Ambasadorzy metropoliiZnalazła miłość i założyła winnicę w regionie. Jej historia ma swój toruński akcent

Znalazła miłość i założyła winnicę w regionie. Jej historia ma swój toruński akcent

Nina Rapo-Wierzchoń przyjechała do Torunia na wymianę studencką. Miała tu spędzić zaledwie kilka miesięcy, a została na długie lata. Pod czujnym okiem Mikołaja Kopernika realizowała szereg projektów dla studentów zagranicznych i angażowała się w życie tego miasta, aż dosięgła ją strzała amora. Z mężem Patrykiem prowadzą winnicę w okolicach Nakła nad Notecią – pierwszą w regionie produkująca wina naturalne.

Nina Rapo-Wierzchoń
Nina Rapo-Wierzchoń
Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Olek Urbanski

Twoja toruńska historia jest bardzo ciekawa! Wszystko czym w tej chwili się zajmujesz zaczęło się właśnie w grodzie Kopernika. Kiedy i w jakich okolicznościach przyjechałaś do Torunia?

- Zawsze, kiedy ludzie pytają, ile lat jestem w Polsce, to zawsze odpowiadam: "za długo" (śmiech). Ale to tylko żart. W Polsce jestem prawie 12 lat. Przyjechałam do Torunia w 2014 roku na wymianę. Zamarzyłam o tym, aby przed zakończeniem studiów pojechać za granicę i zobaczyć coś innego, spróbować studiować w innym języku. Chciałam zmienić otoczenie. Wiedziałam, że po studiach zacznie się okres szukania pracy i nie byłam gotowa by dorosnąć. Żartuje zawsze, że wszystkie najważniejsze rzeczy w moim życiu są wynikiem błędów. Tak było też w przypadku mojego przyjazdu do Torunia (śmiech). Będąc studentką miałam wyjechać na Erasmusa do Finlandii, ale niestety ten wyjazd nie doszedł do skutku. Moja macierzysta uczelnia zaproponowała mi wyjazd do Polski, miałam spędzić semestr w Warszawie na jakiejś uczelni pedagogicznej. Zgodziłam się i zaczęłam przygotowywać się do podróży, bo wtedy nic nie wiedziałam o Polsce. Nie był to popularny kierunek dla studentów Uniwersytetu w Rijece. Właściwie Chorwaci nieczęsto odwiedzają ten kraj, częściej spotyka się Polaków zwiedzających Chorwację. Kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać po przyjeździe do Polski. Ale... ta historia jest jeszcze ciekawsza (śmiech). Na kilka tygodni przed moim wyjazdem, okazało się, że uczelnia, na której mam spędzić semestr, nie istnieje. Tak naprawdę tylko dzięki znajomościom profesorów i życzliwość toruńskiego uniwersytetu mogłam przyjechać właśnie na UMK. Taka szansa pojawiła się dosłownie w ostatnim momencie. Dokupiłam bilet z Warszawy do Torunia, ale jadąc na miejsce kompletnie nic nie wiedziałam o tym mieście. Byłam jednak bardzo otwarta i gotowa na tę przygodę. Po kilku miesiącach moi nowo poznani przyjaciele stwierdzili, że ja już z Polski nigdy nie wyjadę. Ich proroctwo się spełnia (śmiech). Nie żałuję tej decyzji.

W Toruniu jako studentka, a później absolwentka miałaś dużo możliwości poznawania tego miasta z różnych stron. Byłaś związana zawodowo z administracją uczelni, następnie realizowałaś się w wielu różnych projektach społecznych czy kulturalnych. Czy ta różnorodność twoich doświadczeń wpłynęła na to co robisz obecnie?

- W tym momencie jestem w Chorwacji. Kilka dni temu spotkałam się z przyjaciółką z dawnych czasów. Podczas rozmowy wspomniałam o tym, że jestem takim typem osoby, że gdziekolwiek jestem to angażuję się w bardzo dużo inicjatyw i projektów. Od zawsze angażowałam się na całego. Kiedy trafiam do jakiejś grupy mam dużo energii, pasji i życzliwości. W momencie podjęcia decyzji o pozostaniu w Toruniu na dłużej, poczułam taki impuls do działania. Dałam sobie przyzwolenie na bycie częścią tego miejsca. Myślę, że mam na tyle komfortową sytuację, że jako Chorwatka odbierano mnie jako jakąś egzotyczną postać. Przez to ludzie byli otwarci i ciekawi moich pomysłów. A zawsze angażowałam się w to na 100%. Mogłam przekazać współpracownikom swoje doświadczenia i taki... chorwacki punkt widzenia. To, że udało mi się zaangażować w tyle inicjatyw na pewno ma wpływ na to, co robię obecnie. 

