Polecamy w metropoliiKSU w Lizard Kingu - 48 lat Polskiego punk rocka

KSU w Lizard Kingu - 48 lat Polskiego punk rocka

Zabieram Was do kultowego, acz może nieco niedocenionego, lokalu czyli do toruńskiego Lizard Kinga na koncert zespołu, którego nie da się porównać z żadnym innym. Jak sprawdzili się Podkarpaccy pionierzy punk rocka z KSU na terenie Metropolii Toruńskiej?

KSU na scenie klubu Lizard King
KSU na scenie klubu Lizard King
Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak

KSU powstało w roku 1977 w Ustrzykach Dolnych, początkowo zespół grał covery zespołów takich jak Black Sabbath, Deep Purple czy Led Zeppelin. Z czasem jednak grupa natknęła się na muzykę pierwszej fali brytyjskiego punku i twórców takich jak Sex Pistols, by pod wpływem tej inspiracji dokonać wolty stylistycznej w tym kierunku. Co ważne, brzmienie punk rockowe w Polsce na tym etapie praktycznie jeszcze nie istniało. Żelazna kurtyna skutecznie spowalniała dopływ zachodnich trendów na polską ziemię i w czasie, kiedy rewolucja punkowa miała się ku końcowi w Wielkiej Brytanii, pod koniec lat siedemdziesiątych w Polsce ten antysystemowy granat miał dopiero wybuchnąć. W trakcie swojej długoletniej kariery KSU wydało 11 albumów studyjnych, a także ponad 30 bootlegowych nagrań koncertowych. Przeciwko muzykom zespołu i całemu środowisku punkrockowemu w Ustrzykach Dolnych wymierzona była nawet dedykowana operacja aparatu SB pod kryptonimem "Żyletka".

Tyle z lekcji historii, wracamy do teraźniejszości. 21 grudnia 2025 r., marznąc w kolejce do klubu na ulicy Mikołaja Kopernika 3, mam okazję powoli chłonąć miejscową, przed koncertową atmosferę. Pierwsze co rzuca się w oczy to niebywały rozstrzał wiekowy słuchaczy zgromadzonych przed Lizard Kingiem. Część z nich mogłaby być rówieśnikami Eugeniusza "Siczki" Olejarczyka (frontmana i jedynego pozostałego członka z oryginalnego składu KSU), niektórzy z tej grupy zamienili wprawdzie skórzane kurtki i glany na buty New Balance i bluzy Kappy. Wielu z nich wciąż stoi dumnie w wyblakłych koszulkach z logo zespołu i tytułem ich debiutanckiego albumu z 1989 r., czyli "Pod Prąd". Drugą znaczącą grupą słuchaczy są dwudziestoparolatkowie, wśród tej grupy praktycznie nie zobaczymy osoby, która nie ma na sobie glanów, spodni z ćwiekami, naszywek na kurtce czy jaskrawo zafarbowanych włosów. Ku mojemu zaskoczeniu tłum stanowi także jeszcze jedna grupa słuchaczy, czyli młodzież w wieku 11-14 lat, tutaj zamiast glanów częstszym obuwiem są Vansy, jednak koszulki z okładką "Pod Prąd" są noszone z równą dumą co wśród tej starszej części publiki. Już na etapie zapełniania się lokalu możemy zauważyć, że repertuar KSU jest muzyką uniwersalnego buntu, muzyką ponadpokoleniową, przemawiającą do współczesnych nastolatków równie mocno co do tych, którzy mieli naście lat pod koniec lat 80. XX wieku.

KSU na scenie klubu Lizard King
KSU na scenie klubu Lizard King© Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak

Godzina 19:16. Według rozpiski KSU mieli zaczynać swój set o 19:00, spóźniając się w taktowny rockowy sposób grupa Olejarczyka, wchodzi ostatecznie na scenę, ten z jakże ujmującą nonszalancją rzuca na wejściu, że Jarosław "Jasiu" Kidawa (obecny gitarzysta rytmiczny) miał wczoraj urodziny, więc ekipa jest trochę wczorajsza, ale zagrają, jak potrafią najlepiej. Publika odśpiewuje "sto lat" z iście woodstockową energią, gasną światła i zaczyna się impreza. Pierwsze akordy barowe utworu "Ustrzyki" uderzają wszystkich prosto w bębenki i niemalże równo z tym momentem rusza nie nadużywając tego terminu naprawdę intensywne pogo. Dla ludzi reprezentujących subkulturę punku ten sposób doświadczania koncertu to jednak nie pierwszyzna więc pomimo symfonii obijających się o siebie słuchaczy jakiekolwiek osoby, które upadły w tym chaosie na ziemię, są natychmiast podnoszone przez pozostałych (nie przerywając chaosu oczywiście, jednak kultura zobowiązuje). Poguję i ja próbując utrzymać się na powierzchni i notować w głowie to, co dzieje się na scenie. Na pierwszy rzut oka, widać, że obecny skład KSU nie spodziewał się, aż tak lojalnych i oddanych fanów, którzy nie zwalniają ze swoimi żywiołowymi reakcjami nawet na utworach, takich jak "Moje Bieszczady", które skręcają jednak w lekko folkowe oblicze punkowych legend.

