Kultowe Albumy Metropolii Toruńskiej "Parno" Parno (2025)
"Parno" toruńskiego zespołu Parno to album wybitnie autorski w klimacie i warstwie liryczne, a zarazem jedna z najciekawszych niezależnych premier ostatniego roku, która pomimo młodego wieku już teraz może nosić w pewnych kręgach miano kultowej pozycji.
Parno jest zespołem, który nieco wymyka się sztywnej gatunkowej ramie. Mamy tutaj mocno wyczuwalną , niemal dominującą nutę stoner rocka, czyli gęste od psychodelicznych efektów gitarowych riffy napisane na niespiesznym tempie. W tym samym czasie jest tu jakaś nutka dekadencji amerykańskiego południa i jego kontrkultury oraz klasyczne bluesowe skale i post-rockowe kreowanie gęstej melancholijnej atmosfery. Słowem dzieje się dużo i mimo tak szerokich inspiracji muzycznych połączonych z elementami nihilistycznymi i mizantropickimi tekstów toruńskich poetów braci Grzegorza i Wojciecha Giedrysów jest to tak wybitnie spójne, że niemalże balansuje na granicy albumu koncepcyjnego.
Pierwszy utwór "Ani mru mru" zatapia nas w swoim treściwym intro opartym na hipnotyzującym, płynącym bardzo swobodnie, niemalże chwiejnie riffie, który z jednej strony przypomina klimatem Electric Wizard wraz z ich ponurą atmosferą, z drugiej natomiast efekty gitarowe przypominają to, co serwuje The Brian Jonestown Massacre ze swoim klimatem amerykańskiego Lata Miłości roku 1967. I to porównanie jest tutaj nieprzypadkowe, bowiem to The Brian Jonestown Massacre właśnie było w stanie wziąć brzmienie dawnej epoki i obrócić je w taki sposób, aby wydawało się tak współczesne jak nigdy wcześniej. W dużej mierze to właśnie to podejście najlepiej oddaje charakter debiutanckiego albumu Parno.
Kiedy blisko trzech minut od startu tego kontrkulturowego spektaklu po raz pierwszy pojawia się kolejny ważny element tej muzycznej układanki, czyli obecny wokalista Marcin "Yah" Jaskulski, jasnym staje się, że to tego rodzaju płyta, jaką trzeba po prostu odsłuchać do końca. Wokal Jaskulskiego charakteryzuje się interesującą emocjonalną manierą, która być może nie jest czymś, co uniwersalnie spodoba się każdemu, jednak wydaje mi się, że zespół Parno nigdy nie wychodził z założenia, że chce być czymś, co wgryza się koniecznie w obecne komercyjne trendy.
Pierwsze wyśpiewane przez wokalistę słowa to "Przymierz mnie i sprawdź, jak na tobie leżę". Zdradzają one dominujący motyw tekstowy utworów prezentowanych na tym albumie. Motywem tym jest bardzo fizyczne, momentami wręcz naturalistyczne i mizantropiczne spojrzenie na relacje miłosne. Na "Parno" usłyszymy historie o zatracaniu się we własnej apatii, autodestrukcyjnych tendencjach oraz, jak mówi zresztą sama grupa na swoich social mediach, "o miłości, gniewie, rozstaniu i grzebaniu; trochę o życiu, więcej o śmierci." Tak jak dźwiękowo czuć tu inspiracje bardziej zachodnią sceną niż czymkolwiek z tej krajowej, tak tematycznie jest tutaj całkowicie melancholijnie i lokalnie.
Z tego swobodnego płynięcia na drodze do zatracenia dosłownie wybija nas drugi numer, a zarazem debiutancki singiel zespołu, czyli "Coraz Głębiej". Jest to utwór chwytliwy od pierwszych dźwięków swojego otwierającego gitarowego lick’u, który tylko zyskuje z każdą upływającą sekundą. Potężny stadionowy refren uświadomił mi, że Jaskulski ma jeszcze jedną ciekawą cechę poza teatralną emocjonalnością. Ma on w sobie dekadancję frontmenów polskich gitarowych kapel ubiegłego wieku. Mówiąc bardziej konkretnie, ten pierwotny estradowy rockowy dryg godny Panasewicza lub Markowskiego, typ wokalisty, który coraz rzadziej przebija się w polskiej muzyce, tu jednak jest perfekcyjnym dopełnieniem bezpardonowej warstwy instrumentalnej. Fenomenalne przepełnione euforią outro wprawia słuchacza w stan, jak gdyby wszyscy zwyciężyli w swojej drodze do celu, tworząc świetny kontrast z depresyjnym tekstem opowiadającym o niemożności ucieczki przed wspomnieniem minionego związku. Jest to zauważalne w słowach refrenu "chciałbym zetrzeć ciebie z siebie, ale wcierasz się coraz głębiej".