Z jakich swoich toruńskich inicjatyw jesteś szczególnie dumna?

- Zrobiłam bardzo dużo dla studentów zagranicznych. Musiałam zaakceptować, że teraz, kiedy nie jestem już pracowniczką Uniwersytetu, moje projekty żyją beze mnie. Oczywiście to mnie bardzo cieszy. Czuję dumę, że zapoczątkowałam rozwiązania, które albo ciągle są realizowane, albo kontynuowane lub na bazie moich doświadczeń tworzy się nowe. To głównie dzięki zaangażowaniu mojemu i koleżanki z biura – mojej Małgorzaty (śmiech). To jest coś, o czym zawsze będę pamiętać wspominając okres toruński. Mimo, że wiele osób mnie nie pamięta, bo pojawili się nowi pracownicy odpowiedzialni za współpracę międzynarodową to cieszę się, że to, co zapoczątkowałam ciągle żyje i rozwija się.

Ciągle masz "serce z piernika"? Nadal myślisz ciepło o Toruniu?

- Zawsze myślę o Toruniu. Bardzo chętnie do niego wracam. Mam w tym mieście mnóstwo znajomych i przyjaciół, których odwiedzam tak często, jak mogę. Toruń w różnych porach roku jest magiczny. Tęsknię za tym klimatem, mimo że już tu nie mieszkam.

Porozmawiajmy właśnie o tej kolejnej życiowej rewolucji. Jak to się stało, że mimo iż tak bardzo wrosłaś w tkankę tego miasta, czułaś się tutaj jak u siebie w domu, wyjechałaś? Ta twoja życiowa rewolucja chyba ma imię i nazwisko?

- Tak... To przez miłość wyjechałam. Ale nie uwierzysz... Tak jak wszystko, co ważne i piękne w moim życiu, ta miłość jest wynikiem... pomyłki (śmiech). Po zakończeniu pracy w administracji UMK rozpoczęłam studia doktoranckie. Miałam już konkretne plany po ich ukończeniu, między innymi wyjazd z Polski, ale wybuchła pandemia COVID-19. Pamiętam, że przed wprowadzeniem restrykcji sanitarnych miałam kupiony bilet na wyjazd i pewnie już bym do Polski nie wróciła. Ale widocznie tak miało być, że nie wyjechałam. Podczas pandemii poznałam swojego obecnego męża. Często żartuję, że pandemia wyszło mi na dobre. Zachorowaliśmy na COVID razem, razem przeszliśmy kwarantannę i właściwie to nigdy z niej już nie wyszliśmy, bo bardzo szybko zamieszkaliśmy razem. Często z mężem wspominamy, że ta wspólna kwarantanna przyspieszyła naszą relację o dobrych kilka lat.

  • Winnica Pod Prąd
  • Winnica Pod Prąd
  • Winnica Pod Prąd
  • Winnica Pod Prąd
[1/4] Winnica Pod PrądŹródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Nina Rapo-Wierzchoń

Jak się poznaliście?

Jak każda szanująca się para... poznaliśmy się przez tindera. I uwaga, to jest kolejny przykład, że wszystkie najlepsze rzeczy, jakie mnie spotkały są wynikiem błędu. Ja zamierzałam odrzucić Patryka, ale pomyliłam strony i "dałam w prawo" (w aplikacji Tinder, aby nawiązać kontakt użytkownicy muszą zaznaczyć, że profil danej osoby ich zainteresował, czynią to przesuwając zdjęcie w prawo – red.). Także nie odrzuciłam jego profilu, zaczęło się od matchingu na tinderze.

Jesteście parą nie tylko w życiu, ale i w biznesie. Jak to udaje się pogodzić?

- To nie jest łatwe. Długo staraliśmy się zrozumieć, gdzie jest granica między "pracą" a "domem". Bardzo łatwo jest ją przekroczyć i pracować 24 godziny na dobę. W naszym przypadku to jest jeszcze bardziej skomplikowane, bo nasz biznes jest nieprzewidywalny, uzależniony od pogody i angażujący nas na 100%. Tak naprawdę to nie tylko biznes, a raczej styl życia. Długo pracowaliśmy nad rozwiązaniem, jak mimo problemów żyć razem i kochać się niezależnie od sytuacji zawodowej. Znaleźliśmy taki balans i dobrze nam idzie.

Wasz biznes to produkcja lokalnego wina. Jak narodził się pomysł na prowadzenie winnicy w centrum województwa kujawsko-pomorskiego?

