Referenda do poprawki. Proponujemy korektę, po której bojkot straci sens

Nasza propozycja zakłada odejście od progu frekwencyjnego i zastąpienie go zasadą, według której do odwołania włodarza potrzeba byłoby co najmniej o jeden głos więcej niż liczba mieszkańców, która wybrała go w wyborach. Taki system zakończyłby absurd politycznych bojkotów i sprawił, że referendum stałoby się realnym starciem argumentów oraz rzeczywistego poparcia społecznego, a nie walką o zniechęcenie ludzi do udziału w głosowaniu.

Czas na zmiany w referendumCzas na zmiany w referendum
Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Adobe Stock
Dawid Gulczyński

Referenda w Polsce miały być jednym z najważniejszych narzędzi demokracji bezpośredniej. W praktyce coraz częściej stają się jednak elementem politycznej wojny, narzędziem presji albo kosztownym rytuałem bez realnych skutków. Dotyczy to szczególnie referendów lokalnych - dotyczących odwołania burmistrzów, prezydentów miast czy rad gmin.

Największym problemem jest dziś próg frekwencyjny. W przypadku referendum odwoławczego wynik jest ważny tylko wtedy, gdy do urn pójdzie odpowiednio wysoka liczba mieszkańców - co najmniej 3/5 liczby wyborców uczestniczących w wyborze odwoływanego włodarza. W praktyce powoduje to absurdalną sytuację: najskuteczniejszą strategią obrony przed referendum staje się… bojkot głosowania. Zamiast debaty o problemach miasta pojawia się apel "nie idźcie na referendum".

Eksperci od lat zwracają uwagę, że taki system wypacza sens demokracji bezpośredniej. Referenda często nie są rozstrzygane przez większość głosujących, ale przez tych, którzy zostali w domu. W efekcie wiele inicjatyw kończy się nieważnością mimo wyraźnego wyniku wśród uczestników głosowania. Według części analiz jedynie niewielki odsetek referendów lokalnych kończy się wiążącą decyzją.

Coraz częściej pojawia się więc pytanie: czy polski model referendum wymaga reformy? Naszym zdaniem - tak. I to nie kosmetycznej, ale fundamentalnej. Zamiast obecnego progu frekwencyjnego powinien obowiązywać prosty i czytelny mechanizm oparty na realnej liczbie głosów potrzebnych do odwołania włodarza.

Propozycja made in Metropolia Toruńska

Propozycja jest stosunkowo prosta: aby odwołać burmistrza, prezydenta miasta czy wójta, przeciwnicy musieliby zdobyć co najmniej o jeden głos więcej niż liczba mieszkańców, która wcześniej wybrała danego włodarza w wyborach. Jeśli więc prezydenta Krakowa poparło w wyborach samorządowych 133 703 wyborców, do jego odwołania potrzebne byłoby minimum 133 704 głosy za odwołaniem - chyba że jeszcze większa liczba mieszkańców zagłosowałaby przeciwko takiej decyzji. Frekwencja w referendum wyniosła 29,99%; za odwołaniem prezydenta oddano 171 581 ważnych głosów, co oznacza, że Aleksander Miszalski został odwołany. W naszym systemie wynik byłby identyczny. Gdyby jednak prezydent Krakowa mobilizował swój elektorat do głosowania, być może jeszcze większa liczba osób byłaby za pozostawieniem go na stanowisku.

Taki model całkowicie zmieniałby logikę referendum. Znikałby absurd bojkotu jako najskuteczniejszej strategii politycznej. Frekwencja przestałaby być narzędziem taktycznej gry, a najważniejsze stałoby się realne poparcie dla odwołania władz. Referendum przestawałoby być konkursem na to, kto skuteczniej zniechęci mieszkańców do udziału w głosowaniu.

To rozwiązanie miałoby jeszcze jedną istotną zaletę - mobilizowałoby obie strony do rzeczywistej debaty. Dziś włodarzom często bardziej opłaca się apelować o pozostanie w domach niż przekonywać mieszkańców argumentami. W nowym systemie sytuacja byłaby odwrotna. Im wyższa frekwencja, tym większa szansa na obronę mandatu dzięki głosom poparcia. Paradoksalnie więc prezydentom miast czy burmistrzom mogłoby zacząć zależeć na tym, by mieszkańcy jednak poszli do urn.

W Ciechocinku wynik byłby taki sam

W referendum do urn poszło 2095 osób. Za odwołaniem burmistrza zagłosowały 2004 osoby. Przeciwko było 85 głosujących. By referendum było wiążące w lokalach wyborczych musiało pojawić się minimum 2123 mieszkańców, co odpowiada 3/5 wyborców uczestniczących w wyborze burmistrza w 2024 roku. Do tego minimum zabrakło 28 głosów. Gdyby wprowadzić system, o którym piszemy - burmistrz Jarosław Jucewicz również zachowałby stanowisko - w pierwszej turze poparło go bowiem 2 085 osób. W drugiej turze poparcie było niższe - 1 980 osób. W naszej propozycji progiem odwołania byłby jednak liczba wyższa: maksymalne osiągnięte poparcie.

Reasumująć: chociaż decyzje mieszkańców Krakowa i Ciechocinka pozostałyby niezmienione to sama forma debaty i przebiegu procesu referendalnego byłaby diametralnie inna i bliższa idei demokracji. Co więcej, mobilizowałaby włodarzy do walki o jak najlepszy wynik w terminowych wyborach.

Wybrane dla Ciebie