Ma za sobą publikacje, konferencje i praktyki za granicą. Co powiedziałaby tegorocznym maturzystom?
Julia Gierszewska jest studentką 3. roku kierunku lekarskiego na Uniwersytecie Medycznym im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu oraz absolwentką Uniwersyteckiego Liceum Ogólnokształcącego w Toruniu. Choć dopiero jest na początku medycznej drogi, ma już za sobą praktyki i staże m.in. w Meksyku, Tajlandii i Mayo Clinic na Florydzie, publikacje naukowe, wystąpienia konferencyjne, działalność w organizacjach studenckich oraz nominacje w plebiscycie "Młoda Polka". Rozmawiamy z nią o studiach, nauce, międzynarodowych doświadczeniach i o tym, co może być ważne dla maturzystów myślących o medycynie.
- Na trzecim roku medycyny wiele osób zaczyna już szukać swojej ścieżki. Czy Ty czujesz, że znalazłaś obszar, który szczególnie Cię wciąga?
- Na trzecim roku medycyna przestaje być tylko ogromnym zbiorem wiedzy do opanowania, a zaczyna układać się w pewną historię o człowieku. Coraz bardziej ciągnie mnie w stronę obszarów, gdzie można połączyć myślenie kliniczne z głębszym zrozumieniem pacjenta – nie tylko jego wyników, ale też emocji i kontekstu życia. Nie mam jeszcze ostatecznego wyboru "to jest to", ale coraz bardziej skłaniam się w stronę neurologii i psychiatrii.
Ogromny wpływ na to, jak dziś myślę o medycynie, miały moje wyjazdy. Po pierwszym roku trafiłam na praktyki do Meksyku i to było doświadczenie, które zostanie ze mną na zawsze. Pamiętam, jak stojąc na SOR-ze, jeszcze trochę niepewna, zszywałam nogę pacjentowi – zdecydowanie nie jest to coś, co rutynowo robią studenci po pierwszym roku. Tam zobaczyłam też pacjentów z dengą, osoby po ukąszeniach węża, przypadki postrzałów czy ran po maczetach. To była medycyna w bardzo surowej, czasem brutalnej odsłonie, wymagająca szybkich decyzji i odwagi.
Po drugim roku byłam na praktykach w Tajlandii, a w międzyczasie także na krótkim stażu w Mayo Clinic na Florydzie. W tym roku czekają mnie praktyki w Limie w Peru, a w przyszłym – semestr letni we Włoszech na Erasmusie. To właśnie te doświadczenia są dla mnie jednymi z najcenniejszych. Uczą pokory, otwartości i pokazują, jak bardzo medycyna jest zanurzona w kontekście społecznym i kulturowym.
- Bierzesz udział w projektach naukowych – czym dokładnie się teraz zajmujesz i co najbardziej Cię w tym ciekawi?
- To jest dla mnie wciąż proces szukania. Nie mam jeszcze jednej dziedziny, której podporządkowuję wszystko, raczej świadomie pozwalam sobie próbować, sprawdzać, być w różnych miejscach i obserwować, co naprawdę mnie porusza. Na swoim koncie mam już kilka publikacji naukowych, m.in. w Frontiers in Neurology ("The neuroendocrine puzzle of epilepsy and infertility: what are we missing?") oraz w Journal of Clinical Medicine ("Residential Environmental Composition and Risk of Acute Cellular Rejection After Heart Transplantation: A Multi-Scale Buffer Analysis"). To oczywiście prace zespołowe – nauka rzadko kiedy jest indywidualnym sukcesem jednej osoby.
Działam aktywnie w studenckich kołach naukowych, od Neonatologii po Chirurgię Dziecięcą czy Psychiatrię Dorosłych. Jestem też w trakcie zakładania własnego koła, co jest dla mnie ogromnym wyzwaniem, ale też możliwością stworzenia przestrzeni do współpracy i wymiany pomysłów. Poza moim uniwersytetem współpracuję z naukowcami z innych ośrodków przy dużych projektach grantowych z zakresu endokrynologii i diabetologii, o których nie mogę jeszcze zbyt wiele powiedzieć.
