po tej imprezie.

Budzyński wystąpił z jak zawsze ciekawym układem na dwóch perkusistów, przy czym Beata Polak obsługiwała ekstremalnie wszechstronny i zróżnicowany zestaw instrumentów perkusyjnych. Na scenie pojawił się także wybitnie ceniony przez festiwalową publikę Michał Jacaszek obsługujący sekcję instrumentów elektronicznych. Sekcja gitarowa zaś była zdominowana przez wściekłe piłowanie akordów barowych przez Stanisława Budzyńskiego, dzierżącego granatowego Ibaneza, i wirtuozerię gitary akustycznej w rękach Gerarda Nowaka.

Mając na uwadze, że Tomasz Budzyński grał przez dwie i pół godziny (wliczając bis na trzy utwory), gdyby jedynym prezentowanym klimatem był punkrockowa jechanka, mogłoby to wszystko być trochę męczące. Tak się jednak nie stało dzięki zgrabnie wplecionym kameralnym momentom. To właśnie one były jednymi z najciekawszych elementów tej muzycznej eskapady. Mówimy tutaj chociażby o mistycznym wykonaniu Psalmu 136 w starogreckim oraz o jednej z najbardziej poruszających żydowskich pieśni liturgicznych "Jedid Nefesz" w języku hebrajskim; za oba te brawurowe wykonania odpowiadała Karolina Cicha.

Multiinstrumentalistka zaprezentowała absolutny majstersztyk w kreowaniu atmosfery oraz znakomity popis własnej skali wokalnej, wszystko na chwałę Pana, oczywiście. Innym tego typu zwolnieniem tempa był równie ambitny wykon "Redemption Song", czyli magnum opus Boba Marley’a, w którego wcielił się Dariusz "Maleo" Malejonek i wybrnął z tej niełatwej batalii także bez najmniejszego wstydu oraz bez grama pozerstwa.

Co nie zagrało? Otóż nieposkromiona punkrockowa energia trupy Tomasza Budzyńskiego była chyba tak silna, że w pewnym momencie telebimy koncertowe zaczęły odmawiać posłuszeństwa, z czym obsługa walczyła do samego końca występu.

W tym miejscu warto też pochylić się nad realizacją dźwięku. Przemykając za sceną, wpadłem na bohatera naszego wywiadu sprzed kilku tygodni, czyli Rafała Pyszkę z 1025.rocks, który wraz ze swoją ekipą odpowiadał za ten aspekt koncertu. W kwestii akustyki i miksu wszystko to wyszło naprawdę pierwszorzędnie, co na pewno nie było łatwym zadaniem, mając na uwadze odmienność gatunkową tegorocznych wykonawców. TGD wybrzmiało z należytą harmonią, a ekipa znana z Armii z odpowiednim rockowym pazurem. Właściwie już od pierwszych akordów "Radia Rivendell" z solowego repertuaru Budzyńskiego wiedziałem, że techniczni tegorocznego Song of Songs to absolutnie nie są goście z przypadku, tylko doświadczeni rzemieślnicy zaprawieni w koncertowych bojach.

Wciąż jest zapotrzebowanie

Podsumowując, czy możemy uznać tegoroczną edycję Song of Songs za udany festiwal? Zasadniczo tak. Jasne, być może TGD było koncertem skrojonym pod konkretną grupę docelową, ale w tym samym czasie nie sposób odebrać im warsztatu wokalnego i pewnego nieskazitelnego piękna, jakie płynęło z tego koncertu. W tym samym czasie Benefis Tomasza Budzyńskiego był jak swoiste chrześcijańskie Męskie Granie, fenomenalny przegląd po największych klasykach Armii, jak i solowego dorobku wokalisty, z domieszką mistycyzmu Karoliny Cichej i rastafariańskiej energii Dariusza "Maleo" Malejonka.

Z tego koncertu biła pewna doza uniwersalności; nie trzeba było być obeznanym z Listami Apostolskimi, aby dobrze się bawić w trakcie tego występu, choć oczywiście oczytanie w biblijnej literaturze pomaga docenić w pełni tekściarstwo Budzyńskiego. Wspólnota, jaka zbudowała się przez lata istnienia Song of Songs, jest czymś niepodważalnym. Nawet pomimo nieobecności festiwalu w latach 2010–2016, kolejne pokolenia mieszkańców Metropolii Toruńskiej są nadal głodne tej imprezy i tej muzyki, czego dowodem jest naprawdę solidna tegoroczna frekwencja. Pod kątem technicznym wydaje się, że impreza stała się bardziej przemyślana i dopieszczona względem poprzednich odsłon pomimo skrócenia jej czasu trwania z imprezy weekendowej do wydarzenia jednodniowego.

Wydaje się, że na przekór wszystkiemu, wciąż jest zapotrzebowanie na promowanie muzyki chrześcijańskiej, a formuła Song of Songs nie jest jeszcze wyczerpana. Ciekawe, co przyniosą dalsze losy tego jedynego w swoim rodzaju wydarzenia. Niezależnie od tego, co skrywa przyszłość tej wyrazistej ekumenicznej imprezy, będziemy was o tym informować w ramach naszego portalu.
Wybrane dla Ciebie