Od bitów i skreczy, po pierwszoligowy management, zawsze z toruńskim akcentem – co nam zdradził DJ Ike?
Piotr Zawałkiewicz znany jako DJ Ike producent, dj, kurator wystawy poświęconej Macowi Millerowi, booker, manager w szczerej rozmowie o tworzeniu i produkowaniu muzyki, kulturze rapu, fonograficznym debiucie Małpy oraz o Toruniu oczywiście wyjaśnia, jak to się stało, że tak bardzo zafascynowało go tworzenie muzyki.
Jak zaczęła się twoja historia z produkcją muzyki? Czy są jakieś konkretne albumy, czy twórcy, których możemy uznać za twoje pierwsze inspiracje?
- Z wykształcenia jestem gitarzystą klasycznym. Zaczynałem grać w Ognisku przy ul. Bydgoskiej, a potem w Szkole Muzycznej przy ul. Mickiewicza. Wtedy tak naprawdę oczarowała mnie muzyka, jej tworzenie, jej komponowanie, niesamowite możliwości jakie niesie. W międzyczasie pojawił się prosty komputer, banalne sekwencery do tworzenia muzyki elektronicznej i działanie nieco po omacku, w oparciu o intuicję. Ciężko to nazwać świadomą produkcją muzyki, raczej badaniem gruntu pod przyszłe działania. Dodatkowo zawsze w domu miałem strasznie dużo muzyki, bo rodzice jej ciągle słuchali. Miałem gramofon w centralnym miejscu, czyli tak zwanym dużym pokoju, no i masę, masę płyt od lewej do prawej. Każdy gatunek. Muzyka leciała non stop, więc w ogóle nie było ciszy. Rap zaczął do mnie docierać w końcówce lat 90. Był to pewnie rok 1996 albo 1997. Wtedy nie było tak rozwiniętej komunikacji, streamów, YouTube-a. Muzykę sprawdzało się na Yo! MTV Raps albo na innych stacjach dostępnych w telewizji satelitarnej. To co wtedy do mnie docierało i ukształtowało percepcję, to na pewno Gang Starr, EPMD, Mos Def, Wu-Tang Clan. Uwielbiałem Lauryn Hill. Poza artystami z USA strasznie rezonowała ze mną muzyka francuska, czyli IAM. ‘L'École du micro d’argent’ znam w zasadzie na pamięć, chociaż po francusku to ja nie za bardzo parlez-vous (śmiech). Oczywiście "Suprême" od NTM. Tacy gracze jak Shurik'n, Freeman, bity od Logilo. Wszystko było dla mnie niesamowite. To mogę uznać za pierwsze inspiracje. W Polsce to były na pewno wydawnictwa z SP Records, Scyzoryk, muzyka od Kazika.
Czyli bardzo pierwotna era?
- Bardzo, bardzo. No, a potem z takich rzeczy już takich stricte rapowych, to produkcje, które tworzył DJ 600V. Volt był zawsze dla mnie prawdziwą ikoną. Co jest w ogóle zabawne, po latach, jesteśmy na "siema" i to jest dla mnie super sprawa. Sebastian jest w ogóle mega gościem i mam do niego ogromny szacunek. Dalej, na pewno Skandal od Molesty, pierwszy Kaliber, 3xKlan, Da Blaze, Slums Attack. Nie chce popadać w jakieś przesadne rozpływanie się nad wspomnieniami, ale tak to wyglądało. Wtedy też pojawił się u mnie bakcyl zbierania winyli. Zbierałem, budowałem kolekcję. Tak to się wszystko zaczęło.
Czy pamiętasz, w jakich okolicznościach poznałeś się z Małpą?
- Szczerze to nie pamiętam, ale zakładam, że to było w Art Cafe. Art to było miejsce, w którym wszyscy się przecinali i spędzali czas. Było też inne miejscówki, ale najbardziej ikoniczne imprezy DJ-skie i koncerty w tamtym czasie, odbywały się w Art Cafe.
Kiedy to było?
