Metropolis Jazz Festival: jak się sprawdził Al Di Meola na inaugurację?
Debiutujący w tym roku Metropolis Jazz Festival to… osobliwy wynalazek. Z jednej strony zamykający usta krytykom w kwestii tego, czy na terenie Metropolii Toruńskiej dzieje się wystarczająco dużo w kwestii koncertów jazzowych. Wszak wybór artystów występujących w ramach festiwalu jest naprawdę gatunkową topką, mamy tu bohatera naszej dzisiejszej opowieści, czyli gitarowego wirtuoza Ala Di Meolę, równie wpływowego i także nominowanego do Grammy gitarzystę Pata Metheny’ego, a całość line-upu zamyka kultowy i uniwersalnie kochany basista Richard Bona. Z drugiej strony natomiast rozbicie koncertów na cały rok rozmywa trochę festiwalowego ducha. Wydarzenia towarzyszące festiwalowi, takie jak chociażby formowanie przez Jerzego Mazzolla jazzowej orkiestry z terenu całej Metropolii Toruńskiej, zdaje się wyrównywać to, co ucieka przez rozłożenie koncertów od marca do grudnia.
Sala koncertowa CKK Jordanki praktycznie pękała w szwach. Gdzieniegdzie można było znaleźć pojedyncze wolne miejsca, jednakże koncert Di Meoli był zdecydowanie bliski wyprzedania wszystkich biletów, co przynajmniej do pewnego stopnia odpowiada na pytania o zasadność sensu istnienia tej imprezy. Koncert zgromadził szerokie spektrum wiekowe, począwszy od nastolatków w bluzach Led Zeppelin czy innych hard rockowych zespołów kończąc na ubranych w eleganckie stroje ludziach w średnim wieku i starszych.
- Metropolis Jazz to nie jest typowy festiwal. Ten festiwal to idea. Idea, która jest kulturalną emanacją powstającej właśnie metropolii toruńskiej. Członkowie Stowarzyszenia Metropolia Toruńska uważają, że kultura, a w szczególności muzyka, jest tym, co może nas spajać i wzmacniać. Dlatego cztery główne koncerty festiwalu stanowią ramę dla wielu dodatkowych działań, mających na celu aktywizację środowisk muzycznych metropolii toruńskiej, od Chełmna po Golub-Dobrzyń - przyznał prowadzący koncert Jarosław Jaworski.
Al Di Meola wystąpił tego wieczoru ze swoim zespołem w formule acoustic trio, czyli dwie gitary elektroakustyczne plus jeden rozbudowany zestaw perkusyjny. Na scenie towarzyszyli mu: reprezentujące mocne wpływy flamenco gitarzysta Peo Alfonsi oraz wszechstronny perkusista Sergio Martinez. Każdy z nich wyglądał trochę jak z innej bajki. Di Meola ubrany był w schludnie w białą koszulę, czarną kamizelkę i czarne spodnie, był to niemalże klasyczny jazzowy outlook. Peo Alfonsi wystąpił w swobodnym zestawie: bluza plus jeansy, miał w sobie coś z wyglądu stereotypowego pracownika sklepu z gitarami. Z kolei Sergio Martinez w swojej żołnierskiej kurtce wyglądał trochę jak zgarnięty z punkowego kwartetu.
Jak wypadła muzyka? Podczas występu na Jordankach Al Di Meola zaprezentował fascynujący przekrój własnej twórczości, wzbogacony o kilka coverów. Al Di Meola w swoich utworach opanował do perfekcji praktycznie każdą znaną technikę gitarową, począwszy od legato, poprzez widowiskowe ślizgi po całym gryfie na chyba jego najbardziej lubianym bendingu kończąc. Na tym jego wirtuozeria się jednak nie kończy, jest on bowiem gitarzystą, który na poziomie mistrzowskim rozgryzł rozmaite skale muzyczne do takiego stopnia, że Jimmy Page z Led Zeppelin oraz Eric Clapton ze swoją nadużywaną w muzyce rockowej skalą pentatoniczną wyglądają przy Alu jak początkujący muzycy sesyjni.
Jednym z najbardziej urzekających momentów całego koncertu było wykonanie "Ava’s Dance In the Moonlight" z jego najnowszego autorskiego albumu, czyli "Twentyfour". Utwór ten zainspirowany został przez córkę samego Di Meoli, kiedy przyglądał się w domu, jak ta próbuje naśladować baletnice wykonujące na ekranie układ z "Dziadka do orzechów". "Ava’s Dance In The Moonlight" jest kompozycją o tyle szczególną, że balansuje nieustannie pomiędzy kameralnością a monumentalnością, idealnie oddając charakter swojej inspiracji. Wychodząc początkowo od względnie prostej jak na swoje standardy melodii, Di Meola zabrał nas w hipnotyzującą i przejmującą podróż, która rozbudowuje się muzycznie do epickich wręcz rozmiarów. W tym konkretnym numerze Sergio Martinez użył praktycznie każdego elementu swojego rozbudowanego zestawu perkusyjnego i zrobił to z taką gracją i płynnością, że publiczność nie mogła wyjść z podziwu, że tak dynamiczne przeskakiwanie między tradycyjną perkusją, bongosami i czajmesami jest w ogóle fizycznie możliwe.