Dużą częścią mojego życia naukowego są konferencje – krajowe i międzynarodowe. Bardzo często prezentuję na nich przypadki kliniczne pacjentów, które pokazują, jak złożona i niejednoznaczna potrafi być praktyka lekarska. Niedawno wróciłam też z konferencji, w ramach której odbywały się Akademickie Mistrzostwa Szycia Chirurgicznego i regaty żeglarskie – to pokazuje, jak wielowymiarowe potrafi być środowisko medyczne.
Równolegle działam w IFMSA-Poland. Zaczynałam lokalnie, ale z czasem coraz bardziej angażuję się na poziomie ogólnopolskim. To przestrzeń, która daje ogromne możliwości – od projektów edukacyjnych, przez działania prozdrowotne, takie jak "Szpital Pluszowego Misia" w przedszkolach i akcje profilaktyczne, aż po współpracę międzynarodową i wyjazdy na praktyki czy wymiany naukowe.
W tym roku mam również zaszczyt pełnić funkcję przewodniczącej Studenckiego Towarzystwa Naukowego Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Wraz z zespołem organizujemy 26. edycję International Congress of Young Medical Scientists, która odbędzie się 8–10 maja 2026 roku w Poznaniu. Spodziewamy się około 400 uczestników z całego świata: studentów, doktorantów, lekarzy i naukowców.
W tym roku akademickim zostałam też nominowana w plebiscytach "Poznanianki" oraz "Młoda Polka". Moja aktywność zaczęła się jednak wcześniej – w 2023 roku zdobyłam tytuł Nieprzeciętnej w plebiscycie Polskiego Radia, a prawdziwym przełomem była 52. Olimpiada Biologiczna w ostatniej klasie liceum, kiedy zostałam jej laureatką i po raz pierwszy naprawdę uwierzyłam, że mogę. Bardzo często się boję: przed wystąpieniami, nowymi projektami, wejściem w nieznane środowisko. Ale chyba właśnie o to chodzi – żeby się bać i mimo to robić krok do przodu.
- Jak wygląda praca studentki medycyny przy projekcie naukowym: to bardziej analiza danych, kontakt z pacjentami, praca w zespole, a może żmudne godziny przygotowań?
- Praca studentki medycyny przy projekcie naukowym to trochę wszystko naraz. Z jednej strony są długie godziny spędzone nad artykułami, analizą danych, poprawianiem tabel, sprawdzaniem wyników – momenty ciche, czasem nudne, wymagające skupienia i cierpliwości. To ta mniej widoczna część, która uczy dokładności i odpowiedzialności za każde słowo.
Z drugiej strony jest praca zespołowa: rozmowy, konsultacje, wymiana pomysłów, czasem konfrontowanie różnych punktów widzenia. W zależności od projektu pojawia się też kontakt z pacjentami – i to są momenty szczególne, bo dane przestają być anonimowe, a zaczynają mieć twarze, historie i emocje.
Taka ścieżka nie jest czymś oczywistym, szczególnie na młodszych latach studiów. Często słyszę pytania: "Po co właściwie to wszystko robisz?", "Czy to ma sens?", "Co ci to daje?". Dziś myślę, że daje mi poczucie, że naprawdę uczestniczę w medycynie, a nie tylko się jej uczę. Nie potrafię tylko siedzieć przy książkach i walczyć o oceny.
- Czy był taki moment podczas projektu albo konferencji, kiedy poczułaś, że medycyna to nie tylko nauka do egzaminów, ale realne uczestnictwo w świecie nauki?
- Myślę, że to poczucie nie przyszło w jednym konkretnym momencie, tylko narastało stopniowo. Bardzo wyraźnie pamiętam jednak jedno z pierwszych takich doświadczeń – po wystąpieniu konferencyjnym zaczęła się rozmowa już nie w trybie "studentka prezentuje pracę", ale normalna, partnerska dyskusja naukowa z osobami z prawdziwym dorobkiem. Pytania, inne spojrzenia, sugestie dalszych kierunków – to było dla mnie ważne, bo zrozumiałam, że mogę brać udział w tworzeniu medycyny, choćby na małą skalę.
