"Głupi" czyli debiut znanego muzyka charakteryzował się dużymi wpływami muzyki, na której wychował się Tomasz Organek i jego koledzy z zespołu. Dużo było tam pierwszej ery bluesa Delty Missisipi, sporo The Doors i Black Sabbath, wszystko to złączone zostało ze świeżym spojrzeniem na rock garażowy. Na tej płycie Tomasz Organek opisywał otaczający go świat przez pryzmat wisielczego humoru i ironizowania. "Czarna Madonna", wydana 3 lata po premierze "Głupiego", prezentuje zupełnie inne spojrzenie na życie. To bezpośrednia narracyjna konfrontacja ze śmiercią z całą powagą tych okoliczności. To także niezwykła dojrzałość artystyczna ekipy Tomasza Organka, ponieważ na tym albumie skutecznie redefiniuje własne brzmienie. Oczywiście klimat amerykańskiej muzyki gitarowej lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych pozostał w jakiejś formie fundamentem projektu ØRGANEK. Teksty są jednak mroczniejsze, strój gitary jest bardziej otwarty, tempo piosenek jest zauważalnie wyższe. Nie ma się temu co dziwić: w momencie premiery tego krążka zespół ØRGANEK generował coraz większy szum, powoli opuszczał sceny klubowe, by pojawiać się na największych krajowych festiwalach, zbliżając się w zawrotnym tempie do pozycji headlinerów. Grupa miała niewątpliwą okazję do zapętlenia się na jednym klimacie i odcinania kuponów w nieskończoność. Tomasz Organek postanowił jednak podejść do tworzenia nowego materiału tak jak zawsze, czyli własną drogą, na przekór i do bólu szczerze.
Pierwsze dźwięki otwierającej album instrumentalnej "Introdukcji" niemalże od razu budują atmosferę projektu: kościelna, wprowadzająca w trans organowa partia spotyka się z elektryzującym hardrockowym riffem gitarowym i analogowo brzmiącym syntezatorem. Otwierający numer zapowiada, że przed nami opowieść o buncie, duchowości, wykorzystująca nieprzypadkową ikonografię religijną, otoczoną nieprzenikniętym jakże bluesowym mrokiem.
Po tym teatralnym początku nasuwającym trochę skojarzeń z amerykańską kontrkulturą ery hipisów w zaskakująco organiczny sposób wracamy do teraźniejszości w formie następującego po nim "Rilke", które poprzez swoje niepokorne efekty gitarowe i minimalistyczne podejście do esencji muzyki rockowej przypomina późne pozycje w katalogu Jacka Whita. To przemyślany fuzz, a nie tani, plastikowy przester. Organek szukał brzmienia, które przypomina pękający głośnik w starym wzmacniaczu Vox lub Fender. Melancholijny praktycznie lewitujący w przestrzeni refren w zgrabny sposób kontrastuje z charakternym riffem utylizującym do maksimum emocjonalny potencjał gitary elektrycznej.
Trzeci utwór z tego albumu wpisał się na stałe nie tylko do koncertowego repertuaru ØRGANKA, ale także do kanonu krajowej sceny. Mowa tu oczywiście o "Mississippi w ogniu", będącym zarazem głównym singlem promującym "Czarną Madonnę". Całościowo utwór ocieka niepodrabialnym klimatem amerykańskiego południa zarówno poprzez efekty gitarowe rodem z country w refrenie, jak i poprzez progresję akordów przypominającą piosenki Creedence Clearwater Revival w zwrotkach. Utwór ten w absolutnie mistrzowski sposób buduje dramaturgię poprzez stopniowe wprowadzanie kolejnych instrumentów, zaczynając od kameralnych partii klawiszowych, kończąc na monumentalnym postpunkowym outro. W budowaniu napięcia zarówno na "Mississippi w ogniu", jak i przez cały krążek znaczącą rolę odgrywają Adam Staszewski na basie oraz Robert Markiewicz na perkusji. Ich styl jest nieco bardziej zachowawczy i minimalistyczny względem debiutu ØRGANKA, w tym samym czasie czuć, że priorytetem dla nich jest skalowanie dramaturgii, a nie szalona rockowa brawura. Nie da się ukryć, że w momencie nagrywania "Czarnej Madonny" Staszewski i Markiewicz rozumieją się z resztą zespołu niemal telepatycznie i intuicyjnie wiedzą, czego dana kompozycja potrzebuje. "Mississippi w ogniu" jest jednym z najważniejszych utworów w całej dyskografii zespołu, o czym świadczy chociażby fakt, że singiel ten uplasował się na pierwszym miejscu listy przebojów Radiowej Trójki, a także został nagrodzony Fryderykiem w prestiżowej kategorii Utwór Roku.
