Ratownictwo na czterech łapach. Martyna Trocha szkoli psy, które pomagają odnajdywać ludzi

Kiedy cztery lata temu trafił do jej domu, był energicznym i chętnym do nauki psem rasy border collie. Dziś Riki posiada już własny certyfikat psa ratowniczego i może wspierać służby podczas akcji poszukiwawczych. Za jego umiejętnościami stoją jednak setki godzin treningów oraz doświadczenie Martyny Trocha, która od 17 lat zajmuje się szkoleniem psów.

Martyna Trocha szkoli psy, które pomagają odnajdywać ludzi Martyna Trocha szkoli psy, które pomagają odnajdywać ludzi
Źródło zdjęć: © Archiwum prywatne | Nadesłane
Katarzyna Kucharczyk

Pierwszy pies ratowniczy był… kundelkiem

Martyna swoją przygodę z kynologią rozpoczęła jeszcze jako nastolatka. Miała 14 lat, gdy rodzice kupili jej pierwszego psa. Jego potrzeby, komunikacja i rozwój zdolności zainteresowały ją od razu.

– Chciałam nauczyć się z nim pracować i lepiej go rozumieć. Zaczynałam od prostych rzeczy, sprawiało mi to dużo satysfakcji, dlatego stawiałam na ciągły rozwój. Zaczęłam pracę jako wolontariusz, szkoląc psy asystujące, później pracowałam z psami do sportu i obrony. Pojawiły się szkolenia, kursy i coraz większe doświadczenie.

Martyna Trocha pochodzi ze Śląska to właśnie i tam zdobywała pierwsze doświadczenia. Z czasem jej życie zawodowe coraz mocniej zaczęło wiązać się również z ratownictwem. Z wykształcenia jest ratowniczką medyczną. Działał też w Górskim Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym w Beskidach. To tam miała okazję obserwować także pracę psów-ratowników i rozwijać swoje zainteresowania. W końcu i ona postanowiła zacząć działać w towarzystwie czteronożnego kompana. Pojawił się całkowicie przypadkowo.

– Znalazłam go przy drodze, podczas wieczornego spaceru. To była mała kulka, nierasowa. Zwykły kundel. Jeździł ze mną praktycznie wszędzie, też do pracy. W pewnym momencie pomyślałam, że skoro już tu jesteś, to przydaj się na coś – opowiada ze śmiechem.

Choć nie posiadał wszystkich cech typowych dla psów ratowniczych, przeszedł szkolenie, wypełniał swoją rolę, realizował zadania i przede wszystkim nauczył ją jednej z najważniejszych zasad pracy ze zwierzętami:

– Wiele osób szuka idealnego psa. Tymczasem podstawą jest relacja, oparta na wzajemnym zaufaniu. Bez niej trudno mówić o skutecznym szkoleniu – podkreśla.

Trzy lata przygotowań

Przez kilka lat Martyna Trocha służyła także w wojskach specjalnych. W tracie służby, w jej życiu pojawił się Riki, border collie, który od początku był przygotowywany do pracy ratowniczej. Kiedy jednak pożegnała się z mundurem, wiedziała, że swoje życie zawodowe chce związać typowo ze szkoleniem psów.

Ratownik na czterech łapach - Riki, pies ratowniczy oraz Martyna
Ratownik na czterech łapach - Riki, pies ratowniczy oraz Martyna © Archiwum prywatne | Nadesłane
– To bardzo długi proces, który wymaga systematycznej pracy. Pies ratowniczy nie jest gotowy po kilku treningach. Trzeba rozwijać kolejne umiejętności, zdobywać konkretne etapy, stale budować zaufanie i utrzymywać wysoką motywację do pracy. To bardzo trudne. Pies działa na wysokich obrotach, męczy się. Trzeba przyzwyczaić go także do tego, że nie zawsze od razu przychodzi nagroda – opowiada Martyna Torcha. – Jednym z kluczowych elementów szkolenia jest nauka wyszukiwania zapachu człowieka tzw. górnym wiatrem. Pies nie tropi konkretnej osoby, tak jak właśnie psy tropiące, które idą za zapachem. Jego zadaniem jest odnalezienie każdego żywego człowieka znajdującego się na wyznaczonym obszarze. Zdarza się, że podczas treningu na przykład w lesie, Riki podejdzie do kogoś, kto zbiera grzyby. Wówczas zaczyna szczekać, bez agresji, bo pies ratowniczy nie może być agresywny.

Podczas akcji zadanie psa jest jasno określone – ma odnaleźć człowieka. Po znalezieniu osoby Riki szczekaniem wskazuje ratownikom miejsce, w którym się znajduje. Takie psy są szczególnie przydatne podczas przeszukiwania dużych terenów leśnych, nieużytków czy miejsc trudno dostępnych dla ludzi.

– Pies jest w stanie sprawdzić duży obszar znacznie szybciej niż człowiek. Dzięki temu można efektywniej prowadzić działania poszukiwawcze, które nierzadko nie trwają wyłącznie kilku godzin – wyjaśnia Martyna.

Martyna Trocha jest druhną w Ochotniczej Straży Pożarnej na toruńskim Jarze. To właśnie tam jest specjalistyczna grupa poszukiwawczo-ratownicza, która wykorzystuje psy. Riki jest jednym z nich. Pozostałe 3 psy SGPR OSP Toruń Jar są szkolone przy wsparciu Martyny.

Na początku czerwca br. certyfikowany pies-ratownik uczestniczył w swojej pierwszej akcji poszukiwawczej pod barwami toruńskiej jednostki. Martyna i jej czworonożny kompan zostali przydzieleni do przeszukiwania terenu, aby sprawdzić, czy nie znajduje się tam zaginiona seniorka. Po oficjalnej odprawie i wyznaczeniu priorytetowych sektorów zespół ruszył w teren. Pracowali do późnych godzin nocnych.

– Podczas akcji idziemy we trójkę. Ja jestem odpowiedzialna za psa, cały czas obserwuję jego zachowanie. Tuż obok mnie jest nawigator, który wskazuje teren poszukiwań. To ważna współpraca. Cieszę się, że i tutaj możemy propagować wykorzystywanie psów ratowników. W regionach górskich obecność psów ratowniczych podczas akcji jest czymś naturalnym. Mam nadzieję, że również w Toruniu będą one coraz częściej wykorzystywane podczas poszukiwań osób zaginionych, bo ich pomoc naprawdę się przydaje. Mają lepsze zmysły niż my, wejdą do miejsc, do których my nie wejdziemy

Niespełna rok temu Martyna przeprowadziła się do Torunia. Jak przyznaje, zdecydowała się na ten krok z powodów prywatnych. Po zakończeniu służby wojskowej dołączyła do zespołu Team Spirit, gdzie pracuje jako behawiorystka i szkoleniowiec. Na co dzień pomaga właścicielom psów mierzyć się z problemami takimi jak lęk separacyjny, nadmierna reaktywność czy zachowania agresywne.

Wybrane dla Ciebie