Podobnie jest w pracy nad projektami, kiedy po wielu godzinach analizy danych i przygotowań pojawia się moment, w którym widzisz, że wyniki nie kończą się na slajdach czy publikacji. Mogą inspirować kolejne pytania, badania, czasem inne spojrzenie na pacjenta. Dużo wnosi też współpraca międzynarodowa. Często pracuję w zespołach z osobami dużo bardziej doświadczonymi, z różnych ośrodków na świecie. Zawsze pojawia się ten sam moment zaskoczenia, kiedy ktoś pyta, ile mam lat. To zabawne, ale też symboliczne – bo nagle okazuje się, że wiek przestaje mieć znaczenie, a liczy się to, co wnosisz do pracy.
- Co daje młodej osobie udział w konferencjach naukowych – wiedzę, kontakty, pewność siebie, a może zupełnie nowe ambicje?
- Z czasem bardzo mocno buduje się pewność siebie – nie w sensie "wiem wszystko", tylko raczej "mam prawo zabierać głos", a tego często mi brakowało. Na początku towarzyszy temu stres, wątpliwości i porównywanie się z bardziej doświadczonymi osobami. Ale każda kolejna prezentacja, każda rozmowa po wystąpieniu, każda sytuacja, w której ktoś traktuje Twoją pracę poważnie, sprawia, że zaczynasz inaczej na siebie patrzeć.
Konferencje potrafią też bardzo zmieniać ambicje. Nagle okazuje się, że to, co wcześniej wydawało się "dalekie" albo "nie dla mnie", zaczyna być realne: badania, współpraca międzynarodowa, własne projekty, czasem zupełnie nowe kierunki, których wcześniej się nie brało pod uwagę.
- Czy pamiętasz wystąpienie, rozmowę albo temat konferencji, który szczególnie zmienił Twoje spojrzenie na medycynę?
- Tak, choć to nie było spotkanie na żywo, tylko wystąpienie, które obejrzałam wcześniej. Chodzi o podejście Atula Gawande, szczególnie jego refleksje dotyczące błędów w medycynie i roli prostych narzędzi, takich jak checklisty w chirurgii. Najbardziej zapadła mi w pamięć myśl, że medycyna rzadko zawodzi z powodu braku wiedzy. Dużo częściej wynika to z przeciążenia, wielości decyzji podejmowanych w krótkim czasie, zmęczenia i zwykłych ludzkich ograniczeń.
Bycie dobrym lekarzem nie polega więc wyłącznie na gromadzeniu wiedzy, ale również na tworzeniu takich warunków pracy i takich systemów, które minimalizują ryzyko błędu. To było dla mnie silne "odczarowanie" medycyny jako dziedziny opartej na indywidualnej nieomylności. Odpowiedzialność lekarza polega nie na perfekcji, tylko na uważności, konsekwencji i umiejętności pracy w ramach systemu, który sam też jest niedoskonały.
- Jak łączysz wymagające studia z dodatkową aktywnością naukową? Czy trzeba mieć do tego wyjątkową dyscyplinę, czy raczej ciekawość, która sama napędza do działania?
- Z zewnątrz wygląda to jak coś wymagającego przede wszystkim ogromnej dyscypliny i idealnej organizacji czasu. I oczywiście to jest potrzebne. Studia medyczne same w sobie są bardzo intensywne, więc bez planowania, konsekwencji i umiejętności rezygnowania z niektórych rzeczy po prostu się nie da.
Ale z mojego doświadczenia ważniejsza okazuje się ciekawość – wewnętrzna potrzeba, żeby zrozumieć coś głębiej niż tylko "na zaliczenie". Dyscyplina pozwala działać, ale to ciekawość sprawia, że chce się wracać do projektów po całym dniu zajęć. Jednocześnie ta droga nie zawsze jest łatwa do zrozumienia z zewnątrz. Znajomi czasem tego nie rozumieją, rodzina pyta, kiedy w końcu przyjadę do domu. Dlatego tak ważne jest, żeby mieć wokół siebie osoby, które po prostu są. To relacje pozwalają nie zgubić równowagi.