ORGANEK - Mississippi w ogniu (official video)
Kolejny segment albumu, zaczynający się od "Get It Right" a kończący się na "HKDK", charakteryzuje się młodzieńczym buntem zarówno w brzmieniu, jak i w warstwie tekstowej. Około pierwszej minuty Markiewicz dodaje zaskakujące perkusyjne akcenty w stylu największych hitów Jamesa Browna, z kolei w końcówce utworu Tomasz Organek ociera się nieco o pierwotną, chaotyczną manierę wokalną godną Kurta Cobaina. Outro "Get It Right" zrodziło we mnie jeszcze jedną myśl, tę samą, która pojawiła się w mojej głowie przy oglądaniu Live At Paramount Nirvany — to nie są tylko piosenki, to są egzorcyzmy przeprowadzane na emocjach autora. "Son of a Gun" to kolejna stylistyczna niespodzianka. Tutaj z kolei słyszymy wpływy Arctic Monkeys z pierwszych dwóch albumów. Czuć energię garażowej brytyjskiej inwazji początku lat dwutysięcznych łączącą punk ze światem indie rocka. "HKDK" przypomina trochę "Młodzież szuka sensacji" z "Głupiego", jednakże, jak można się domyślić, jest szybciej, ostrzej i z większą tekstową dawką życiowego pesymizmu i znużenia pustym hedonizmem. "Wiosna" z kolei jednocześnie zachwyca się młodzieńczym brakiem zmartwień, pędzącym nieuchronnie na zderzenie czołowe z nieuniknionym upływem czasu.
Po tym zdefiniowanym przez szeroko rozumianą młodość segmencie wracamy do motywów sakralnych i ikonografii okołoreligijnej. Ostatnie pięć utworów to w mojej opinii wisienka na tym wybitnie teatralnym torcie. Na "Ki Czort" Organek reinterpretuje jedną z najsłynniejszych rockowych legend. Według obiegowej opinii Robert Johnson, pionier pierwszej fali bluesa, udał się na rozstaje i wykonał niesławny rytuał w celu zdobycia niepowtarzalnych umiejętności gitarowych. Była to jednak w swojej naturze iście faustowska transakcja. W "Ki Czort" Tomasz Organek wciela się w rolę Johnsona spotykającego na rozwidleniu ucieleśnienie ducha znanego w voodoo jako Papa Legba. W tej roli na albumie gościnnie pojawia się Adam "Nergal" Darski. To, jak idealnie dopełniają się ci dwaj wokaliści na bridge’u, kiedy następuje wymiana sławy w zamian za duszę, to w mojej opinii jeden z najbardziej pamiętnych momentów "Czarnej Madonny". Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że "Ki Czort" jest tak wierny kulturowemu dziedzictwu jak bluesa, jak to tylko możliwe.