- Ostatnio rozmawiałem o tym z Jinxem, bo przekonywał mnie, że w pierwszy koncert graliśmy w Art Cafe, a mi się wydawało, że pierwszy koncert graliśmy w Domu Muz. Koncert prowadził Mariusz "Składak" Składanowski. Mam nagranie VHS z tego wydarzenia. Fajne wspomnienia. Co do pierwszego wspólnego grania to jednak tym razem racja nie była po mojej stronie (śmiech). W tamtym okresie tworzyłem też z ekipą toruńskich raperów skład Ente i nagraliśmy płytę, to było w 2003 roku. Graliśmy koncerty, mieliśmy swoje winyle, które wytłoczyłem w Poznaniu. Używaliśmy tylko swoich bitów, żadnych cudzych instrumentali. Byłem strasznie ortodoksyjny. Nawet za granicę latałem z winylami i tam grałem imprezy. Bardzo póżno kupiłem Serato. Zawsze czułem i byłem…
Starą szkołą?
- Bardzo starą szkołą (śmiech)
Na "Kilka numerów o czymś" odpowiadasz za produkcję na "Intro", a także "Miałem to rzucić" i "To właśnie ty". Te dwa ostatnie numery zostały stworzone we współpracy z Joterem. Jak z perspektywy czasu wspominasz współpracę zarówno z Małpą, jak i z Joterem?
- To może zacznę od Jotera. Z Joterem znaliśmy się dużo, dużo wcześniej, bo robiliśmy razem z nim i z 44 (Czwarty Stan Skupienia – red.) płytę "Nonkonformo’" Powstawała ona w 1999 roku, a w 2000 ją wydawaliśmy. Spędzaliśmy masę czasu ze sobą. Bujaliśmy się po różnych miejscach, plus pracowaliśmy nad muzyką i nagrywaliśmy szalone freestyle. Najczęściej właśnie u Jotera w domu. Świetnie wspominam ten czas. Kilka lat później działanie z muzyką dla Małpy było więc zupełnie naturalną sprawą. Współpraca (przy utworze "Intro’"- red.) polegała na tym, że Małpa dał mi pole do popisu, jeśli chodzi o cuty, więc ja sobie ułożyłem tę sekwencję z acapelli, które mi dostarczył, tak, żeby wyjąć crème de la crème z tych wszystkich tekstów z płyty. Przy pozostałych kawałkach Joter zrobił bębny, część melodii, potem ja to trochę pozmieniałem, pododawałem też jakieś DJ-skie elementy, też to trochę przearanżowałem. Mi się to bardzo podobało, wyszło naprawdę dobrze.
Kto robił scratche na tych utworach?
- Ja je robiłem. Wszystkie dogrywki sampli wykonane na gramofonach, wykonałem, aby wzbogacić te podkłady. Plus w "Miałem to rzucić" są też moje word-cuty na końcu.
Bardzo kultowe zresztą.
- Myślę, że te z "Intro" chyba się bardziej wdarły się do świadomości słuchaczy. Ale nie mi to oceniać. Dodam tutaj, że za ten album dostałem pierwszą w życiu złotą płytę. Od tamtego czasu powiesiłem na ścianie kilka złotych, kilkanaście platyn i pięć diamentów. Nagrywając cuty do "Intro" raczej nie przewidywałem, że tak to się wszystko potoczy.
"Intro" jest trochę takim spoiwem całej tej płyty, wyciągnięciem tego właśnie, tej esencji. Zgadzasz się ze mną?
- Tak. Też tak uważam. To były czasy Myspace. Wieczorem rozmawialiśmy z Łukaszem, pamiętam że wrzucił to na tę platformę i odtworzenia zaczęły rosnąć do jakichś chorych liczb. On się tego kompletnie nie spodziewał i to nie była fałszywa skromność, tylko prawdziwe zaskoczenie. Sam się nie spodziewałem, że to tak wystrzeli. Potem jak krążek się zmaterializował, to Łukasz sam śmigał na pocztę i wysyłał zamówienia. Ale po pierwszej partii stwierdził, że sam tego nie dźwignie, bo faktycznie to była duża ilość jak na jedną osobę.
Wtedy te nakłady od razu się wyprzedały?
- To zeszło w moment! Potem dystrybucją zajmował się już Tytus z Asfalt Records. Mam ten pierwszy kompakt z pierwszego nakładu bezpiecznie schowany. Pierwszy winyl zresztą też. Jak to jest trudne wiem z własnego doświadczenia. Moją płytę producencką ("Listen" – red.) w nakładzie 1100 sztuk też dystrybuowałem sam. Jak wchodziłem na Pocztę to panie chowały się za swoimi stanowiskami pracy.
Myślały pewnie: "Znowu ten koleś"?
- Tak, znowu on, znowu męczy. Pewnie coś źle opisał (śmiech). Ale odpowiadając na twoje pytanie, z Łukaszem zawsze działało mi się bezproblemowo. Kontaktowy gość, z potencjałem, mega zdolny. Z Joterem tak samo. Generalnie ja się staram…
Nie mieć żadnych tam kwasów?
