My sprzedajemy emocje - mówi prezes toruńskich hokeistów
Siódmy mecz rundy play off z Unią Oświęcim hokeiści KH Energi Toruń przegrali tracąc gola w dogrywce. Zamiast awansu do półfinału zostało szóste miejsce, bo takie zespół zajmował po rundzie zasadniczej. Zawodnicy spotkali się z kibicami, a my o zakończonym sezonie i o celach na kolejny rozmawialiśmy z prezesem toruńskich hokeistów Marcinem Jurzystą.
Ile zabrakło do zwycięstwa w decydującym meczu?
- Jak zwykle za dużo. Nigdy nie będę nazywał porażki sukcesem. Cieszę się oczywiście z odbioru kibiców, z tego, jak licznie przyszli na spotkanie z hokeistami po sezonie, że czują wspólnotę z zawodnikami. Jestem mile zaskoczony, że ktoś ma ochotę wziąć ode mnie autograf, bo ja jestem tu najmniejszą postacią. Natomiast jeżeli chodzi o wynik meczu w Oświęcimiu, to my nie jesteśmy łyżwiarzami figurowymi. I za styl punktów nie dostajemy. Owszem, walka była zacięta, piękna, ale nie zmienia to faktu, że zakończyła się porażką. Gdyby to był mój pierwszy sezon w klubie, to pewnie bym się cieszył, że wyglądało to tak, jak wyglądało. Ale nie jest to mój pierwszy sezon. Siódme mecze play off już przerabiałem. Przegrywane w ostatnich minutach, więc niedosyt pozostaje. Cóż, taki jest sport.
Rzeczywiście dało się zauważyć wspólnotę kibiców. Obecność kibiców na meczach wyjazdowych, wpisy na Facebooku. Czy to jest zmiana?
- Wydaje mi się, że nasi kibice zachowują się podobnie od lat. Z Pawłem Żurawskim w klubie mamy maksymę, że sprzedajemy emocje. I mam wrażenie, że to te emocje powodują takie reakcje u kibiców. Jest walka na lodzie, to i są emocje. W Oświęcimiu w ostatnim meczu pięknie odwróciliśmy wynik, więc i nasi kibice biorą to, co my zawsze staraliśmy się dawać. Śmiem twierdzić, że gdybyśmy przegrali poprzedni mecz w Toruniu i seria zakończyłaby się 4:2 dla Oświęcimia, to komentarze nie byłyby takie pozytywne.
Czy wpływ na taki odbiór miał dobór zawodników bez nerwowych ruchów zarządu?
- Tak. Uważam, że trzeba było dać tej drużynie czas na segmentowanie się. Pamiętajmy, że oni przeszli przez okres przygotowawczy z innym trenerem. Trenerem nastawionym na zupełnie inny, ultraofensywny hokej, w którym bramkarz miał tak naprawdę zastąpić obrońców. Więc kiedy Sami Hirvonen został trenerem, zawodnicy musieli się po pierwsze nauczyć nowego systemu, a po drugie nauczyć się tego, że mają jeden cel i że są na siebie zdani, że to nie jest tak, że wygrają tu indywidualności.
Teoretycznie, patrząc na statystyki, można powiedzieć, że my takie indywidualności mieliśmy...
- Ale jak pokazała cała seria, to nagle do głosu doszli zawodnicy, którzy w ciągu sezonu zasadniczego nie strzelali nic. Ale potrafili się tak zmobilizować, ale też koledzy na tyle wypracowali im sytuację, że oni również punktowali. Więc sądzę, że o stylu, w jakim graliśmy z Oświęcimiem, zadecydowało przede wszystkim to, że chłopacy czuli się drużyną, jednym organizmem.
Czy w momencie porażki, straty decydującej bramki, przemknęła myśl o rezygnacji?
