Ambasadorzy metropoliiGotowania uczył się w Toruniu. Trafił pod skrzydła Magdy Gessler, którą nazywa "Ciocią Madzią"
Gotowania uczył się w Toruniu. Trafił pod skrzydła Magdy Gessler, którą nazywa "Ciocią Madzią"
Łukasz Jędrzejewski w 2007 roku rozpoczął studia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Zamiast skupiać się na poznawaniu tajników zawodu nauczyciela historii, szybko zrozumiał, że jego prawdziwą pasją jest gotowanie. Pracował w kilku toruńskich restauracjach, ale prawdziwy przełom w jego karierze nastąpił, gdy dostał propozycję pracy u boku Magdy Gessler. Nie wahał się ani chwili, by ją przyjąć.
Jak zaczęła się przygoda z gastronomią studenta historii na UMK?
- Moja przygoda z gotowaniem zaczęła się przez przypadek. Jako student szukałem pracy dodatkowej, którą udałoby mi się połączyć ze studiowaniem. Potrzebowałem pieniędzy, żeby się utrzymać i wynająć mieszkanie. Znałem jasne i ciemne strony tego zawodu, bo mój ojciec przez wiele lat był szefem kuchni. Szybko zrozumiałem, że to moja pasja.
Kiedy zorientowałeś się, że gotowanie sprawia ci tak dużo radości i może być twoim sposobem na życie?
- Gotowanie sprawia mi naprawdę bardzo dużo przyjemności, gdyby tak nie było to na pewno nie związałbym z nim całego swojego dorosłego życia. Chyba od pierwszej chwili to poczułem. Już prawie 20 lat pracuję na kuchni. To ciężki kawałek chleba, czasami pracuje się po 12-14 godzin. Od wczesnego ranka do późnego wieczora. Gdybym tego nie kochał to nie wytrzymałbym takiego stylu pracy.
Jakie twoje dania zachwycały toruńskich smakoszy?
- Szczerze mówiąc to nie pamiętam (śmiech). Moja przygoda z toruńską gastronomią zakończyła się już jakiś czas, ale zawsze staram się konstruować dania tak, aby były smaczne przede wszystkim dla mnie, które sam chciałbym zjeść – idealnie doprawione, pięknie wyglądające. Ja w ogóle uważam, że dobre danie to takie, którego nie trzeba dodatkowo doprawiać. Wiadomo, na stołach są solniczki i pieprzniczki, ale jestem zwolennikiem, żeby stały tam tylko dla dekoracji (śmiech).
Dlaczego zdecydowałeś się na wyjazd z Torunia?
- Podjąłem tę decyzję bardzo szybko. Dostałem telefon od Magdy Gessler, która zaproponowała mi pracę w swoim lokalu w Bukowinie. Szybka akcja (śmiech). W ciągu czterech dni zamknąłem wszystkie toruńskie sprawy i wyjechałem. Zdaję sobie sprawę, że z jedną restauracją nie postąpiłem fair i gdyby nie fakt, że bardzo szybko musiałem podjąć decyzję, czy przyjmuję tę ofertę, to postąpiłbym inaczej.
Czego nauczyłeś się od Magdy Gessler?
- Ja ją nazywam ciocia Madzia (śmiech). Nauczyłem się od niej szacunku do ludzi. Sam szef kuchni nie jest w stanie zadziałać zbyt wiele. Sukces restauracji to praca całego zespołu. Zespół tworzy harmonię i ma wpływ na to, co z kuchni wychodzi. Wiadomo, że rolą szefa kuchni jest koordynowanie i czasami korygowanie pewnych niedoskonałości, ale nawet najlepszy szef nie pociągnie serwisu w pojedynkę.
- To, co jest pokazane w "Kuchennych Rewolucjach" i innych programach buduje jej nieprawdziwy wizerunek. Magda jest zupełnie innym człowiekiem poza kamerami. Prywatnie to świetna, bardzo otwarta i towarzyska osoba. Ma genialne kubki smakowe! Ona, tak jak ja, nie jest z wykształcenia kucharzem – ja jestem historykiem, Magda historyczką sztuki. Ale poczucia smaku wielu szefów może jej pozazdrościć! Magda nauczyła mnie doprawiania tak, jak sam chciałbym jeść – ona potrafi wyczuć, że danie nie ma nawet szczypty potrzebnych ziół. Pamiętam, że na początku naszej współpracy nie dodałem do potrawy jakiejś przyprawy i byłem pewien, że tego nie zauważy. Powiedziała mi wtedy bardzo dosadnie: "Łukasz! Nie dałeś tutaj przypraw!". Pokornie zwiesiłem głowę i przyznałem się, że zapomniałem.
Miejsce, gdzie obecnie jesteś szefem kuchni to twój kawałek podłogi? Czujesz się w nim dobrze?
- Od ponad półtora roku prowadzę restaurację połączoną z hotelem "Willa Regina" w Zakopanem. Przyszedłem tutaj, żeby pomóc temu lokalowi się rozwijać. Generalnie jestem zadowolony z tej zmiany. Właścicielka jest w stosunku do mnie i mojego zespołu uczciwa, ma do nas zaufanie, daje nam wolną rękę i dzięki temu możemy rozwijać nasz lokal.
Jakich twoich dań koniecznie muszą spróbować turyści z naszego regionu, którzy niebawem odwiedzą twoją restauracje?
- Na pewno mogę polecić pyszną kaczkę, która jest przygotowywana na pomocą sous vide (metoda gotowania w niskiej temperaturze – red.). Podajemy ją z z musem marchewkowo-tymiankowym i ziemniakami gratin. Tego po prostu trzeba spróbować!
Tęsknisz czasami za Toruniem?
- Oczywiście, że tęsknię! Zawsze zostaje przecież sentyment za miejscami, w którym tyle się przeżyło, ludźmi, z którymi się te przygody przeżywało. Poznałem wielu wspaniałych przyjaciół, ale niekiedy też zawiodłem się na bliskich znajomych. Niektórzy zazdrościli mi tego, w jakim miejscu jestem, jakie mam możliwości rozwoju.
Jakie są twoje najbliższe plany zawodowe?
- Moje plany zawodowe koncentrują się wokół mojej restauracji – tutaj działam i mam zamiar nadal karmić naszych gości najlepiej jak umiem. Muszę też znaleźć czas na życie poza kuchnią (śmiech). Planuję wziąć ślub z moją narzeczoną i zbudować doc na Podhalu. Moim oczkiem w głowie jest syn, który mieszka w okolicach Torunia i zawsze moje plany związane są z tym, aby go zobaczyć. Chciałbym, żeby moje życie szefa kuchni, chociaż nie usłane różami, poukładało się tak, abym mógł poświęcać czas sobie i moim najbliższym.