- Przed tym, jak się poznaliśmy, jak jeszcze mieszkałam w Chorwacji to prowadziłam winnicę. Kiedy przeprowadziłam się do Polski to powiedziałam sobie "nigdy więcej winnicy". Ale nauczyłam się już, że nigdy nie mówi się nigdy. W tym samym czasie, kiedy ja odnajdywałam się w Polsce to Patryk (mąż – red.) wyjechał do Hiszpanii. W jego trwającej 52 godziny podróży przez pół winiarskiej Europy, ze względu na zmęczenie (śmiech) zakochał się w winorośli. A tak poważnie to zobaczył coś tak pięknego, że od razu zdecydował, że chciałby prowadzić swoją winnicę. Od roku 2014 mój mąż uczył się teoretycznej strony prowadzenia winnicy, a kiedy się poznaliśmy to szybko okazało się, że ja mam wiedzę praktyczną i doświadczenie. Kiedy zaczynaliśmy się spotykać on już szukał ziemi pod winnicę. Początki naszej miłości zbiegły się w czasie z pomysłem na wspólne prowadzenie tego miejsca. Przez większość życia związana byłam z gastronomią, także ten pomysł mi się spodobał. Kulturowo i osobowościowo gościnność jest bliska mojemu sercu. To spowodowało, że pomimo ostrzeżeń od znajomych, zaczęliśmy realizować ten pomysł i do dzisiaj pchamy razem ten wózek. Przeprowadziliśmy się do Suchar blisko Nakła nad Notecią. Prowadzimy tam winnicę i winiarnię, niebawem otwieramy agroturystykę i salę degustacyjną, gdzie będziemy zapraszać do spróbowania naszych wyrobów. Poza tym hodujemy kozy i psy pasterskie. Moje marzenie wiejskiego slow life powoli się spełnia.

Potrzebowałaś takiej zmiany, żeby życiowo było odrobinę wolniej?

- Marzyłam, żeby żyć wolniej, dostosować pracę do swojego trybu dnia, żeby to było trochę bardziej elastyczne. Założyliśmy slow life, ale jeszcze się to nam nie udaje (śmiech). Przebywamy więcej z naturą. Robimy wino, ale także wykonujemy wszystkie rolnicze obowiązki. Staram się odczarować tę romantyczną wizję winiarstwa. To jest ciężka praca, a przez taki wizerunek ludzie jej nie doceniają. Staram się przedstawiać winiarstwo, takim jakim jest naprawdę. Ale slow life to moje marzenie na niedaleką przyszłość.

  • Ninę i Patryka połączyła miłość... do dobrego wina
  • Ninę i Patryka połączyła miłość... do dobrego wina
  • Ninę i Patryka połączyła miłość... do dobrego wina
  • Nina Rapo-Wierzchoń
  • Ninę i Patryka połączyła miłość... do dobrego wina
  • Ninę i Patryka połączyła miłość... do dobrego wina
[1/6] Ninę i Patryka połączyła miłość... do dobrego winaŹródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Olek Urbanski

Czy produkowanie wina w naszym regionie jest czymś prostym?

- Winiarstwo na całym świecie w ogóle nie jest proste. Dobry winiarz to taki, który ze zbiorów z danego roku zrobi najlepsze wino, jakie może. To może mało konkretne, ale w naszej branży bardzo widzimy to, jak klimat się zmienia. Wino jest przez to trudne do produkcji. Nawet w krajach, gdzie jest mnóstwo winnic robienie win jest coraz trudniejsze. Wyzwań jest dużo, ale winiarstwo w Polsce się rozwija. Obecnie w kraju jest około 700 zarejestrowanych winnic. 5 lat, kiedy zaczynaliśmy, było ich 500. Liczę, że będzie ich więcej. W Polsce ludzie nie boją się wyzwań, dlatego nie patrzą na to, czy będzie ciężko, ale starają się temu sprostać. W województwie kujawsko-pomorskim mamy 18 winnic. Myślę jednak, że władze regionu mało nas promują. Co prawda zaczynamy myśleć o zrzeszeniu winiarzy i większym nacisku na marketing i budowanie wizerunku, ale w Polsce wyzwaniem w produkcji wina jest obecne prawo. Wciąż w świadomości społecznej nie rozumiana jest kultura picia. Oczywiście przeciwdziałanie alkoholizmowi jest ważne, ale pamiętajmy, że w krajach o tradycjach winiarskich skala uzależnienia od alkoholu jest znacznie mniejsza. Trzeba rozróżnić picie od "chlania". Kosztowanie, degustowanie, cieszenie się chwilą nie jest niczym złym, to staramy się przekazywać naszym odbiorcom. Ta świadomość bardzo się zmienia w tym kraju. Trudno jest jednak rozwijać biznes alkoholowy w miejscu, w którym nie rozróżniamy cieszenia się smakiem dobrego wina od uzależnienia i picia, aby utopić smutki. Zaznaczę też, że wszystkie przepisy o wychowaniu w trzeźwości pochodzą z czasów minionego ustroju, a świat i ludzkie potrzeby bardzo dynamicznie się zmieniły. Takie regulacje ograniczają możliwość produkowania dobrego alkoholu, zrobionego z lokalnych produktów.

