To właśnie od tej wybitnie pamiętnej płyty nagranej w studiu bydgoskiego Mózgu opowiadana jest najczęściej historia tego zespołu. My cofniemy się jednak w dzisiejszym tekście do ścisłych początków grupy i ich debiutanckiej EP-ki, która być może jest tematem dla tych bardziej wtajemniczonych, jednakże niezaprzeczalnie jest czymś wciąż zaskakująco wręcz żywym w rozmowach z owymi wtajemniczonymi.
Co za tym idzie, to temat w sam raz na nasz powracający cykl wspominkowy. Pewną nowinką w przyjętej tu formule będzie wykorzystanie fragmentów przeprowadzonego przez nas kilka dni temu wywiadu z Rafałem Skoniecznym — tekściarzem, gitarzystą i wokalistą Hotelu Kosmos. Pozwoli to rozbudować tradycyjną narrację Kultowych Albumów o interesujące informacje zza kulis. Nie przedłużając, przenieśmy się do roku 2004 i zatopmy się w gęstej atmosferze zimnej fali i post-punku.
Reporterzy relacjonujący początki Hotelu Kosmos nie stronili od częstych porównań do klasyków post-punku, w szczególności do Joy Division przez pewien minimalizm w riffach i industrialny klimat oraz do The Fall głównie przez depresyjny wydźwięk tekstowy. Moje młodsze oko widzi tu także pewne styczne z pierwszymi płytami Fontaines D.C, nie mogłem więc odmówić sobie zapytania duszy Hotelu Kosmos, jak odnosi się do tych porównań, a także czy mieli jeszcze jakieś inne inspiracje brzmieniowe. Ten zaś rozbroił mnie swoją bezpretensjonalną szczerością…
Rafał Skonieczny: Nie było inspiracji, jeśli chodzi o brzmienie. Było ono wynikiem możliwości studia, naszego ograniczonego instrumentarium i zerowego pojęcia o tym, jak się nagrywa płytę. Nie mieliśmy nawet własnych wzmacniaczy, o ile pamiętam. Korzystaliśmy z tego, co było na miejscu.
Paradoksalnie, z perspektywy czasu ten zupełnie bezpardonowy minimalizm zarówno w kwestii pisania melodii, jak i samego brzmienia gitar jest tym, co ten projekt wyróżnia na muzycznej mapie Polski z początków XXI wieku. Musimy pamiętać, że to był czas taniego showmaństwa, muzyki nadmiernie przesyconej efektami gitarowymi spłaszczonymi do standardów muzyki cyfrowej, w którym popularnością cieszyły się chociażby takie grupy jak Wilki czy Happysad. Przez to, że te grupy tak bardzo chciały pokazać, jak bardzo do tej Polski nie pasują, zamieniały się w jakąś nieudolną karykaturę zachodnich trendów sprzed dekady.
Na tle tego wszystkiego debiutancka EP-ka Hotelu Kosmos brzmi jak antyteza fanaberii i w sumie ogółu ówczesnej muzyki rockowej. Przez to, że poprzez ograniczenia techniczne nie ma tu miejsca na przesadne kombinowanie i nadmierne kalkulacje, paradoksalnie ten projekt broni się autentyzmem, którego nie osiągnął w 2005 prawdopodobnie nikt z bardziej doświadczonych graczy od debiutującego wówczas Hotelu Kosmos. Nawet jeżeli po 20 latach twórca tego materiału jest dla niego bardziej krytyczny:
Rafał Skonieczny: Tak, minimalizm tej płyty jest dla mnie rozczarowujący. Powiem uczciwie: nie tak to sobie wyobrażałem. Nie przeszkodziło mi to jednak w byciu szczęśliwym, że udało nam się nagrać nasze piosenki, i to w dodatku z Jacaszkiem za konsoletą. Michał dał głęboki pogłos na werbel w przedostatnim numerze, nadając mu nieco dubowy charakter. Nie udało nam się go odtworzyć w Mózgu. Ale za to Grzegorz Kaźmierczak, z którym – nota bene – serdecznie się zakumplowaliśmy, pchnął ten numer w jeszcze inne nieoczekiwane rejestry.
Ów dubowy kawałek to "Oczy nie do patrzenia", który przy pierwszym odsłuchu EP-ki zaskakuje właśnie tą zmianą stylistyczną. Dubowe jest w tym kawałku praktycznie wszystko, począwszy od bicia gitarowego, poprzez równie jamajskie w swoim wydźwięku proste, acz zapadające w pamięć klawisze, echo wokalne, kończąc na Jacaszkowym pogłosie. To, co wykracza nieco poza standard gatunkowy, to mocne, bardzo wyraziste i, rzekłbym, zadziorne partie gitary oddzielające od siebie zwrotki. Tutaj czuć trochę rocka psychodelicznego.