- Czego projekty naukowe nauczyły Cię o pracy lekarza, czego nie da się wynieść z samego podręcznika?
- Projekty naukowe nauczyły mnie przede wszystkim tego, że medycyna w praktyce jest dużo bardziej niejednoznaczna, niż wynikałoby to z podręczników. W książkach wszystko jest uporządkowane, opisane krok po kroku, często z jasnym schematem postępowania. W rzeczywistości rzadko trafia się na sytuacje idealnie pasujące do definicji, a częściej trzeba łączyć informacje, interpretować je w kontekście i podejmować decyzje mimo niepełnej wiedzy.
Ogromnie ważna jest też świadomość, że za każdymi danymi i każdym wynikiem stoi człowiek. Nawet najbardziej abstrakcyjne analizy w pewnym momencie przekładają się na czyjąś historię i życie. Bardzo dużo dała mi też praca zespołowa. W podręczniku wiedza jest indywidualna i "do nauczenia". W projektach naukowych wszystko powstaje w dialogu: trzeba słuchać, przyjmować krytykę, zmieniać podejście. To jest bardzo bliskie temu, jak wygląda praca lekarza – w zespole, w konsultacjach, w ciągłym wymienianiu się perspektywami.
- Za kilka dni maturzyści będą podejmować decyzje o swojej przyszłości. Co powiedziałabyś osobom, które myślą o medycynie, ale widzą ją głównie przez pryzmat trudnej rekrutacji?
- Powiedziałabym im przede wszystkim, że medycyna naprawdę nie zaczyna się na progu rekrutacji i nie kończy na wyniku z matury. To, co na tym etapie wydaje się ogromną, czasem wręcz nie do przeskoczenia barierą, później okazuje się tylko jednym z wielu kroków na drodze. Jeśli ja przez to przeszłam i jestem tu, gdzie jestem, to nie dlatego, że było łatwo, tylko dlatego, że to było osiągalne.
Nie warto słuchać głosów, które mówią: "to nie dla ciebie", "to za trudne", "to tylko dla najlepszych". Oczywiście, to jest wymagająca droga, ale nie jest zarezerwowana dla wybranych ani tylko dla osób z medycznych rodzin – ja też będę pierwszym lekarzem w swojej.
Jeśli coś nie pójdzie po naszej myśli, to nie znaczy, że to koniec. Wiele rzeczy w życiu, również w medycynie, wymaga drugiej próby, zmiany kierunku, czasem cofnięcia się o krok, żeby później pójść dalej. I chyba najmocniej chciałabym powiedzieć: nie porównujcie się. Każdy ma swoją drogę, swój moment i swoje tempo. Nie trzeba być najszybszym, żeby dojść tam, gdzie się chce.
- Gdy patrzysz na siebie z czasu przygotowań do matury i na siebie dzisiaj – studentkę angażującą się w naukę i konferencje – co najbardziej Cię zaskakuje w tej drodze?
- Najbardziej zaskakuje mnie chyba to, jak bardzo ta droga okazała się naturalna, mimo że kiedyś wydawała się czymś ogromnym i trochę nie do osiągnięcia. Z czasu przygotowań do matury pamiętam przede wszystkim napięcie, presję i wrażenie, że wszystko zależy od jednego momentu. Dziś widzę, że to był dopiero początek, a nie "decydujący finał", jak wtedy się wydawało. Ten wynik naprawdę nas nie definiuje.
Zaskakuje mnie też to, że rzeczy, które kiedyś wydawały się bardzo odległe – wielkie projekty naukowe, prestiżowe konferencje, publikacje w renomowanych czasopismach, współpraca międzynarodowa na innych kontynentach – stają się powoli częścią codzienności. Nie dlatego, że nagle wszystko stało się łatwe, ale dlatego, że zaczęłam robić kolejne małe kroki. I chyba najbardziej poruszające jest to, że ta ścieżka nie jest "solo". Dziś widzę, jak wiele zależy od ludzi wokół: zespołów, mentorów, rozmów i spotkań, które potrafią zmienić bardzo dużo. Nie trzeba mieć wszystkiego zaplanowanego od początku – można iść trochę w niepewności i odkrywać siebie po drodze.