Czyli wszystko skupia się na "kulturze chlania"?

- Tak, ale to też się dynamicznie zmienia. Oprócz tego, że produkuję wino to jestem sommelierką. 12 lat temu w restauracjach prawie nie było wina, a w pubach nie było go często wcale. W sklepach mogliśmy kupić wina tanie i średnie. Po rewolucji kraftowego piwa, przyszła pora na rewolucję win! Ludzie zaczęli poszukiwać różnych smaków, bo zrozumieli, że piwo czy wino nie musi smakować zawsze tak samo, niezależnie od producenta. Przecież w piwie też możesz poczuć aromaty cytrusów, czekolady, dymu. Takie same aromaty czuje się w winie. Ludzie zaczynają mieć świadomość i wybierać droższe produkty, unikatowe. To zaczęło zmieniać tę kulturę picia. Stopniowo pojawiały się lokalne wina i w sklepach i restauracjach. Rozbudziło to ciekawość. Pojawiła się przestrzeń na coraz lepsze piwa, coraz lepsze wina i inne napoje wysokoprocentowe.

Gdzie możemy zakupić produkowane przez was wino?

- Wystarczy napisać do mnie maila. Prowadzimy sprzedaż bezpośrednią w naszej winnicy – serdecznie zapraszam. Nasze wino serwowane jest już w bydgoskich restauracjach m.in. w Ferii. Tam można przekonać się jak nasze produkty smakuje ze specjałami szefowej kuchni. To naprawdę ciekawe doświadczenia. Pracujemy nad współpracą z restauracjami w Toruniu. Produkujemy niewiele, bo stawiamy na wina naturalne. Ograniczenie chemii na winnicy sprawia, że nasze zbiory są dużo mniejsze. Więcej informacji o naszej działalności można znaleźć na stronie internetowej. Jesteśmy wyjątkowi, bo produkujemy wyłącznie wina naturalne. Takich winnic w Polsce jest bardzo mało – maksymalnie 20. W województwie jesteśmy jedyni. 

Co znaczy, że winnica jest naturalna?

- Cały proces fermentacji wina odbywa się dzięki dzikim drożdżom, które naturalnie występują na skórkach winogron. Aby wyprodukować dobre wino winnica musi być zdrowa – bez oprysków, bez chemii, bez intensywnej ochony. Zdecydowaliśmy się na tworzenie zdrowszego produktu, chociaż to zabiera więcej czasu i pracy. Nasze wina są trochę inne niż te najpopularniejsze. Produkujemy wina bardziej mętne i takie "punkowe" - nasza winnica nazywa się Pod Prąd – i to też nasz manifest. Idziemy w drugą stronę, odwracamy się od chemii i sztuczności, która bardzo zdominowała tę branże. 

Wina z Winnicy Pod Prąd
Wina z Winnicy Pod Prąd© Metropolia Toruńska .pl | Olek Urbanski

W minionych latach mogliśmy spróbować waszego wina nie wyjeżdżając z Torunia, prowadziliście szereg degustacji i innych eventów. Czy w 2026 roku też będziemy mieli szansę posmakować waszych specjałów?

- Oprócz produkcji, pracy winiarki i rolniczki jestem też sommelierką, o czym wspomniałam. Kiedy zaczęła się moja historia winiarska chciałam skupić się na edukacji. Dzięki temu pokazuję wartość wina, ile pracy, wiedzy, umiejętności i miłości jest w każdej jego butelce – to moja życiowa misja. Mogę być głosem winiarzy i uświadamiać, że to nie tylko kwestia butelki, to historia, opowieść. Degustacje w Toruniu prowadzę od 2022 roku. Przez te trzy lata zorganizowaliśmy ich ponad 20. Planujemy oczywiście kontynuować organizację tych eventów. Projekt "Vinowacje", w ramach którego zapraszamy na te wydarzenia, nieco przygasł, bo taki model działania nieco się nasycił. Wiosną, kiedy będę już w Polsce, będę informować o kolejnych terminach.

  • Degustacja win naturalnych
  • Degustacja win naturalnych
[1/2] Degustacja win naturalnychŹródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Marta Kowalska

Czego mogę Ci życzyć na rok 2026?

- Ciepłej wiosny, długiego lata i suchej jesieni – to są najlepsze życzenia dla całej branży winiarskiej. 

Adrian Aleksandrowicz, redaktor naczelny portalu Metropolia Toruńska .pl

Wybrane dla Ciebie