Gdy klasyka horroru spotyka jazz: "Nosferatu - Symfonia grozy" z muzyką Mazzoll & Arhythmic Perfection
SOS Music jest dość unikalnym typem organizatora koncertów. Przez wiele lat ich flagowym projektem był festiwal muzyki chrześcijańskiej Song Of Songs. Pierwsze edycje festiwalu obrosły już w Toruniu w status kultowych wydarzeń, jednakże z czasem publika zaczęła narzekać na pewną przewidywalność w kwestii artystów pojawiających się na imprezie. W pewien sposób Song Of Songs koncepcyjnie zapędziło się w ślepy zaułek. Jednakże w SOS Music kilka lat temu wpadli na autentycznie kreatywny i brawurowy pomysł, by zorganizować na terenie Metropolii Toruńskiej festiwal luźno inspirowany kosmosem.
Tam, gdzie Song Of Songs rozczarowuje wtórnością, tam też Festiwal Kosmos Sztuki z edycji na edycje podnosi poprzeczkę w kwestii świeżości prezentowanej muzyki. W kredo tej imprezy wpisana jest interdyscyplinarność sztuki i o tym właśnie będzie nasza dzisiejsza opowieść. Dziś bierzemy na warsztat wieczór, w którym CKK Jordanki przejęły wampiry, a klasyka niemego kina spotkała się z jednym z najbardziej wyrazistych twórców jazzowej awangardy.
Kosmos i wampiry
"Nosferatu", uznawany dzisiaj za kanon i podwaliny kina grozy, jest w gruncie rzeczy nieautoryzowaną adaptacją "Draculi" Brama Stokera. Nie będziemy się tutaj skupiać na fascynującej, acz zawiłej historii powstawania filmu, bo wielu powiedziało już w tym temacie wystarczająco dużo. W skrócie, to produkcja wybitnie wpływowa i bardzo odważna w momencie jej premiery w 1922. Dla kontekstu warto dodać, że w momencie wydania "Nosferatu" Europa była świeżo po traumie I wojny światowej oraz pandemii grypy hiszpanki.
Z tych emocji społecznych wyłonił się film, który de facto zrodził zupełnie nowy gatunek kina. Jasne, być może dzisiaj pojawienie się na ekranie Hrabiego Orloka nie wywołuje już w widzach popłochu, a zaledwie nieśmiały śmiech, ale tu właśnie wkraczają bohaterowie dzisiejszej historii, czyli Jerzy Mazzoll wraz ze swoją grupą Arhythmic Perfection.
Na uznanie zasługuje to, jak bardzo Festiwal Kosmos Sztuki spiął tematycznie drugi dzień imprezy z motywem wampirów. Wkraczając do CKK Jordanki widzowie mogli się raczyć "krwawymi drinkami" (z których kurtuazyjnie spasowałem, bo na koniec dnia to byłem w pracy), a kilka godzin wcześniej w ramach "Krwawego Zlotu Toruńskich Wampirów" można było uczestniczyć w akcji społecznej oddawania krwi w mobilnym punkcie rozstawionym przed obiektem.
Sala kameralna wypełniła się w błyskawicznym tempie niemalże po brzegi, z nielicznymi wolnymi miejscami. Wśród widzów można było zauważyć dużą mieszankę wieku, od młodych dziewczyn wyglądających na studentki ASP po osoby wyglądające na ich profesorów oraz wielu ubranych zupełnie bezkompromisowo kontrkulturowych renegatów zdecydowanie pamiętających, jakiego szumu dokonał Mazzoll w latach dziewięćdziesiątych.
Yass i chaos
No i właśnie, skoro o najsłynniejszym jazzmanie Metropolii Toruńskiej mowa. Żeby dobrze opisać ten koncert, trzeba przypomnieć: Mazzoll wyrósł z ruchu yassowego lat 90., czyli polskiej kontrkulturowej odpowiedzi na skostniały jazz instytucjonalny. Na swój sposób sam Nosferatu jest w dużej mierze improwizatorem zakłócającym swoją obecnością rytm miasta. Moim głównym zmartwieniem dotyczącym tego wydarzenia było to, na jak wiele kontrolowanego chaosu pozwoli sobie Mazzoll, czy jego wyrazisty styl nie przyćmi ponadstuletniej produkcji filmowej.
