Rusza Artus Festival: Jak wypadło Raz Dwa Trzy w jubileuszowym koncercie?
Tegoroczny line-up Artus Festivalu na papierze jest naprawdę treściwy. Impreza mierzy się z tym samym problemem, co debiutujący Metropolis Jazz Festival, czyli rozbiciem koncertów na dłuższy czas, co trochę mija się z powszechnym wyobrażeniem tego typu imprezy. Diabeł tkwi jednak w szczegółach, ponieważ Artus Festival w przeciwieństwie do Metropolis Jazz Festivalu nie rozdziela wydarzeń na skalę roku, lecz na okres od kwietnia do maja. W ramach tegorocznej edycji wydarzenia zobaczymy i usłyszymy m.in. zespół Trupa Trupa, Sztywny Pal Azji, a także równie cenioną zafascynowaną rozmaitymi folkowymi melodiami Dikandę. Jak w tej muzycznej układance wypadł koncert otwarcia Raz Dwa Trzy? Czy po 35 latach w branży zespół Adama Nowaka wciąż ma to coś? A może koncert na jednej z najbardziej teatralnych scen Metropolii Toruńskiej był smutnym pejzażem po dawno minionej epoce?
Koncert zaczął się kameralnym coverem "My Way" z repertuaru Franka Sinatry w tłumaczeniu Wojciecha Młynarskiego. To wykonanie było o tyle szczególne, że zaczęło się od obecności samego frontmana Raz Dwa Trzy na scenie, do którego stopniowo przyłączali się kolejni muzycy. Do pewnego stopnia można uznać, że wybór tego legendarnego numeru na sam początek nadaje pewien ton tej muzycznej opowieści. Koncert Raz Dwa Trzy w Dworze Artusa to historia o spełnieniu, wspominająca dawne momenty z nieukrywaną radością, jednak przy pełnej świadomości tego, że muzycy nie są już debiutującymi studentami WSP w Zielonej Górze i tego, że czas nie stoi w miejscu.
W trakcie koncertu usłyszeliśmy dokładnie to, czego się można było spodziewać po koncercie z okazji 35-lecia na scenie. Nie zabrakło najbardziej znanych przebojów z dyskografii zespołu, takich jak "Mam imię nazwisko i pracę", "Oczy tej małej", "Czarna Inez", "Talerzyk", "Jutro możemy być szczęśliwi" lub "Już". Moją uwagę przykuło naprawdę monumentalne outro "Nikt nikogo (i tak warto żyć)". W wersji studyjnej ten utwór ma wartką końcówkę, podobną trochę do tradycyjnej muzyki romów. W Dworze Artusa to zakończenie wybrzmiało o wiele mocniej niż na albumie. Czuć było jakąś pierwotną nieprzefiltrowaną energię w tym, jak dopełniały się gitarowe partie Adama Nowaka z trąbką Tadeusza Kulasa oraz wbijającą w krzesła mocą zestawu perkusyjnego Jacka Olejarza. Mówiąc o zgraniu zespołu, warto tutaj wspomnieć o tym, że pomimo naprawdę długiego stażu na krajowej scenie muzycznej skład Raz Dwa Trzy nie ulegał drastycznym roszadom. Co za tym idzie, ten koncert nie cierpiał z powodów jakiejś karykaturalnej groteski. Obserwując to, jak dobrze czytają się w czasie rzeczywistym muzycy, nie da się uciec od wrażenia, że po ponad trzech dekadach w branży wkroczyli na poziom wirtuozerii koncertowej, jaki osiągają nieliczni. Był taki jeden fragment, w którym Nowak zawiesił się na dosłownie kilka taktów, nie mogąc się wstrzelić w progresję akordów. Po porozumiewawczym gestem z drugim gitarzystą, Jarosławem Terlińskim, przypomniał sobie wszystko niemalże telepatycznie. I to właśnie świadczy o profesjonalizmie muzyka, nie to, że gra perfekcyjnie za każdym razem, lecz to, że potrafi wybrnąć z zaistniałych opresji w taki sposób, aby nie zwrócić na nie przesadnej uwagi publiczności.
Warto przy tej okazji zwrócić uwagę na sam występ Terlińskiego. Zagrał on na gitarze równie wszechstronnej co charakterystycznej. Gitarą tą jest Fender Telecaster. Terliński wykorzystywał ciepły tembr strun i gryfu tego instrumentu, jakże tożsamy z brzmieniem Raz Dwa Trzy, z niewątpliwą finezją. W tym samym czasie dywersyfikował nawet w obrębie jednej piosenki jej charakter za pomocą treściwych efektów. Przez oszałamiającą charyzmę Adama Nowaka łatwo przeoczyć mniej wygadanego bohatera Raz Dwa Trzy. Podobnie jak u wielu innych opisywanych na łamach naszego portalu zespołów, tak i w tej grupie nie ma sztywnego podziału na gitarzystę prowadzącego i rytmicznego. Nowak i Terliński wymieniają się rolą przewodnictwa w sekcji gitarowej z lekkością, jaką osiągają nieliczni.
