Maleńczuk powraca po kilkunastu latach z projektem Homo Twist – jak wypadł w Kombinacie Kultury?
Maciej Maleńczuk, skandalista, tekściarz, gitarzysta, poeta, "bard Krakowa", artysta związany z szeroko pojętą ulicą. Jak prezentuje się najnowsze wcielenie polskiego muzyka będącego swoistym połączeniem Nicka Cave’a, Marilyna Mansona i Iggy’ego Popa?
Wiele napisano już na temat tej ikonicznej i jednej z najbardziej wyrazistych, a zarazem kontrowersyjnych postaci na polskiej scenie muzycznej. Homo Twist niekoniecznie jest pierwszym zespołem, który przychodzi do głowy, kiedy myślimy o tym twórcy. Projekty takie jak Yugopolis jak i Püdelsi odbiły się komercyjnie szerszym echem niż bardzo bezkompromisowe w swojej formie Homo Twist. Ten ostatni zespół nominowany był za swój drugi długogrający krążek w wielu kategoriach w trakcie Fryderyków w roku 1996, ostatecznie poniósł porażkę w każdej, co paradoksalnie ugruntowało jego podziemny i kultowy w pewnych kręgach status.
Pomimo oficjalnego zawieszenia działalności w 2009 i bardzo dynamicznych zmian w składzie, właściwie przy każdorazowym nagrywaniu wcześniejszych albumów, zespół na przekór wszystkiemu i wszystkim powrócił w 2023. Reaktywacje po tak długiej nieobecności w branży nieubłagalnie zmieniającej się z duchem czasu zawsze wiążą się z pewnego rodzaju ryzykiem.
Mieszanka hard rocka z elementami doom metalu
Muzyka Homo Twist, jak wiele z opisywanych wcześniej na łamach naszego portalu zespołów, wymyka się trochę sztywnym ramom gatunkowym. Tym razem mamy do czynienia z mieszanką hard rocka w stylu pierwszych płyt Hendrixa, bardzo wyraźnymi elementami doom metalu w stylu zarówno pionierów z Black Sabbath, jak i bardziej współczesnej interpretacji rodem z Electric Wizard. Wszystko to właściwie od samego początku istnienia grupy spięte jest jazzową sekcją basową i perkusyjną oraz ciężkimi poetyckimi naturalistycznymi tekstami Macieja Maleńczuka. Kombinat Kultury, zawsze otwarty na to, co żywe i inne, stał się wręcz idealną sceną na mapie Metropolii Toruńskiej dla tak nieszablonowej mieszanki muzycznej.
Z naszywkami Acid Drinkers na kurtkach
Zmierzając do lokalu na Podmurnej 1/3 oczekiwałem mniej więcej podobnej publiki jak w przypadku koncertu Variété, opisywanego przez nas nie tak dawno temu. Ludzie pamiętający stary Jarocin, tłum z gatunku: kto ma wiedzieć, ten wie. Tak się jednak nie stało i na wejściu przywitała mnie liczna grupka młodych punków z naszywkami z logo Acid Drinkers na kurtkach. Nie jest to przypadkowy szczegół, bowiem Tomasz "Titus" Pukacki, znany z roli lidera tej formacji, był też w swoim czasie basistą grupy Maleńczuka. Ten konkretny detal pokazuje nam, jak bardzo młodzi ludzie dalej czują muzykę Homo Twist pomimo długiego stażu na scenie i jak dobrze znają historię tego zespołu.
Koncert zaczyna się punktualnie. Homo Twist wkracza triumfalnie na scenę. Maleńczuk wraz z perkusistą Wiesławem Jamiołem ubrani są w ekstrawaganckie mundury jawnie inspirujące się projektem Jimiego Hendrixa. Basista Dominik Wywrocki z kolei obleczony jest w czarną minimalistyczną jazzową stylizację. "Gramy c*** wie ile, robimy to… na pewno nie dla pieniędzy" — tymi słowami wita się Maleńczuk ze zgromadzoną tego wieczoru publiką, tym samym podkreślając to, jak bardzo Homo Twist nie przejmuje się sukcesem komercyjnym.
