Tak Wielkanoc wspomina pani Felicja. Smak swojskiej szynki pamięta się latami!
Pani Felicja Lewandowska, była wieloletnia sołtyska, mieszkanka sołectwa Dębiny w gminie Łubianka wspomina, jak przez lata zmieniały się wielkanocne tradycje i zwyczaje, wiele z nich może nas zaskoczyć.
Jak wyglądały święta wielkanocne, kiedy miała pani 20 lat?
- Rzeczy najważniejsze jeśli chodzi o ideę świętowania się nie zmieniły. Teraz wiadomo, często chodzimy na skróty, kiedyś tak nie było. Rano chodziliśmy do kościoła. Ja zazwyczaj wybierałam mszę o godz. 10:30. Z resztą do dzisiaj tak właśnie spędzamy Wielkanoc. A co do tego, jak celebrowaliśmy tę niedzielę jak miałam 20 lat, to muszę sobie przypomnieć (śmiech). Na wielkanocnym śniadaniu było oczywiście jajka i szynka, ale taka prawdziwa, wędzona z kością, domowa. Ona smakowała zupełnie inaczej niż te wędliny, które można kupić w sklepach. Cała rodzina siadała do stołu i każdy czekał na tę szynkę. Tata kroił ją w plastry. Jajka serwowaliśmy oczywiście z majonezem, ale majonez też robiliśmy samemu.
Świętowało się cały dzień?
-Oczywiście! Obiad też był świąteczny – zawsze serwowano rosół, na domowej kurze. No i potem pieczeń z sosem, buraczki z chrzanem i schabowe. Chrzan też nie ze słoiczka, moja mama sama go tarła. Dużo było jedzenia, ale ciasta też musiały być! Moja mama na przykład zawsze piekła makowiec na święta. I sernik! Sernik musiał być i zawsze jest na moim świątecznym stole, chociaż teraz ja tego nie piekę oczywiście.
Ludzie odwiedzali się w święta?
- Tak, to było najważniejsze! Świętowano nie tylko z rodziną, ale także z sąsiadami, znajomymi, a czasami odwiedzało się ludzi mieszkających w tej samej, albo sąsiedniej wsi, żeby życzyć im wesołych świąt. Z resztą ja z małżonkiem nawet jak nasze dzieci były małe to kultywowaliśmy tę tradycję.
Dzieci wierzyły w zajączka?
- Nie wiem, czy wierzyły (śmiech). W Dębinach robiliśmy to w taki sposób, że przygotowywaliśmy z siana takie jakby gniazdka, które ukrywaliśmy w całym ogrodzie. W gniazdkach były słodycze, kolorowe jajeczka i inne podarki dla maluchów. To była wspaniała zabawa, kiedy można było tego szukać. Z resztą jest do teraz! Bo i moje wnuki, chociaż są już prawie dorosłe, też szukają podarków w wielkanocny poranek. Jestem przekonana, że i moje prawnuki będą robić dokładnie to samo.
Co jeszcze pamięta pani z celebrowania Wielkanocy sprzed lat, a co już trochę zanikło?
- Jak byłam młodą dziewczyną to w wielki czwartek rozpalaliśmy ognisko. Zbierała się wtedy cała młodzież z Dębin i okolicznych miejscowości. To był taki symboliczny początek świętowania. Mówiliśmy, że palimy wtedy "Judasza Kajfasza". Pamiętam także, że mój mąż na kilka dni przed świętami zbierał świeże bazie i gałązki brzozy, tak zwany dyngus i delikatnie, w Wielki Piątek o świcie, smagał nimi nasze dzieci po łydkach. W naszych stronach mówiliśmy na to "Boże Rany". Teraz już chyba ta tradycja zaniknęła.
Bez czego nie wyobraża sobie pani świąt?
- Bez rodziny. To jest prawdziwa wartość. Co roku śniadanie wielkanocne organizuję w swoim domu, który jest też domem rodzinnym moich dzieci. Wszyscy się spotykamy, dzielimy jajkiem i cieszymy swoją obecnością. Jakby tego zabrakło to nie wiem, po co świętować.
Dzielicie się obowiązkami przy organizacji śniadania?
- Tak. Moje córki przejęły kontrolę nad tym, co serwujemy na stole. Na pewno nie zabraknie żurku, jajek w majonezie no i ciast, ale nie wiem, jakie konkretnie pojawią się na stole. Wczoraj zapytałam o to z ciekawości, dowiedziałam się, że jeszcze nie wiedzą (śmiech).
Pisanki na waszym stole będą tradycyjne?
- Ja pamiętam takie barwione łupiną cebuli czy burakiem. Mój tata, zawsze zbierał także kłosy młodego jęczmienia i one farbowały jajka na zielono. Teraz jest masa syntetycznych barwników i gotowych dekoracji. To wszystko jest bardzo ładne, ale z sentymentu bardzo lubię takie, które znam całe życie.