- Po stracie gola była pustka i duże poczucie bezsilności. Gdzieś tam flashbacki z tych wszystkich ćwierćfinałów wcześniejszych. I przypomnienie sobie, jak to teraz będzie wyglądało, że będzie przejmująca cisza w szatni i potem długa trudna podróż do domu. I tak było. O tym, co dalej, nie myślałem, tym bardziej że łączę dwie bardzo absorbujące prace. Pracuję również w Urzędzie Miasta, więc czas mam wypełniony aż nadto. Nieraz bardzo bym chciał usiąść kibicami na trybunach, kupić kiełbaskę i coś do picia i obejrzeć z nimi po prostu mecz. Ale oczywiście potem przychodzi gdzieś brutalna myśl. A kto przyjdzie do klubu?
No właśnie, ktoś przyjdzie?
- Kolejki kandydatów nie widzę. Bardzo bym chciał, żeby pojawił się jakiś prywatny właściciel, człowiek, który chciałby kupić spółkę od miasta, tak jak to było kiedyś w Krakowie. I ja bym był pierwszą osobą, która by mu rozłożyła dywan do biura i pomogła przygotować wszystkie formalności przejęcia stanowiska. I to też jest obciążająca świadomość, że w dużej mierze mam poczucie bycia, może to duże słowo, gwarantem dla funkcjonowania klubu.
W tym roku bardzo wcześnie rozpoczęliście rozmowy kontraktowe na nowy sezon. Czyli przygotowania trwają?
- Tak, rozmawiam z każdym, ponieważ każdemu chcę przynajmniej podziękować za sezon. Zacząłem od obcokrajowców, którzy jeszcze nie ustosunkowali się do przedłużenia kontraktu, bo wiadomo, oni chcą jak najszybciej wyjechać. Potem będą zawodnicy lokalni.
A każdy chce rozmawiać?
- Tak, cieszę się, że nie ma, przynajmniej na razie nie było zawodnika, który by mi powiedział, że nie chce przyjść porozmawiać. Każdy chce porozmawiać. Co wyniknie z tych rozmów, to zobaczymy. Ja mam swoją wizję drużyny na przyszły sezon.
Czy te rozmowy dotyczą także trenerów?
- Tak, takie rozmowy też się odbędą. Uczciwie postawiłem sprawę przed trenerem Hirvonenem, żeby nie zdziwił się, jak się dowie z kuluarów, że Toruń pyta o kandydatów. Ja chcę po prostu mieć rozeznanie rynku. Tak się to robi w biznesie. Chcę wiedzieć, kto jest na rynku.
A takie rozeznanie robicie?
- Tak, takie rozeznanie robimy. No, nie będę też ukrywał, że nie dotyczy ono akurat trenera asystenta. No chyba, że on nie będzie chciał z nami współpracować.
A co będzie w przyszłym sezonie celem?
- Na pewno jest za wcześnie, żeby mówić o konkretnych celach. Muszę znać budżet, jakim będę dysponował. Celów na pewno będzie kilka. Na pewno celem minimalnym, także dla sponsora tytularnego, będzie piąte miejsce, bo tak było w tym roku. Nie spełniliśmy go, więc może nie będzie kary, co po prostu brak nagrody. Natomiast sportowo dla nas cel nadrzędny to przejście do półfinałów, to się nie zapewne nie zmieni. I tak chcę o tym mówić. Nie, że będziemy starali się grać najlepiej w każdym meczu, a co będzie, to będzie. Półfinał to jest cel.
Jakieś wnioski, by to osiągnąć?
- Chciałbym wrócić do sytuacji, która nam się udawała przez kilka sezonów wcześniej, jeszcze za prezesury Bogdana Rozwadowskiego. Wykorzystywaliśmy po prostu fakt, że jak na standardy polskiej ligi dość wcześnie latem wchodziliśmy na lód w porównaniu z innymi drużynami. I dzięki temu udawało się pierwsze dwie rundy często zagrać lepiej niż rywale, a wiadomo, że to się przekłada na awans do finału Pucharu Polski. Byłoby miło znów awansować, ale powtórzę, że nadrzędnym pozostanie awans do półfinału.
Marcin Zawadzki, redaktor portalu Metropolia Toruńska .pl