Warto też zwrócić uwagę, że nie mieliśmy tutaj do czynienia z tradycyjnym podziałem na gitarzystę prowadzącego i rytmicznego, a zamiast tego doświadczaliśmy nieustannego dynamicznego gitarowego dialogu pomiędzy Di Meolą i Alfonsim. Panowie rozumieli się niemal telepatycznie i oczywiście w pewnych konkretnych momentach Alfonsi odpowiadał za akordy charakterystyczne dla gitary rytmicznej, jednak niejednokrotnie potrafił zaskoczyć jakąś rozbudowaną solówką czy magicznym dopełnieniem partii zapoczątkowanej przez Di Meolę.
Dość pamiętnym momentem setu była też interpretacja muzyki Beatlesów, wydawać mogłoby się, że Di Meola wziął na warsztat nieoczywiste wybory z dyskografii Czwórki z Liverpoolu, czyli znacząco szybszą ledwo rozpoznawalną względem oryginału wersję "Because" oraz definitywnie oddającą ciepło pierwowzoru wersję "In My Life". Parafrazując, to co stwierdził sam Di Meola po tym fragmencie setu, uważa on muzykę Beatlesów za niesamowicie ważną dla całokształtu muzyki rozrywkowej naszych czasów i wykonuje ją z niewątpliwą radością. Radość tą można też było odczytać z szerokiego uśmiechu, jaki towarzyszył mu w tym momencie.
Oczywiście na uznanie zasługuje też oprawa wizualna, monumentalny ekran znajdujący się za zespołem, dopełniał perfekcyjne te zaawansowane kompozycje gitarowe w klarowny sposób, komunikując odbiorcom klimat danego utworu. Oglądaliśmy na nich zarówno europejskie stolice, archiwalne nagrania Di Meoli z jego wieloletnim muzycznym towarzyszem, czyli Paco de Lucią, jak i ilustrujące beatlesowski fragment koncertu nagrania dnia z życia Johna Lennona.
Sergio Martinez zaprezentował blisko końca koncertu niesamowitą, gromko oklaskiwaną pięciominutową solówkę, ponownie utylizując praktycznie każdy element swojego zestawu perkusyjnego. Jeżeli mielibyśmy szukać jakichkolwiek negatywów w trakcie koncertu, to wskazałbym patent z piłowaniem jednego akordu w morderczo szybkim tempie używany do kończenia utworów jako robiący się pod koniec nieco wtórny. Mając jednak na uwadze, że koncert trwał solidne dwie godziny, a zakończony został dwudziestominutowym bisem, jest to absolutnie do wybaczenia. Co do tego bisu, to warto dodać, że otwarty on został rozpoznanym po jakichś czterech lub pięciu taktach wirtuozersko rozbudowanym coverem "Sound of Silence" z repertuaru duetu Simon and Garfunkel.
Ostatecznie Al Di Meola oklaskiwany był tak gromko, że autentycznie trudno mu było pożegnać się z toruńską sceną. Część widzów po tym, jak definitywnie pożegnał się z salą koncertową, opuściła przestrzeń CKK Jordanki z uśmiechem na ustach i w poczuciu spełnienia. Był to jednak taktyczny błąd, ponieważ zgodnie z zapowiedzią prowadzącego, amerykański gitarzysta powrócił do foyer Jordanek, by ku radości fanów podpisywać płyty i pozować z widownią do zdjęć.
Podsumowując, koncert Ala Di Meoli w ramach Metropolis Jazz Festival był bliskim perfekcji otwarciem dla debiutującej w tym roku imprezy. Jazzowy gitarzysta zabrał nas w niezapomnianą muzyczną podróż poprzez jego własny katalog urozmaicony o zapadające w pamięć i wyjątkowo świeże covery. Sergio Martinez i Peo Alfonsi niepotraktowani zostali tutaj jako tło dla amerykańskiego muzyka, lecz jako tak samo ważni partnerzy tej muzycznej dyskusji, w której rolę wokalu przejęły gitarowe struny przy akompaniamencie rozbudowanych i zróżnicowanych partii perkusyjnych. Pytanie tylko, czy Metropolis Jazz Festival utrzyma do grudnia impet tego wyjątkowego koncertu.
Ignacy Grześkowiak, redaktor portalu Metropolia Toruńska .pl