Dalej zwalniamy, ocierając się o nowofalowe senne pejzaże niczym z repertuaru Rezerwatu w formie piosenki "Smutne dziewczęta". Jest potencjalnie najbardziej uczuciowy utwór całego "Parno". To chwytająca za gardło stopklatka z samotnych powrotów do domu i niewykorzystanych szans na romans. W trakcie słuchania tej piosenki można sobie niemalże wyobrazić palarnię w lokalach takich jak toruńskie NRD lub bydgoski Mózg (w których zespół dał swoje bardzo pamiętne koncerty) przepełnioną zbłąkanymi duszami szukającymi swojego miejsca w świecie. Żeńskie chórki dodają tutaj czarującego kolorytu, trochę jakby bohaterki piosenki chciały się przyłączyć do Parno i wtrącić swoje harmonijne trzy grosze do tej historii.
"Rozstanie i grzebanie" z jednej strony ma w sobie coś z ducha pierwszej fali punku z Ramones na czele, z drugiej jednak czuć w tym ducha punk-rocka z lat dziewięćdziesiątych i rzeczy takich jak późne utwory Misfits i te wczesne od The Offspring. Do Misfits niezaprzeczalnie przybliża Parno, cmentarny nastrój w brzmieniu i motywach tekstowych, z kolei do The Offspring treściwa, minimalistyczna, ale zarazem porywająca linia basu w wykonaniu Wojciecha Giedrysa. Jego technika przypomina też popisowe patenty stylistyczne Krista Novoselica z Nirvany. Jak zatem widać, jest to rock odtłuszczony ze zbędnych fanaberii odciągających uwagę od wściekłej, bezpośredniej i niepokornej energii.
"Przygarnij mnie" momentami przypomina to, co robił Organek, romansując z mistycznym transem The Doors w swojej twórczości. Warto w tym miejscu dodać, że za produkcję debiutanckiego albumu odpowiada Maciej Kubiczek – szef toruńskiego studia Happy Light. Dla terenu naszego regionu jest to w kręgach producenckich postać tak kultowa jak James Ford i Rick Rubin. To właśnie Kubiczek pomógł Tomaszowi Organkowi zrealizować jego wymarzone albumy jako doszlifowane projekty. Przy nagrywaniu debiutanckiego albumu Parno zdecydowano się na drogę idącą dosłownie na przekór obecnym trendom. W dzisiejszych czasach dominuje kierunek zmierzający do coraz większej kompresji dynamiki, tak, żeby brzmiało dobrze w formacie MP3 nawet na tragicznym sprzęcie. Jest to bolączka obecnego cyfrowego muzycznego krajobrazu, w którym serwisy streamingowe dyktują zasady gry. Kubiczek wraz z grupą Parno zdecydowali się na ortodoksyjne nagranie płyty tak, aby brzmiało maksymalnie analogowo. Widać to chociażby po użyciu staroszkalnych lampowych wzmacniaczy. To oraz inne rozwiązania tej analogowej metodologii utworzyły niesamowite wrażenie przestrzeni, trochę tak, jak gdyby ten materiał był pisany w czasach, gdy dominującym sposobem słuchania muzyki były wciąż płyty winylowe.
Dalej mamy punk-rockowe "Ta ostatnia niedziela" o gorzkich pożegnaniach oraz "Opowiem wam o śmierci", które łączy nowoczesnego bluesa z rockiem psychodelicznym w stylu surowych nieoszlifowanych początków Tame Impali. Ten utwór prezentuje interesujący kompozycyjny kontrast pomiędzy wartkim, dramatycznym i rytmicznym początkiem a klaustrofobicznym, posępnym outro, które pojawia się w okolicach trzeciej minuty. Zawodzące, upiorne chórki podbijają w tym momencie ten mroczny wydźwięk. Warstwa tekstowa braci Giedrysów przez swoje surrealistyczne, fizjologiczne, cielesne motywy przypomina trochę horrory Cronenberga lub obrazy Beksińskiego. Wokal Jaskulskiego nasuwa tu skojarzenie z teatralną dramaturgią w wydaniu Grzegorza Ciechowskiego.