- Wiesz, jeśli mam podstawy, żeby je mieć to je mam, ale wtedy się odcinam. Natomiast tutaj, na tym lokalnym rynku nigdy jakichś większych problemów nie zarejestrowałem.
Jak na to, jak wielu znanych i kultowych producentów pracowało nad debiutem Małpy, ten album jest wybitnie spójny. Na ile kierunek tego retro-współczesnego brzemienia był czymś, o czym tworzący ten projekt myśleli od początku, a na ile była to spontaniczna rzecz wynikająca ze współpracy z tak wieloma osobami?
- Myślę, że o to by trzeba było zapytać Łukasza, on był mózgiem całej operacji. To on dobierał muzykę i wiedział do kogo się odezwać i kto produkuje w jakim klimacie, tak, żeby to wszystko było właśnie spójne. Muzyczny klimat albumu to główna zasługa jego i umiejętnego doboru. i intuicji.
Co sprawiło, że pomimo zwiedzenia wielu miejsc na świecie na swój dom wybrałeś właśnie Toruń?
- Myślę, że to jest lokalny patriotyzm, najprościej i najkrócej mówiąc. Faktycznie, trochę tych miejsc odwiedziłem przez lata. Najpierw grając ponad 1500 imprez i koncertów, a potem jak się pojawiły możliwości, to też podróżując bardzo dużo po świecie. Natomiast moje serce bije od zawsze w Toruniu. Miasto jest optymalne wielkościowo i dość przewidywalne komunikacyjnie, mimo pojawiających się okazjonalnie problemów. Przy zaludnieniu ok. 200 tys. osób, jest tu wszystko, jeśli chodzi o kulturę, sztukę, koncert, kino. Cokolwiek chcesz zrobić, jak chcesz spędzić czas, iść do konkretnej knajpy, masz wszystko. Dodatkowo koszty życia też są dużo niższe niż w jakichś większych miastach do, których czasami też się trzeba wybrać. Natomiast tutaj zawsze wracam i trochę nie widzę innej możliwości, żeby było inaczej. Mam tu firmę, tu płacę podatki. To jest moje miejsce i tu się najlepiej też czuję. Są świetne miejsca na świecie, które ze mną rezonują. Uwielbiam Berlin, absolutnie. Super się tam czuję. Digging płytowy w tym mieście to obłęd. Zakochałem się też w Nowym Jorku, byłem tam już dwa razy. Strasznie lubię Paryż. W obu tych miastach znalazłem takie kopalnie płyt, że mógłbym tam wydać każde pieniądze… Bardzo lubię też Amsterdam. To miasto ma mega vibe. Włochy kocham, ale to ze względów kulinarnych. Natomiast zawsze wracam do Torunia. Trochę patetycznie to zabrzmi, ale tu otworzyłem oczy i tu myślę przyjdzie mi je kiedyś zamknąć.
Czy powiedziałbyś, że w Toruniu jest coś, co w naturalny sposób ściąga do siebie kreatywne umysły nadające na tych samych falach? Trochę jak to, o czym nawijał Małpa na "To właśnie ty"?
- Wydaje mi się, że w czasach, kiedy rap w Toruniu ledwo raczkował, zawiązała się grupa osób, które dały temu wszystkiemu początek. Ci ludzie, którzy wtedy działali, funkcjonują nadal w branży, w różnych jej odłamach. Część z nich na pewno odbiła w inną stronę, założyła rodziny, biznesy itd. Wydaję mi się jednak, że w wielu głowach muzyka nadal dudni i to się nie zmieni. Co do samej sytuacji w mieście, to oceniam ją bardzo dobrze. Mamy NRD, które od wielu lat funkcjonuje i daje możliwości wielu muzykom, bo jest bardzo otwartym miejscem. Mamy super miejsca do wymiany spostrzeżeń. Mamy CSW, które jest genialnym miejscem dialogu. Jest tu naprawdę rewelacyjna przestrzeń do bycia osobą kreatywną.
Kiedy myślisz o rapie przełomu pierwszej dekady XXI wieku w Polsce, jakie są twoje pierwsze skojarzenia z tym czasem? Jak twoim zdaniem zmieniło się podejście do kultury hip-hopu, porównując to z obecnymi realiami?