Podobnie jest na "Psychopomp", który, jak reszta tego projektu, wraca do samych surowych i nieoszlifowanych podstaw muzyki rockowej. Na tym utworze usłyszymy wyłącznie Tomasza Organka i jego gitarę akustyczną. Stylistycznie brytyjski folk miesza się tutaj z amerykańskim bluesem. Wstęp utworu do złudzenia przypomina "Little Black Submarines" z repertuaru The Black Keys. I jest to porównanie bardzo pochlebne, ponieważ zarówno amerykański duet, jak i grupa ØRGANEK dali garażowemu graniu jakże potrzebny powiew świeżości.
Kulminacja tego nastrojowego duchowego spektaklu następuje na tytułowej "Czarnej Madonnie". To utwór tak ważny w całej tej historii, że można by spokojnie poświęcić mu osobny tekst. "Czarna Madonna" to w równym stopniu zaklęcie, modlitwa i pieśń żałobna. W teledysku wyreżyserowanym przez legendarnego Jerzego Skolimowskiego główną rolę zagrała Kora. Był to jeden z jej ostatnich występów. Organek mówił o pracy na planie jako o doświadczeniu "niemal mistycznym". Podobnie jak psychiatra Carl Jung eksplorował w swoich książkach pewne uniwersalne archetypy z nieświadomości zbiorowej, tak Tomasz Organek w tekście "Czarnej Madonny" staje twarzą w twarz z archetypem kobiety-wybawicielki, kobiety-destrukcji, arcykapłanki stojącej pomiędzy światem fizycznym a duchowym. Twarz Kory stała się metafizycznym symbolem tej płyty. Na swój sposób jest to symboliczne przekazanie relikwii – od ikony polskiego rocka do jego nowego, mrocznego księcia.
Pamiętam dokładnie, gdzie byłem w dzień odejścia Kory. Męskie Granie na wrocławskiej Pergoli, koncert ØRGANKA . W momencie pierwszych dźwięków powolnego Sabbathowego riffu "Czarnej Madonny" zamykającego set zachodzą chmury, otaczają nas wszechobecna żałość i mrok. Kilka tysięcy ludzi wyśpiewujących refren przez napływające łzy — właśnie taką moc ma ten utwór. To był wyjątkowy moment, taki, w którym sztuka przenika się z rzeczywistością w nierozerwalną całość.
Jeśli debiutancki "Głupi" (2014) był surowym, garażowym pijackim rajdem po obskurnych barach to "Czarna Madonna" jest przejmującą wizytą w gotyckiej katedrze, która płonie. Ta doszlifowana architektura albumu, zarówno na poziomie kompozycyjnym, tekściarskim, zastosowanej symboliki, siły przekazywanych emocji, jak i finalnie w analogowości, brudzie i ciężarze produkcji i miksu, czyni ten album jedną z najważniejszych krajowych płyt XXI wieku, być może nawet najlepszą polską premierą roku 2016. Zespół przestał być tylko blues-rockowym kwartetem, a stał się intuicyjnie czytającym siebie organizmem produkującym ścieżkę dźwiękową do filmu noir. Jest mroczniej, ciężej i – co najważniejsze – znacznie bardziej świadomie. Jeśli "Głupi" był odważnym pytaniem, "Czarna Madonna" jest brutalnie szczerą odpowiedzią. To album, na którym Organek przestał być wyłącznie gatunkowo wszechstronnym gitarzystą , a stał się wściekle wyrazistym komentatorem współczesnej polskiej rzeczywistości z całą jej tożsamością przepełnioną religijnym patosem i wiecznie rosnącym niepokojem społecznym. Tomasz Organek chwyta tekstowo i formalnie ducha czasów w sposób tak przenikliwie prawdziwy, w jaki robił to w swoim czasie Marek Hłasko. "Czarna Madonna" dla zespołu ØRGANEK jest niczym "In Utero" dla Nirvany lub "Latarnie wszędzie dawno zgasły" dla Taco Hemingwaya — to ambitne pogłębienie własnego wyrazu artystycznego i muzyczny taniec z jungowskim cieniem. I właśnie to wszystko czyni tę pozycję Kultowym Albumem Metropolii Toruńskiej.