Lordofon w Od Nowie: Niesamowita trupa, niesamowite momenty
Przebicie się muzyki rapowej do ścisłego mainstreamu w dużej mierze wynikało ze stagnacji, w jakiej znalazła się muzyka rockowa po eksperymentalnych latach dziewięćdziesiątych. Ironią tej sytuacji jest fakt, że dekadę po tym, jak Kanye West triumfalnie obwieścił w wywiadzie dla BBC Radio 1 "We the new rockstars" (red. "Nowe gwiazdy rocka to my"), rap znalazł się w dokładnie takiej samej stagnacji, która była ostatnim gwoździem do trumny popularności muzyki gitarowej.
Autentyzm i bezpardonowość w formie zastąpione zostały przez wykalkulowaną komercjalizację i, o zgrozo, rapowe talent shows, które są karykaturą samą w sobie. W to wszystko z siłą wyważonych drzwi wdarli się bohaterowie naszej dzisiejszej opowieści, czyli zespół Lordofon i ich bezkompromisowy debiut "Koło" z 2020. Płyta ta łączyła rap, indie rock i pop-punk ze zdumiewającą jak na krajowe standardy świeżością, gracją i lekkością. Była tak donośnym głosem sprzeciwu wobec strachu raperów przed eksperymentowaniem z formą, że praktycznie nie dało się przejść obok tego albumu obojętnie. Jak zatem sprawdził się Lordofon, starszy o dwie płyty, na scenie jakże kultowej dla Metropolii Toruńskiej? Dowiedzmy się.
Niesamowita Trupa Pana Hiroszimy
Wkraczając w piątkowy wieczór 10 kwietnia br. do Akademickiego Centrum Kultury i Sztuki "Od Nowa", staram się wychwycić dominujący profil słuchaczy przybyłych na ten koncert. Jest to bodajże najmłodsza publika z opisywanych w dziale muzycznym naszego portalu. Wiek słuchaczy waha się gdzieś między 15 a maksymalnie 30 lat. Tu i ówdzie przewijają się pojedyncze rodziny z dziećmi. DJ zdaje się puszczać wyłącznie rzeczy z katalogu RAU Performance (co zyskuje ogromną aprobatę fanów czekających na koncert Lordofonu), a w rozmowach publiki można usłyszeć takie zdania jak "To od kiedy słuchasz Taco Hemingwaya?". To wszystko pozwala nam wywnioskować, że Lordofon współdzieli fanbase z dawną Alkopoligamią oraz dawnym Asfalt Records. W skrócie, to słuchacze otwarci na wszystko to, co inne w krajowej kulturze hip-hopu. Przez smutnych ludzi czasami nazywani są oni fanami "rapu dla studentów", jednak jest to po prostu boomerskie uproszczenie sfrustrowanych ortodoksów.
Grupa tworzona przez MC, gitarzystę i wokalistę Macieja Poredę wspólnie z perkusistą i producentem Michałem Jurkiem wkracza na scenę w zasadzie punktualnie przy donośnym aplauzie ze strony publiki. Koncert rozpoczął się utworem "X", który zarazem otwiera ich najnowszy, zeszłoroczny album "Niesamowita Trupa Pana Hiroszimy". Główny riff tego utworu przybliża nam charakter najnowszej inkarnacji Lordofonu. Poza wspomnianymi wcześniej inspiracjami przewija się tutaj trochę trip-hopu w stylu wczesnego Massive Attack, efekty gitarowe rodem z nowojorskiej sceny noise-rockowej lat dziewięćdziesiątych, a także wciągające minimalistyczne konstrukcje piosenek niczym z pierwszej połowy katalogu Lil Peepa. Tekstowo wyczuwalna jest tutaj też większa nuta goryczki niż na pierwszych dwóch płytach Lordofonu.
Kolejny w setliście był viralowy hit zespołu z drugiego albumu, czyli indie rockowa opowieść o rozstaniu zatytuowana "Francoise Hardy". Potężny, przepełniony emocjonalną energią refren zostaje odśpiewany przez zgromadzonych fanów z ogłuszającą wręcz siłą. Następnie zespół wraca do materiału z "Niesamowitej Trupy Pana Hiroszimy" w formie punkowego "Cheesy". To, co od razu rzuca się w oczy lub uszy, to fakt, że zgromadzeni w Od Nowie fani znają teksty praktycznie na wyrywki, wliczając najświeższy materiał zespołu. To nie jest coś, co zdarza się codziennie. Utwory takie jak "STARBOY", "Hiroszima, mon amur" lub "Lego" przyjęte zostają z równym entuzjazmem co szlagiery z ery debiutu takie jak "Kobayashi", "Figaro" i "Opener". "Zajebiście tu u was jest" – podsumowuje na pewnym etapie Maciej Poreda, odnosząc się do energii panującej tego wieczoru w Od Nowie, która nie zwalnia zarówno na scenie, jak i na widowni.
Antarktyda
Wspomniany "STARBOY" pozwala lśnić istotnemu, aczkolwiek często pomijanemu członkowi składu koncertowego Lordofonu. Utwór ten ma bardzo zapadającą w pamięć subtelnie funkową linię basu delikatnie kojarzącą się z radiowymi przebojami zespołu DNCE. Za tę sekcję odpowiada tego wieczoru Hubert Woźniakowski, który dowozi w równym stopniu jako basista, gość od elektroniki i człowiek od chórków. Jego chemia z Poredą i Jurkiem jest czymś tak naturalnym, że sprawia wrażenie, jakby grał z chłopakami praktycznie od zawsze.