Tak się jednak nie stało. Kiedy muzycy wkroczyli na scenę, oczywiście bez nut, wierni autorskiej konwencji "arhythmic perfection", która bardziej skupia się na nieskrępowanym wyrazie twórczym i atmosferze niż na sztywnych ramach konstrukcyjnych, już od pierwszych chwil wszystko stało się jasne. To będzie mistrzowskie dopełnienie klasyka, subtelne, zaskakująco wręcz, jak na Mazzolla, harmonijne wykonanie ścieżki dźwiękowej. Lwia część muzyki opierała się na emocjonalnym dialogu pomiędzy instrumentami klawiszowymi, kontrabasem oraz, jakże inaczej, klarnetami Mazzolla w różnych rejestrach.
Jak w Los Angeles
Mazzoll żonglował swoimi instrumentami oraz prowadził swój zespół niczym wprawny okultysta odprawiający swój rytuał z mistrzowskim wyczuciem czasu. Sekcja perkusyjna była wybitnie zróżnicowana, począwszy od wyczekanych gongów, poprzez szamańskie bongosy i wiele innych.
To właśnie wybór instrumentarium oraz niewątpliwe rzemiosło muzyków odegrały tutaj decydującą rolę. Wszystko to sprawiło, że nie mieliśmy tutaj do czynienia zaledwie z koncertem, a z symboliczną muzyczną nekromancją. "Nosferatu" nigdy nie był zaledwie filmem o wampirze; był filmem o zakażeniu. A muzyka Mazzolla działała jak kolejny etap infekcji — sto lat później. Wirtuozerska improwizacja była jak rozmowa z filmem, który nie chce umrzeć.
Momentami ten teatr grozy był tak immersywny, że miałem wrażenie wkroczenia do sali kinowej w Los Angeles z XX wieku, a nie do toruńskich Jordanek w roku pańskim 2026. Innym skojarzeniem było niemalże dysocjacyjne wrażenie obcowania z poetyką snu rodem z "Mulholland Drive" Davida Lyncha. Muzyka zaserwowana przez Mazzolla, była tak wciągająca w połączeniu z tym wyrazistym obrazem filmowym, że półtoragodzinna projekcja zleciała w czasie odczuwalnym jako kwadrans.
To było zderzenie dwóch kontrastów kina niemego, w którym muzyka zazwyczaj porządkuje obraz, oraz swobodnej jazzowej improwizacji w najczystszej postaci. Mazzoll wraz z jego popisową konwencją "arythmic perfection" wytrącił odbiorców z ich oczekiwań, jednocześnie znacząco zwiększając niepokój wiekowej już produkcji. To nie była laurka wykonana od linijki, a szalenie wciągająca reinterpretacja klasyka.
Płyty nie z horroru
Po półtorej godziny tego przenikliwego seansu spritystycznego Jerzy Mazzoll oraz jego grupa pożegnali się z publiką słowami "Mamy płyty, będziemy podpisywać, co prawda nie z horroru, ale mamy". Zgromadzeni widzowie odpowiedzieli mu naprawdę gromkimi owacjami na stojąco. Ja w tym momencie uświadomiłem sobie jeszcze jedną rzecz: tego typu wydarzenia są żywym dowodem na to, że w dobie streamingów projekcje kinowe wciąż mają rację bytu. Rzekłbym nawet, że wersja "Nosferatu" z Mazzollem była bardziej angażująca niż ciepło przyjęty remake filmu autorstwa Roberta Eggersa z 2024 roku, właśnie przez pierwiastek muzyki na żywo, która jest nieosiągalna w warunkach domowych.
SOS Music, Jerzy Mazzoll i "Nosferatu" dobitnie i wymownie przypomnieli, że kultura na terenie Metropolii Toruńskiej wciąż potrafi zaskoczyć szukaniem nowych kreatywnych środków wyrazu oraz swoim pazurem. W sumie to w tym wypadku bardziej głodnymi krwi wampirzymi kłami przy akompaniamencie upiornego jazzu. W gruncie rzeczy ekspresjonistyczny horror oraz free jazz są jednym i tym samym, próbą uchwycenia psychologii końca świata, zanim owy świat się zorientuje, że nadszedł już jego czas.