Żeby jednak była jasność – nie uważam, że tegoroczne Dni Torunia były nieudane. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że od poprzednich wyborów samorządowych idą w naprawdę dobrą stronę. Tegoroczne Wianki pokazały mi, że nad Wisłą można stworzyć wydarzenie z tradycją, niespotykaną, klimatem, zaangażowaniem lewobrzeża i świetną frekwencją. Piknik Wiślany był dla mnie dowodem na to, że mieszkańcy chcą korzystać z miejskich przestrzeni, jeśli tylko dostaną ku temu okazję. Śniadanie na trawie zdecydowanie stało się już tradycją, bez której trudno wyobrazić sobie miejskie święto, a widowisko "Jesus Christ Superstar" na Zamku Dybowskim było jedną z tych propozycji, na które czekałam i które pokazały, że organizatorzy nie boją się sięgać po coś mniej oczywistego.
Cieszy mnie również obecność zespołów takich jak LOR czy Lordofon. To dobry sygnał, że w programie zaczyna pojawiać się miejsce także dla młodszych odbiorców. Problem polega jednak na tym, że wciąż mam wrażenie, że są to raczej pojedyncze akcenty niż kierunek, w którym rzeczywiście zmierzamy.
Nie brakuje głosów, że koncert z piosenkami Marka Grechuty, Zbigniewa Wodeckiego czy Andrzeja Zauchy to piękna tradycja. I trudno się z tym spierać. To muzyka ważna, ponadczasowa i dla wielu mieszkańców niezwykle sentymentalna. Tyle tylko, że podobne koncerty oglądaliśmy już w Toruniu nie raz. Są skierowane do określonej grupy odbiorców, tych starszych, dla których muzyka ta była dużo bliższa, i nie ma w tym nic złego. Pytanie brzmi raczej, czy obok nich równie konsekwentnie budujemy program dla tych, którzy wspomnienia z Dni Torunia dopiero chcą tworzyć.
Za każdym razem, gdy pojawia się ten temat, ktoś odpowiada: "Przecież młodzi mają Juwenalia". To prawda. Tylko że Juwenalia są świętem studentów, organizowanym przez środowisko akademickie. Dni Torunia są świętem miasta. A to według mnie jednak różnica.
Toruń od lat mówi o zatrzymywaniu młodych ludzi, o budowaniu miasta przyjaznego studentom i absolwentom, o zachęcaniu ich do pozostania tutaj po zakończeniu studiów. Tylko czy można oczekiwać od nich poczucia więzi z miastem, jeśli podczas jego największego święta nie znajdują wielu wydarzeń, które byłyby skierowane właśnie do nich?
Oczywiście nie mam złudzeń. Nie da się ułożyć programu, który zadowoli każdego mieszkańca. Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że jest za głośno, za cicho, zbyt nowocześnie albo zbyt tradycyjnie. I bardzo dobrze, bo właśnie na tym polega różnorodność miasta.
Mam jednak wrażenie, że jest jeszcze przestrzeń na odrobinę większą odwagę. Nie po to, by rezygnować z koncertów wspomnieniowych czy rodzinnych pikników. One są potrzebne i mają swoją wierną publiczność. Chodzi raczej o to, by obok nich pojawiło się jeszcze więcej wydarzeń, które sprawią, że dwudziesto- i trzydziestolatkowie również powiedzą: "Na to czekałem".
Może będzie to koncert artysty, którego od miesięcy słuchają w słuchawkach, który odwiedza nawet i mniejsze miejscowości? Może wieczór z muzyką, przy której dorastali millenialsi? A może kino plenerowe z filmami Disneya, na których wychowało się całe pokolenie? Wspólny seans "High School Musical"? Silent disco z One Direction, Avril Lavigne, Pitbullem czy Rihanną?
Ktoś powie: "Nikt na to nie przyjdzie". Naprawdę? Wystarczy zajrzeć do mediów społecznościowych. Imprezy poświęcone muzyce lat 2000, disneyowskim hitom czy popkulturze sprzed kilkunastu lat wyprzedają się w całej Polsce. Ba, nawet swego czasu w Toruniu... Ludzie przebierają się za bohaterów swoich ulubionych filmów, śpiewają każdą piosenkę z pamięci i bawią się do ostatniego utworu. Może problem nie polega na tym, że młodzi nie chcą uczestniczyć w miejskich wydarzeniach? Może po prostu nikt ich jeszcze nie zaprosił na takie, które naprawdę są o nich?
Tegoroczne Dni Torunia pokazały, że można łączyć tradycję z nowymi pomysłami. Szkoda byłoby zatrzymać się w połowie drogi. Bo jeśli chcemy, aby młodzi ludzie zostawali w Toruniu, pracowali tutaj i budowali z tym miastem swoją przyszłość, warto sprawić, by już dziś czuli, że największe miejskie święto jest także ich świętem. I właśnie tego życzyłabym sobie za rok. Nie rewolucji. Po prostu jeszcze jednego kroku naprzód (i może seansu "Jak stracić chłopaka w 10 dni" pod gołym niebem).