A właśnie, skoro o tej ikonie Metropolii Toruńskiej mowa, to pod sam koniec projektu pojawia się pewien zaskakujący stylistycznie cover. "Telefony", czyli kultowy szlagier Republiki w wydaniu zespołu Parno, przywołuje na myśl raczej słoneczną Kalifornię z piosenek Red Hot Chili Peppers niż to, co znamy z toruńskiej "Od Nowy". Mamy tutaj rozsmakowujące się w swobodnych dźwiękach gitarowych strun legato naprawdę godne samego Johna Frusciante ze wspomnianego kalifornijskiego kwartetu. Gdzieś w tle jest tutaj bardzo subtelna, acz wyczuwalna nutka niezależnego tanecznego dance-punku wczesnych lat dwutysięcznych, z jakiego słynie, chociażby brytyjska grupa Foals. Grzegorz Giedrys i Krystian Rubacha, tworzący sekcję gitarową Parno, odgrywają swoje partie z taką naturalną swobodą i wyczuciem, jak gdyby znali się od zawsze.
Po tym pogodonym wyjątkowo chwytliwym i świeżym tanecznym coverze Parno żegna się ze słuchaczem tradycyjnie fatalistycznym tekstowo "Bez względu na okoliczności nie ma dla nas ratunku". Gitarowo jest to udany ukłon w stronę klasyków końcówki ery, gdy MTV wciąż miało w swojej ramówce muzykę. Mowa tu o takich zespołach jak Alice in Chains, Soundgarden lub Pearl Jam. Najmocniej wybrzmiewa w tym utworze monumentalna partia perkusyjna w wydaniu Jacka Leśniewskiego, znanego z występów w Nocnej Zmianie Bluesa oraz Vitaminie. Nawiasem mówiąc, jest on po części takim stylistycznym spoiwem tego projektu, odnajdując się w tych zróżnicowanych rytmach prezentowanych przez Parno z gracją i wirtuozerią, jaką z pewnością zbudował jego trzydziestoletni staż na scenie w skrajnie odmiennych od siebie gatunkowo formacjach. Jego styl potrafi być zarówno uderzającą pasją w najczystszym wydaniu, jak i oplatać słuchaczy subtelną, acz przenikliwą i mrożącą krew w żyłach melancholią.
Debiut zespołu Parno jest tworem zadziwiająco wyjątkowym. Pułapką w sięganiu po brzmienia minionych lat jest zaślepiająca oczy niemalże religijna nostalgia. Zespół Parno nie stara się być ani nową Republiką, ani nowym Pearl Jam, ani nawet nowym Electric Wizard. Na swoim debiutanckim albumie długogrającym "Parno" sięga po hojną solidną garść muzycznych inspiracji i przefiltrowuje je przez swoje własne całkowicie autorskie i zaskakująco świeże brzmienie. To nie jest łopatologiczne uwielbienie klasyki. Ten projekt jest idealnym przykładem wyciągnięcia odważnego ducha nieskrępowanej przez oczekiwania wytwórni i zasięgi twórczej energii w swojej najczystszej postaci. Parno traktuje z szacunkiem legendy i ikony branży muzycznej, ale jednocześnie wchodzi z nimi w bezpośrednią polemikę, tworząc coś zupełnie nowego. Niezaprzeczalnie dramatyczna, charyzmatyczna ekspresja Marcina Jaskulskiego spotykająca gęste, zdominowane przez pierwotne, przyziemne rządy awangardowe teksty braci Giedrys jest czymś, co wyróżnia ten zespół, w zasadzie nie posiadając w tym klimacie jakiejkolwiek konkurencji. Instrumentalnie bracia Giedrys także nie odstają od swoich kolegów, czyli gitarzysty Krystiana Rubacha i Jacka Leśniewskiego, niewątpliwego wyjadacza perkusji . Parno to nie jest grupa, która chce być w ramówce czołowych radiowych rozgłośni. To zespół, który jest manifestem dla tego, że w dobie kondensowania muzyki do formatu rolki lub MP3-ki, można zrobić coś całkowicie ignorującego panujące trendy i bez najmniejszych oporów wytyczającego własną ścieżkę. Jasne, być może sukces komercyjny debiutu nie był jakiś monumentalny, jednakże w tym cyklu nie patrzymy wyłącznie przez pryzmat list przebojów czy diamentowych płyt, a przez kulturowy wpływ na krajobraz Metropolii Toruńskiej. A ten w przypadku tego zespołu jest niezaprzeczalny. Zapytajcie ludzi bywających w alternatywnych lokalach, kręgach poetyckich lub po prostu takich, którzy dobrze znają Toruń, o renegatów z zespołu Parno i ich debiut. Gwarantuję Wam, że w oczach tych rozmówców zapali się najszczersza iskierka ekscytacji. I to wszystko właśnie czyni "Parno" Kultowym Albumem Metropolii Toruńskiej.