- Rap się bardzo sprofesjonalizował. Kiedyś do nagrania klipu wystarczyła kamera ustawiona w kilku lokacjach, nagrywało się machanie do kamery, cięło to na kawałki i powstawał teledysk. Dzisiaj bez pomysłu, stylizacji, postprodukcji ciężko jest obronić klip wizualnie. Zmieniły się oczekiwania odbiorców. Zmienił się słuchacz, to jest absolutnie normalna kolej rzeczy. Osoby, które słuchały rapu na początku XXI wieku, w tej chwili są dorosłe i inaczej patrzą na świat. New-gen potrzebuje innych bodźców. Wiem to po swoich dzieciakach. Poza tym pracuję też z młodymi raperami i mam z tym wszystkim stałą styczność. Dodatkowo platformy muzyczne, są z jednej strony ułatwieniem w dostępie do muzyki, a z drugiej utrudniają twórcom zaistnienie w tym świecie. Mnogość treści jest trudna do okiełznania. Czasy, o których mówimy i współczesność, to po prostu zupełnie inne realia, które ciężko ze sobą zestawić.
Pomówmy chwilę o Twojej działalności managementowej. Moje własne oczy i uszy potwierdzą, że koncert TACONAFIDE na Opene’rze w 2018, przy którym pracowałeś, to była potężna rzecz. Jakie to było uczucie uczestniczyć w przedsięwzięciu tego kalibru?
- Gorillaz nas supportowali.
Tak było.
- To było niesamowite doświadczenie. Tego dnia Kuba (Quebonafide – red.) miał urodziny. Pamiętam, że nawet przywoziłem mu tort na backstage. Taki zielony ze znakami zapytania. Na back była w ogóle mocna ekipa. Byłem ja ze swoją rodziną, Kuby rodzina również, bliscy Krzycha, Mojsa. Filip i Iga(Taco Hemingway i Iga Lis – red.).. To całe wrażenie wejścia na scenę, na main w prime time, gdzie przez tobą jest 80 tysięcy ludzi... Do tej pory nie udało mi się tego przebić. Uczucie niesamowite. Natomiast w okolicach tamtego czasu my robiliśmy dużo, dużo, dużo grubych rzeczy. Cała trasa Ekodiesel Tour... To było siedem koncertów w jedenaście dni. Poza samą logistyką, którą się zajmowała zewnętrzna agencja, to intensywność tego projektu mocno zapisała się w mojej głowie. To była przede wszystkim ogromna lekcja zarządzania czasem i snem (śmiech). Jeszcze dodam, że ja wtedy miałem stałą pracę, więc pamiętam, że po koncercie w Poznaniu jechałem prosto do pracy. Odwiozłem tylko kumpla, który ze mną pojechał, DJa P51 z Torunia - pozdro Radziu. I też od razu wbiłem za biurko. To był kosmos i umiejętność stawiania oczy na zapałki opanowałem wtedy do perfekcji. Pandemia zabrała nam zaplanowaną na 2020 rok trasę, którą zrealizowaliśmy dwa lata później. To też był jakiś next level na każdym poziomie. Wszystko wykraczało daleko pod samo wydarzenie muzyczne..
Było bardziej teatralne?
- Tak, wtedy było już czuć zajawkę Kuby na rzeczy teatralne i filmowe. To był potężny projekt realizowany na największych obiektach w Polsce. Wisienką na torcie były dwa koncerty na PGE. Piękne domknięcie historii. To było niesamowicie wyczerpujące, głównie dla Kuby, który zawsze angażuje się we wszystko na 120%. Wielotygodniowe próby, taniec, choreografia. I dwa potężne występy dla 58 tys. osób każdego dnia. To jest szalone. Absolutnie szalone. Czasami nie wierzę w to wszystko. Tak jak rapował Drake: "Started from the bottom, now we are here" (Zaczynaliśmy z nizin, teraz jesteśmy tutaj – red.).
To też nie były planowane pierwotnie chyba te dodatkowe daty, które ostatecznie z zainteresowania się wzięły?
- Zainteresowanie było absurdalne. Taką decyzję podjęliśmy. Ilość gości, osób która się tam przewinęła, muzyków, wokalistów, VIPów, którymi się osobiście zajmowałem, to były naprawdę abstrakcyjne wolumeny. Odświeżyłem masę relacji i nawiązałem mnóstwo nowych. Zawodowo to było bardzo ważne. A samo wydarzenie zawiesiło poprzeczkę artystyczną bardzo, bardzo wysoko. Do tego oczywiście musical, który był osią całej historii i na którego pokazie w Toruniu byłem. To też było ciekawe doświadczenie. Siedziałem sobie na sali w czapce i kapturze i co chwile słyszałem komentarze: "o Kuba to, Kuba tamto". To fajne uczucie pojawiać się w niektórych sytuacjach zupełnie incognito i wyłapywać komentarze odbiorców. Kiedy pomyślę jaki to był długi proces i jaka ilość osób się w to zaangażowała…
Ciężko by było pewnie wszystkie tutaj wymienić?