Pomimo zmian w składzie i upływu lat nie czuć zupełnie, żeby w KSU cokolwiek zgrzytało pod kątem dyspozycji. Grają z taką samą wściekłą werwą, z jaką grali przez ostatnie cztery dekady, jasne, "Siczka" jest trochę "przyklejony" do swojego statywu, jednak na Boga mówimy tu o sześćdziesięcioczteroletnim frontmanie! Powiedzmy tylko, że ojciec chrzestny amerykańskiego punku, czyli Iggy Pop też już nie skacze w tłum na tym etapie. Mimo tego, że Olejarczyk znika z 2-3 razy w trakcie pierwszych 6 numerów na chwilę za kulisy, pod kątem muzycznym wszystko gra jak w zegarku. Leszek Dziarek uderza w bębny z siłą taką jakby, miał rozsadzić cały ten lokal, Maciej Biernacki i Jarosław Kidawa szaleją w sekcji gitarowej, a Eliza Kuźnik dodaje charakterystycznego rustykalnego sznytu brzmieniu zespołu, nostalgicznie przenosząc nas ze swoimi skrzypcami prosto na Podkarpacie.

W trakcie wieczoru zespół zabrał słuchaczy w podróż po swoich największych przebojach takich jak: "Sztyl od kilofa", "Liban", "Pod Prąd", "Pijany Gówniarz", "Gruz i pokrzywy", "Po Drugiej Stronie Drzwi" czy "Esperal Blues". Bardzo jasnym punktem wieczoru były wykonania utworów "Jabolowe ofiary" oraz "Rozbity dzban", które przyniosły niemalże ogłuszający śpiew ze strony publiki. Były też bardziej emocjonalne momenty w formie "Kiedy Naród Umiera", którego wstęp z dominującą partią fletu brzmi na żywo równie jak pięknie, jak w swoim studyjnym wydaniu.

KSU - Kiedy Naród Umiera (Dwa Narody)

30 minut przed końcem setu Leszek Dziarek zaprezentował około siedmiominutowe solo na perkusji, które jak wszystko tego wieczoru zostało entuzjastycznie przyjęte przez tłum zgromadzony w Lizard Kingu. Po tym fragmencie zapowiadającym ostatni akt tej koncertowej podróży do serca krajowego punk rocka dostaliśmy równie świetne, jak reszta wieczoru wykonania numerów takich jak: "Teledemokracja" i "Umarłe Drzewa". Ostatecznie występ grupy Olejarczyka zamknął się gdzieś w okolicach godziny i czterdziestu minut. Główny set zakończył numer, którego fani domagali się od samego początku koncertu, czyli "Jabol Punk" wykrzyczany na całe gardło przez właściwie wszystkich zgromadzonych, pomimo tego, że reszta zespołu zapewniła wokale na ten utwór, "Siczka" zniknął w tym momencie z pola widzenia. Po krótkiej chwili zespół wrócił na scenę w pełnym składzie, by zagrać "1944" w formie bisu, utwór szczególny bowiem skomponowany przez "Siczkę" w trakcie odbywanej służby wojskowej w 1983, a co za tym idzie przepełniony goryczą i sprzeciwem wobec przymusowemu wpychaniu młodych ludzi w wojenne mundury.

Całościowo wieczór w toruńskim Lizard Kingu można ocenić naprawdę pozytywnie, pomimo niełatwych w realizacji intensywnych gitarowych brzmień, akustyka przez lwią część koncertu działała bez zarzutu. Oświetlenie również budowało gęsty klimat wokół "Siczki’ i jego grupy, nie rozpraszając, a pomagając skupić uwagę na tym, co w danym momencie gra pierwsze skrzypce. Właściwie jedyny zarzut to wokal Dziarka, który momentami potrafił przytłoczyć linię melodyczną lidera, i otrzeć się o lekko kreskówkowe klimaty. Niezależnie od tego koncert KSU pokazał jak ponadczasowa, jest twórczość tego zespołu, jak bardzo jest ona elementem międzypokoleniowego dialogu, a także symbolem buntu w najczystszej możliwej formie. To nie był wieczór dożynkowy dla ludzi w średnim wieku, to była żywa lekcja historii przypominająca, że Polski punk nie jest bynajmniej martwy, a żyje i ma się świetnie. "Dziękujemy, wracajcie bezpiecznie do domu, bo jutro do roboty" powiedział na koniec "Siczka", żegnając się z tłumem, który równie dobrze, mógłby mu towarzyszyć przez kolejne półtorej godziny.

  • KSU na scenie klubu Lizard King
  • KSU na scenie klubu Lizard King
  • KSU na scenie klubu Lizard King
  • KSU na scenie klubu Lizard King
  • KSU na scenie klubu Lizard King
  • KSU na scenie klubu Lizard King
[1/6] KSU na scenie klubu Lizard KingŹródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak

Ignacy Grześkowiak, dziennikarz portalu Metropolia Toruńska .pl

Wybrane dla Ciebie