Jest to też najluźniejszy tematycznie i lirycznie fragment EP-ki, będący przyjemną odmianą od ciężaru otaczających go numerów i potrzebnym oddechem przed finałowym utworem. Oczywiście "Oczy nie do patrzenia" to nie jest dubowy utwór per se, czego dowodzi ostre punkowe, niemalże noisowe outro, jednakże jest to niemożliwy do zbagatelizowania dowód kreatywności jego autorów oraz ucieczki Hotelu Kosmos od sztywnych ram gatunkowych, jaka była obecna właściwie od samych początków zespołu.
Rafał Skonieczny: Na pewno chcieliśmy być zespołem, jakiego wtedy na polskiej scenie nie było. I miałem złudzenie, że nam się to udaje. Rozglądając się po okolicy, nie widziałem takiego grania.
I jest to w pełni prawdziwe stwierdzenie. W tamtym czasie Hotel Kosmos był jak żaden inny toruński czy polski zespół. Rok 2005 to zdecydowanie odległa epoka od obecnego renesansu post-punku. Jasne, w Stanach do pewnego stopnia brudne, przesterowane gitary zaliczały wtedy pewien powrót dzięki grupom takim jak The Strokes, The White Stripes. Z kolei na wyspach punk wracał, inflirtując indie rock dzięki takim zespołom jak Arctic Monkeys czy Franz Ferdinand. Rafał Skonieczny, jak twierdzi, był przez długi czas nieświadomy fali, którą w bardzo szeroki sposób określa się jako garage rock revival, a w momencie, gdy ją odkrył, zupełnie do niego nie przemówiła. Jest jednak w tym wszystkim jeden wyjątek: amerykański zespół, który z post-punkiem miał wspólnego znacznie więcej niż wymienieni wcześniej twórcy.
Rafał Skonieczny: Jakoś w 2002 czy 2003 usłyszałem w radiu "PDA" zespołu Interpol i zrozumiałem, że ten mój zamysł na przeniesienie post-punka do teraźniejszości nie jest wielce oryginalny. Wszyscy, jak się okazało, na niego w Ameryce już wpadli. Po pierwszej płycie Interpolu nagle świat przypomniał sobie, że kocha Joy Division. Zabawne. Ale muszę przyznać, że mieli oni wtedy brzmienie, którego – gdybym miał taką zdolność – mógłbym pozazdrościć.
Rzeczywiście, wtedy, jak pisaliście ten projekt, to jakby trochę tego nie było i nagle, jak już to wjechało na nowo, to ta fascynacja tym brzmieniem w sumie utrzymuje się do dzisiaj.
"EP – Radio Sfera" to nie tyle debiut Hotelu Kosmos, ile dokument chwili, w której toruńska grupa przestała próbować grać post-punk, a zaczęła budować własny język z literatury, miejskiej alienacji, transu i eksperymentu. To, co odróżnia też instrumentalny język tej awangardowej kapeli od reszty krajowego cold wave’u, to bardzo dynamiczna sekcja klawiszowa otwierająca i stanowiąca muzyczny kręgosłup chociażby drugiego utworu na EP-ce, zatytułowanego "Rower".
Również w tym aspekcie, pomimo agresywnego zacięcia, czuć pewien minimalizm wynikający z ograniczeń sprzętowych. Błażej Lipiński, będący klawiszowcem Hotelu Kosmos, grał jeszcze w tamtym czasie na keyboardzie. Dopiero w czasach "Wszystkich starych kobiet miasta" zainwestował w poważny syntezator, by podobnie jak reszta grupy zaznaczyć wejście w nowy etap i swoistą profesjonalizację.
W tekściarstwie Rafała Skoniecznego nie da się zignorować jego związków ze studiowaną polonistyką na UMK. Moim okiem, począwszy od "Niekochania" na "Ona nie jest stąd", kończąc, nie da się ukryć, że warstwa liryczna przepełniona jest egzystencjalizmem, autodestrukcją i beatnicką poezją. I tak jak Rafał Skonieczny trochę w naszej rozmowie z tym polemizował, tak zgodziliśmy się, że debiutancka EP-ka Hotelu Kosmos ma w sobie pewną swobodnie płynącą pierwotną energię.
Rafał Skonieczny: Pamiętam pewną intensywność przeżywania. Otoczenie było naelektryzowane. Nie trzeba było się starać, aby serce i umysł eksplodowały. Nie trzeba było szukać jakichkolwiek inspiracji, ponieważ wszystko było pod ręką, buzowało. Wystarczyło brać i coś z tym robić, więc ja coś z tym robiłem. Nie zastanawiałem się nad sensem. Interesujące było, jak słowa układają się w coś, co da się zaśpiewać. Nie wiem, jak inni to robią, ale ja przede wszystkim miałem w głowie linie basu i perkusji, bo tyle wystarczy, żeby mieć piosenkę, a później uwijałem wokół tego słowa.
Czyli to było w sumie takie bitnickie, spontaniczne w swojej naturze w dużej mierze.
Rafał Skonieczny: Tak, poniekąd tak. Jak najbardziej bym powiedział, że spontaniczne. To jest właściwe określenie.