Wycieczka po dyskografii
Gasną światła, no i w zasadzie wszyscy zgromadzeni w szczelnie wypchanym Kombinacie Kultury są kupieni już od pierwszych dźwięków gitary. Wspomniane wcześniej punki praktycznie nieprzerwanie machają swoimi czuprynami w niemalże szamańskim transie przez cały prawie półtoragodzinny koncert. W trakcie występu Homo Twist zabrało nas w przekrojową wycieczkę po ich dyskografii, wybierając do setlisty jedne z najbardziej kultowych utworów w swoim dorobku.
Nie zabrakło bardzo ciepło przyjętych przez wtórującą wokalnie publikę "Populares Uber Alles" (zapowiedzianego przez Maleńczuka szelmowskim uśmiechem i słowami "papieroska komuś?") oraz równie docenionego "Techno & Porno". Było też "Trzy K**** Świata Pieniądza" oraz "Narkomanka" z debiutanckiego krążka zespołu "Cały ten seks". Oba utwory zabrały nas w magiczną podróż po ciężkim krajobrazie Europy Wschodniej znanej Maleńczukowi aż za dobrze.
Dużym zaskoczeniem było też naprawdę sowite zaprezentowanie nowego materiału w formie piosenek "Shame", "Darkness" oraz "Lover", które były interpretacją poezji Emily Dickinson. Być może nie były one aż tak głośno oklaskiwane jak wspomniane numery z debiutu, natomiast nie odstawały one formalnie od reszty setlisty, co więcej, rzekłbym, że były one autentycznie interesującą wizją tego, co może zaoferować Homo Twist w przyszłości.
Ślizgi, riffy i światła Kombinatu
Muzycznie było tego wieczoru naprawdę dobrze. Maleńczuk objawił się jako wszechstronny gitarzysta nie zapętlający się na ogranych skalach, lecz utylizujący jakże ważne w doom metalu ślizgi po gryfie oraz elementy legato w tych monumetalnych riffach przesyconych klimatycznymi efektami. Dominik Wywrocki również dosłownie pływał po gryfie swojej gitary basowej, perfekcyjnie dopełniając gitarę prowadzącą Maleńczuka i wchodząc z nią w interesujący dialog. Mimika Wiesława Jamioła była skrajnie wręcz stoicka, co pozwoliło wybrzmieć jego zestawowi perkusyjnemu z całą jego mocą w minimalistycznych, acz potężnych partiach zbliżonych do tego, co prezentował Bill Ward w Black Sabbath.
Na uwagę zasługuje też, jak zawsze, technicznie zawodowa i zróżnicowana oprawa świetlna Kombinatu Kultury, a także bardzo ciekawe wizualizacje zaprezentowane przez zespół. Te, wyświetlane za muzykami w intrygujący sposób przeplatały obrazy amerykańskiego marginesu wraz z obrazami polskiej klasy robotniczej oraz nutką obowiązkowej dla twórczości Maleńczuka perwersji i groteski.
Z Norwidem na zamknięcie
Pod koniec tego koncertu, którego gęsty klimat praktycznie wylewał się z lokalu, Maleńczuk rzucił ze sceny przerażającą dla zgromadzonych wiadomość: "To nasz ostatni numer, nie mamy bisu. Nie bawmy się w Opole, to nie jest festiwal opolski", mimo że fani zaczęli trochę kręcić nosem, zamykająca koncert przejmująca 9-minutowa interpretacja wiersza Norwida "Bema Pamięci Żałobny Rapsod" kompletnie wynagrodziła te smutne informacje.
Homo Twist udowodnił, że jest zespołem, który nie potrzebuje fanaberii ani modnych aranżacji, by przyciągnąć uwagę. Wystarczy autentyczność i odwaga w mówieniu własnym głosem. W czasach, gdy wiele koncertów przypomina nadmiernie reżyserowane widowiska, ich występ był jak zimny prysznic – potrzebny i odświeżający. I choć po ostatnich dźwiękach światła zapaliły się szybko, a publiczność zaczęła powoli opuszczać salę, to coś zostało. Może niepokój, może refleksja, a może po prostu świadomość, że uczestniczyło się w czymś prawdziwym. A to w muzyce wciąż jest wartością najcenniejszą. Ze wszystkich opisywanych na łamach naszego portalu muzycznych powrotów i jubileuszy ten był bodajże najbardziej uderzający, naturalny i po prostu potrzebny krajowej scenie.