W kwestii technicznej nagłośnienie było solidną rzemieślniczą robotą, z kolei oświetlenie było czymś niezaprzeczalnie wybitnym. Efekty świetlne w fenomenalny sposób budowały atmosferę w dużej mierze dzięki swojemu zróżnicowaniu. Całościowo ocierało się to niemal o europejski standard znany z takich lokali jak Alexandra Palace w Londynie. W sumie, jak się nad tym dłużej zastanowić, to dla Metropolii Toruńskiej Dwór Artusa jest właśnie tym, czym jest "Ally Pally" dla Londyńczyków, budynkiem z szlachetną historią, który jednocześnie ma uczynić kulturę dostępną dla zwyczajnych obywateli.
Tego wieczoru pojawił się praktycznie tylko jeden mankament. Zgrzytem tym jest sama formuła koncertu. Koncert zorganizowany został w formacie siedzącym, co w naturalny sposób tworzyło konflikt z tym, jak muzyka Raz Dwa Trzy oddziałuje na ludzi. Chwytliwe blues-rockowe riffy zespołu aż proszą się o to, by podrygiwać z nóżki na nóżkę, podobnie jak muzycy na scenie. W formacie zaproponowanym przez Dwór Artusa było to niestety niemożliwe i publiczność w dość zabawny sposób bujała się to w lewo, to w prawo, będąc jednocześnie przyklejoną do swoich krzeseł. Jest to zarzut, który powtarzał się w podsłuchanych przeze mnie rozmowach pozostałych widzów.
Tak jak zaczęliśmy od Wojciecha Młynarskiego, tak na tym twórcy też ta historia się kończy. Pod koniec występu Raz Dwa Trzy zagrało swoją poruszającą interpretację "Jeszcze w zielone gramy", która, według Nowaka, nie zyskała aprobaty jego mistrza, jednak na tym etapie obie wersje utworu zapisały się złotymi zgłoskami w kanonie polskiej piosenki. Na zakończenie otrzymaliśmy także wyczekane "Trudno jest nie wierzyć w nic", które, pomimo zawodowego wykonania, rozczarowało trochę tym, że Nowak momentalnie zszedł ze sceny po zakończeniu swojej partii wokalnej. Z drugiej strony też rozumiem pewną rutynowość największego hitu i przesyt w graniu go za każdym razem.
Koniec końców: Radiohead też nie przepada za graniem "Karma Police", podobnie jak Arctic Monkeys zdają się nie trawić już swojego "Do I Wanna Know". Nie ma jednak tego złego, gdyż po tym, jak pozostali muzycy dołączyli do Nowaka za kulisami, zespół po otrzymanych od publiki owacjach na stojąco powrócił jeszcze na bis w formie "Ballady o dwóch koniach", po raz kolejny z repertuaru Wojciecha Młynarskiego, która przez swój amerykański sznyt gitarowy jednocześnie nosi w sobie cząstkę Johny’ego Casha.
Adam Nowak dobrze sprawdził się też w roli narratora zarówno przez same piosenki, jak i przez krótkie fragmenty mówione pomiędzy nimi. Frontman Raz Dwa Trzy przywoływał historie związane z Wojciechem Młynarskim, przypadkowym spotkaniem z Agnieszką Osiecką oraz tym, jak zespół przewartościował młodzieńcze spojrzenie na muzykę z założenia, że "muzyka jest po to, by coś zmieniać w świecie" na "muzyka jest po to, by coś poczuć".
Całościowo start Artus Festivalu można uznać za udany. Raz Dwa Trzy przez półtorej godziny udowodniło, że jest czymś więcej niż tęsknotą za tym, co minione. Po samych muzykach można było zauważyć, że występowanie na żywo jest dla nich tak naturalne i daje dokładnie takie samo spełnienie jak w czasach swojego kultowego debiutu z 1991 roku. Przychodząc na ten koncert, oczekiwałem wyłącznie ludzi w średnim wieku na widowni. Ku mojemu zaskoczeniu trafiłem też na o wiele młodsze znajome twarze. Jest to dobrym świadectwem tego, że repertuar zespołu wciąż ma szczególne miejsce w świadomości społecznej. Z kolei dla Dworu Artusa to znakomite wprowadzenie dla tegorocznej odsłony festiwalu kładącej wyraźny akcent na świadome poetyckie teksty.
Przed nami wciąż jeszcze wiele muzyki w ramach tegorocznego festiwalu, więc mieszkańcom Metropolii Toruńskiej pozostaje wypatrywać, jak do tematu autorskiej piosenki podejdą nadchodzące potencjalnie równie wyraziste koncerty zespołów Trupa Trupa, Dikanda i Sztywny Pal Azji. To zdecydowanie dobry rok dla kulturalnego życia regionu.