Pomimo faktu, iż riffy Lordofonu w przeważającej części bazują na akordach barowych, udaje im się uciec od obecnej wtórności pop-punkowych tuzów takich jak Green Day. Dużą rolę odgrywa tutaj dynamizm, z jakim przeskakują między gatunkami, efektami gitarowymi i akcentami w instrumentarium. "CTRL + Z" z ich drugiego albumu długogrającego "Passé" obrazuje absolutnie pierwszorzędną robotę dźwiękowca tego wieczoru. Mocne surowe partie perkusji w wykonaniu Michała Jurka praktycznie przeszywają słuchaczy na wskroś. Przesterowana gitara wybrzmiewa z porównywalną siłą i, co najważniejsze, wokal Macieja Poredy nie ginie pod tym gęstym bezpardonowym instrumentarium. Oprawa świetlna była całościowo równie zróżnicowana jak twórczość Lordofonu, z dominującym kolorem fioletowym przypominającym o identyfikacji wizualnej najnowszego albumu.
Bardzo mocno zapadającym w pamięć wykonaniem była bardziej akustyczna "Antarktyda". Po tym szalonym wartkim indie-rapowo-punkowym tańcu od samego początku następujące po nim bardziej melancholijne i refleksyjne oblicze zespołu daje widowni jakże potrzebną chwilę oddechu. W tym utworze przejawia się też pewna bezpretensjonalna szczerość Poredy jako tekściarza, porównywalna z tym, w jaki sposób rzeczywistość opisuje zespół Kacperczyk. Ciepłe ogniskowe bicie gitarowe potęguje skojarzenie z tą grupą.
Kolejny utwór i kolejna niespodzianka, "Prywatna wyspa", przesycona aromatem nowej szkoły rapu i R’n’B, wykonana zostaje w duecie z zaproszoną na scenę fanką. W trakcie koncertu Maciej Poreda zauważa jej wybijającą się znajomość tekstów Lordofonu. Tego typu atrakcje zawsze wiążą się z pewnym ryzykiem położenia utworu przez nadmierną ekscytację wynikającą z przejścia z publiczności na scenę. Tym razem się tak jednak nie dzieje i już od pierwszych wersów żeńskiej zwrotki widać, że Poreda ma poczucie, że wybór padł na właściwą osobę. Zabawa konwencją z widownią na tym jednak się nie kończy. Na "Kobayashi" zespół skutecznie zachęca fanów, by chwycili się za ręce, podbijając poczucie jednego organizmu tworzonego przez artystów i ich odbiorców. "A teraz dajcie buziaka osobie obok was, nie no, dobra, za grubo już" — mówi Poreba, urzeczony żywiołowymi reakcjami publiki.
Miłym akcentem była też własnoręcznie wykonana przez jedną fankę koszulka z członkami Lordofonu, która po przekazaniu zespołowi praktycznie natychmiastowo przyodziana została przez Michała Jurka na kilka ostatnich utworów. Po głównym secie otrzymaliśmy trzypiosenkowy bis, z którego punktem szczególnym był niewykonywany od trzech lat rapowy "Houdini" z debiutu zespołu, który, a jakże by inaczej, był doskonale znany przez nieprzerwanie rozśpiewaną publikę. Całość występu zamknęła się gdzieś w okolicy godziny i czterdziestu paru minut wypełnionych absolutnie po brzegi zróżnicowanymi perełkami z dyskografii grupy.
Od czasu do czasu słyszę głosy ludzi mieszkających na terenie Metropolii Toruńskiej znacznie dłużej niż ja, jakoby Od Nowa straciła swój dawny blask i wyczucie ducha czasów i przegrywała z nieustannie mnożącą się konkurencją w rynku koncertowym. Wydaje mi się, że wieczory takie jak piątkowy koncert Lordofonu skutecznie zamykają usta wszelkim sceptykom. Dziesiątego kwietnia w zasłużonym wnętrzu Od Nowy królowała młodzieńcza energia i otwartość na to, co inne. W magiczny sposób zanikał dystans między twórcą a odbiorcą. Lordofon zaprezentował absolutnie topową dyspozycję koncertową, potwierdzając jednocześnie swoją pozycję jako jeden z nowych polskich zespołów z największym długofalowym potencjałem.
Energia Lordofonu
Po tym czarującym wieczorze oplecionym autorską interpretacją rapu, pop-punku i indie rocka, praktycznie każdy fan opuszczający lokal na Gagarina 37a miał na sobie uśmiech od ucha do ucha. To była radość tak szczera, że praktycznie nieporównywalna z jakimkolwiek opisywanym przez nas wcześniej koncertem. Jeżeli nie jesteście uprzedzeni do krajowej sceny niezależnej, to po prostu musicie zobaczyć elektryzującą energię Lordofonu w warunkach koncertowych. Co więcej, mając na uwadze, że tak ciepłe przyjęcie w Grodzie Kopernika zaskoczyło chyba samych artystów, którzy niejednokrotnie podkreślali, jak dobrze się tutaj bawią, myślę, że powrót na ziemię Metropolii Toruńskiej nastąpi w tym wypadku raczej prędzej niż później.