- Wszyscy są wymienieni w napisach końcowych. Swój wkład oceniam na jakiś promil. Cieszę się, że determinacja Kuby i niesamowite zaangażowanie całego zespołu pozwoliło stworzyć tak niesamowity obraz. Tak poruszający. Tak wielowarstwowy. Piękna podróż.
Jakie są najczęstsze trudności w działalności bookingowej w Polsce? Pytam w szczególności o takie kwestie wynikające konkretnie z naszych krajowych realiów.
- To się bardzo zmieniło na przestrzeni lat. W tej chwili na pewno ciężko jest zacząć kiedy ma się małe zasięgi i niewielki fanbase, a przy tym ma się duże oczekiwania. Trzeba trochę spuścić z tonu, dopasować się do realiów i nie rzucać na głęboką wodę. Można spróbować zagrać suport, pojechać w trasę z kimś bardziej rozpoznawalnym, pojawić się na mniejszej scenie któregoś z letnich festiwali.
Albo wybrać mniejszy klub?
- Oczywiście, nie ma co też przesadzać. Poza tym są juwenalia, są przeglądy, opcji jest sporo. Trzeba spróbować przekonać do siebie słuchaczy i to jest długa, żmudna droga. Nie każdy zostaje gwiazdą w sposób viralowy. Nie od razu gra się stadiony. To tak nie działa. Dojście do wysokiego poziomu to wieloletni proces, który wymaga determinacji i konsekwencji.
W sumie widać bardzo po scenie rapowej w Polsce, że jest ograniczona pula ludzi, którzy grają stadiony. Prawda?
- Tak jest w każdym kraju i to jest absolutnie normalne, że ilość takich wykonawców jest mierzalna. Poza tym to żadna ujma w graniu koncertów w klubach na 1000-1500 osób. To są świetne frekwencje. Nawet w małych klubach można stworzyć niesamowite widowisko i wprawić słuchaczy w osłupienie. Klucz do sukcesu to znalezienie balansu pomiędzy oczekiwaniami, ambicjami, a realiami.
I na koniec pomówmy o tym, co jest takiego w twórczości Maca Millera co sprawiło, że tak mocno związałeś się z jego muzyką i to na tyle, by zdobyć i naprawić boombox z okładki K.I.D.S, poznać jego mamę, zorganizować "reMeMber"? Co dla Ciebie jako fana wyróżnia go od reszty stawki z jego epoki?
- Mac to przede wszystkim takie nieskrępowanie w tym co robił. Bardzo duża autentyczność. Dobór muzyki, temperament. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać, ale no porwał mnie ten gość i tyle. Tu nie ma się co oszukiwać. Udało mi się zebrać masę artefaktów, itemów i zrobić o nim wystawę. Pierwszą w Polsce. Będzie ona miała kontynuację poza Polską, bo już nad tym działam. Pracowałem w CSW 11 lat, więc mam jakieś pojęcie o wystawach. Starałem się to zrobić, żeby też trochę pozarażać ludzi, pokazać im niesamowitą postać wielopoziomowo. Udało się, bo bardzo dużo ludzi na tę wystawę przyjechało. Z tego, co wiem, ponad 10 tysięcy osób. Uważam, że dla Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu to świetny wynik. To nie jest Zachęta czy MSN w Warszawie.
W trakcie tej rozmowy wiele powspominaliśmy, ale mając na uwadze, że weszliśmy właśnie w 2026, na koniec zapytam jakich działań okołomuzycznych, okołokulturowych możemy oczekiwać od Ciebie w Nowym Roku?
- O przyszłościowe rzeczy już trochę zahaczyłeś. Na pewno będą kolejne ruchy muzyczne, nagrania, trasy. Będzie też kilka zaskoczeń, o których z przyczyn obiektywnych na ten moment nie mogę zbyt wiele powiedzieć. Jedno jest pewne – na pewno nie zacznę hodować jedwabników (śmiech).
Ignacy Grześkowiak, redaktor portalu Metropolia Toruńska .pl