Największym przebojem tej EP-ki, jeśli da się tu mówić o takowym, jest utwór "Koalicje Krzywych Wież". Ostre jak brzytwa tekściarstwo Skoniecznego dokonuje tutaj awangardowej dekonstrukcji utartego porządku, która z jednej strony zawiewa trochę tym beatnickim klimatem, ale w naszym krajowym kontekście jest to także znamienne dla generacji wychowywanej w czasach transformacji ustrojowej. Nie mamy tutaj pocztówkowego Torunia, a zamiast tego krzywe wieże, które można czytać jako relacje jednostki ze społeczeństwem, własną psychikę, rozgoryczenie religijnym dogmatem (dość jednoznaczne w kilku wersach) lub dialog z pamięcią przodków.
Wokal Skoniecznego daje wręcz przeszywający efekt, wybijając się w miksie, a oplata go gęsta, niemalże ikoniczna linia basu Tomka Wegnera. Perkusja Mikołaja Kubika jest solidna technicznie, aczkolwiek istnieje delikatnie w tle. To natomiast pozwala autentycznie lśnić dialogowi muzycznemu tworzonemu przez ciągłe popisy w przejściach między gitarą prowadzącą a basem. Wracając jeszcze na chwilę do tematu dekonstrukcji utartych porządków i muzyki rockowej. Warto wspomnieć w tym miejscu dwie płyty, które robiły właśnie te rzeczy.
Rafał Skonieczny: Jeśli weźmiesz jedną z najważniejszych płyt w muzyce rockowej, czyli "The Velvet Underground & Nico" i posłuchasz, to zrozumiesz, że ci piękni, szalenie utalentowani ludzie nie potrafią grać, w sensie: nie mają umiejętności. Ale najbardziej na świecie pragną grać rock'n'rolla, więc grają tak, jak Bozia dała. W ten sposób zrobili coś kompletnie unikalnego.
To jest w ogóle dobry przykład, bo ta płyta utopiła komercyjnie, kiedy wyszła, i dopiero po latach została uznana za gigantyczny klasyk.
Rafał Skonieczny: No bo to jest dyletanckie, nonszalanckie, pierwotne, wspaniałe, wspaniałe granie. Dalej, weźmy Joy Division. Ci ludzie, a mówię to od serca jako szalikowiec New Order, których widziałem na żywo, do dzisiaj nie potrafią grać. Bernard technicznie jest kiepskim muzykiem, średnim wokalistą, natomiast ma banię wypełnioną rozwiązaniami, które nie mieszczą się w głowach akademików. Joy Division chciało grać jak, nie wiem, Iggy Pop, czy David Bowie, ale ich próby naśladownictwa wyważyły nieoczekiwanie kompletnie inne drzwi.
Tak, i grali szybko akordy barowe przez całą płytę.
Rafał Skonieczny: No właśnie, dokładnie, i trafili szczęśliwie na Martina, który im to rewolucyjnie wyprodukował, i tak powstała rozdzierająca serce płyta "Unknown Pleasures". Swoją drogą, jest na niej być może najważniejsza dla mnie piosenka, tzn. "Insight", którą graliśmy z Hotelem na warszawskim festiwalu poświęconemu Joyom, gdzie poznaliśmy się z naszym przyszłym wydawcą. Powiedzmy więc, że wyobrażałem sobie Hotel Kosmos tak, że jesteśmy beznadziejni, nie potrafimy grać, ale jesteśmy wystarczająco zdeterminowani, żeby być zespołem. Nie widziałem innego wyjścia..
Słuchając tego, można niemalże odnieść wrażenie, że rozmawiamy z Dave’em Grohlem z Nirvany, wspominającym początki tego zespołu, który słowa "bądź beznadziejny, ale do skutku" traktował niemalże jak mantrę przez całą swoją karierę.
Podsumowując, EP-ka Hotelu Kosmos była w 2005 roku czymś wywrotowym; z druzgocącą siłą dokonała dekonstrukcji wszystkich standardów muzyki rockowej, nie tylko tej toruńskiej, ale także krajowej. W tej materii jest rzeczywiście podobna do wspomnianych "The Velvet Underground & Nico" oraz "Unknown Pleasures" Joy Division. Jest tworem ponadgatunkowym, bo nie da się jej łatwo wepchnąć do szufladki post-punk i cold wave’u.
Pomimo tego, że Skonieczny zaprzeczył, że ta EP-ka była próbą poszukiwania własnego języka, wydaje mi się, że ostatecznie tym właśnie jest: uchwyceniem momentu, w którym zespół wypracowuje własny styl, który dojrzeje na kolejnych projektach i ostatecznie stanie się bardzo rozpoznawalny. To niezaprzeczalnie projekt jedyny w swoim rodzaju. Jasne, wiele wydarzyło się tutaj całkowitym zbiegiem okoliczności, bez kalkulacji, ale podobnie było w przypadku wspomnianych w tym tekście ikon muzyki rockowej. Brzmienie wypracowane przez Hotel Kosmos na ich debiucie jest tak aktualne, że równie dobrze ta EP-ka mogłaby wyjść w 2026 roku. I właśnie to wszystko czyni ten projekt Kultowym Albumem Metropolii Toruńskiej.