Pamiętasz jeszcze jak się zaczęło?
- Pamiętam. Od piosenki "Dziewczyna na pilota", zaśpiewanej u Sławka w chacie na Popiela. Spodobało się i tak zostałem wokalistą. Potem był pierwszy koncert na małej scenie w Od Nowie i sporo lokalnego grania. Pierwsze demówki na MySpace, pierwsze rockowe festiwale i program telewizyjny.
Startowaliście w momencie, gdy pop-rock i szeroko pojęta muzyka gitarowa sporo znaczyła na polskiej scenie muzycznej, także tej komercyjnej. Masz poczucie, że trafiliście na dobry moment, który potrafiliście wykorzystać? Chodzi o to wszystko co działo przez pierwsze lata waszej kariery, a więc regularne koncerty, program MTV Rockuje, wreszcie sukces na festiwalu Top Trendy w Sopocie i debiutancki album.
- Trafiliśmy mam wrażenie na ostatni moment, w którym taka muzyka była jeszcze na komercyjnej fali. Robiliśmy co mogliśmy, no i sporo się rzeczywiście udało osiągnąć. Chociażby między innymi to, co wymieniłeś.
Manchester powstał w Toruniu, mieście z ogromną muzyczną tradycją i ludźmi, którzy chcą uczestniczyć w kulturze na żywo. Ten background był pomocny?
- U naszych początków zagraliśmy np. w studiu im. Agnieszki Osieckiej w starej Trójce numery Republiki, więc ten toruński kontekst miał też, jak widać, swoje znaczenie. Na nasz wspomniany wcześniej pierwszy koncert do Od Nowy przyszło bardzo dużo ludzi. Gramy teraz jesienią, 1 października, w toruńskim Lizard Kingu na trasie z okazji 20-lecia. Apelujemy do wszystkich, którzy byli wtedy w 2006 w Od Nowie: bierzcie dzieci i wnuki i wbijajcie do Lizarda. Widzimy się pod sceną.
- Kilka lat temu zdecydowałeś się odejść z Manchesteru. Coś się wtedy wypaliło?
Tak. Potrzebowałem przerwy od pop-rockowych piosenek, juwenaliów i Dni Ziemniaka. Nie mieliśmy spójnej koncepcji. Wszystko się rozłaziło. Zamiast przeciągać tę linę, trzeba było ją puścić po prostu.
Jak wyglądało wasze pierwsze spotkanie po Twoim powrocie?
- Na luzie zupełnie podeszliśmy. Z otwartością na zmiany. Kiedy pojechaliśmy busem na pierwszy koncert, po tych prawie sześciu latach niewidzenia się, to, szczerze mówiąc, w ogóle nie miałem poczucia, że była jakaś przerwa. Czułem się jakbym wrócił po nieco dłuższych wakacjach do roboty. Takiej, w której wszyscy przeszli psychoterapię albo jadą na jakichś środkach odurzających i są bardzo dla siebie przyjaźni i wyluzowani.
Czytając komentarze pod nowymi utworami, nie brakuje opinii, że "wrócił stary, dobry Manchester". To dla Ciebie satysfakcja, że wciąż są z wami ci sami fani? Kiedyś może uczniowie, studenci, dziś już dorośli ludzie, którzy śpiewają z Tobą na koncertach, słowo w słowo, "Dziewczynę gangstera".
- To mnie zaskakuje niezmiennie, że są ludzie i jest ich wcale nie tak mało, którzy znają te nasze numery, pamiętają je i mają do nich jakiś sentyment, bo byli wtedy dziećmi albo wchodzili w dorosłość. I że jarają się nowymi piosenkami.
Te nowe utwory są znacznie dojrzalsze, to naturalne. W jakim kierunku będzie podążał Manchester?
- W tym samym, tylko w naturalny sposób, tak jak mówisz, dojrzalej. Siwizna przyprószyła już moją skroń, a w przypadku Sławka brodę. Mamy 20-lecie zespołu w tym roku, co oznacza, że czas już pomyśleć o kolonoskopii. A oprócz tego, łączy nas w tej ekipie melodyjny rock, więc to się nie zmieni.
Jak będzie wyglądało wasze 20-lecie?
- Póki co, planujemy pięć klubowych koncertów. Wspomniałem już o Toruniu 1 października, ale jeszcze wcześniej, 25 września zagramy w Odessie w Warszawie. Poza tym, zapraszamy też do Rybnika, Gdańska i Jeleniej Góry. Nie pamiętam wszystkich dat, ale wydarzenia wiszą na naszych socialach. Do większości miast ruszyła już sprzedaż biletów. Dopinamy jeszcze klubową setlistę. Będą na niej nowe i stare piosenki.
Gdybyś miał w jednym, dwóch zdaniach odpowiedzieć, czym jest dla Ciebie Manchester, to...?
- Przygodą, która stała się sposobem na życie. Hobby i pracą. Błogosławieństwem i przekleństwem. Wszystkim po trochu.