- Nie do końca jestem pewien czy to był świadomy pomysł na życie czy po prostu wewnętrzna potrzeba wyrażania tego co czuję w dźwiękach. Jedni na pierwszą komunie marzyli o zegarku, rowerze, a ja już wiedziałem że chce organy. W pierwszym przełomie lat 90' słowo keybord było bardzo egzotyczne i instrument klawiszowy z przyciskami, który podziwiałem z ogromną fascynacją na wystawie sklepu muzycznego w Grudziądzu jako młodego chłopca wprawiał w świat fantazji jak układanie klocków Lego. Do szkoły muzycznej nigdy nie dane mi było uczęszczać, a lekcje muzyki w szkole podstawowej sprawiały, że coraz bardziej czułem jak przesiąka mnie dźwięk i emocje z tym związane. Wówczas gra na pianinie nauczyciela Ryszarda Piaseckiego była punktem zapalnym. Czasem zdarzało mu się zagrać nadprogramowo coś z muzyki rozrywkowej. Kolejnym mocnym impulsem utwierdzającym mnie w tej muzycznej drodze było pierwsze granie z tzw. żywym składem znajomych ojca, którzy spotykali się pod pretekstem prób w pewnej zakładowej świetlicy na ostatnim piętrze. Ich opowieści z muzycznych podbojów jeszcze bardziej rozpalały ambicje młodego adepta sztuki. Zawsze starałem się iść do przodu nie oglądając się na zdanie czy opinie innych. Stawiałem sobie coraz większe wyzwania podnosząc poprzeczkę. Od pierwszego autorskiego utworu napisanego z Mateuszem Gałczyńskim, po totalnie amatorską płytę z zespołem Provokacja coraz bardziej czułem, ile to daje radości i satysfakcji. Kiedy stajesz na scenie i w jednej chwili zamykasz się w swoim świecie, czasem spoglądasz jak ludzie śpiewają z tobą twój tekst, jak po koncercie podczas wspólnych rozmów zupełnie inaczej interpretują tekst, odnajdują swoje odczucia w zupełnie inny sposób. Przez ten cały czas jedni muzycy się pojawiali inni odchodzili w przeróżnych okolicznościach, a ja nie potrafię i nie chce się zatrzymać. Życie na szczęście zawsze mnie pcha w artystów z pasją oddanych i nadających na tych samych falach. Mając w sobie bardzo dużo pokory uczę się od tych lepszych, od wyrażania emocji w utworach, otwierania się na ogólny artyzm. Marzenia to chyba jest główny napęd. Jednego dnia jako młodziak grasz sobie w zaciszu domowym do utworów legendarnej Zdrowej Wody, a parę lat później odbierasz telefon od Sławka Małeckiego z pytaniem czy zagrałbyś na klawiszach koncert ze Zdrową?. Wówczas zapytałem czy to żart, koncert i emocje z nim związane był niesamowity. Kolejna artystyczna dusza, z którą spotkałem się przez przypadek, a może to było przeznaczenie? Chodzi o Weronikę Dawiec - mamy niesamowite flow do wspólnego muzykowania. Śpiewamy wspólnie w zaciszu domowego studia utwór Renaty Przemyk - "Kochana" na dwa głosy, a za chwilę dziewczyna jedzie do studia w Warszawie nagrywać razem z legendą Januszem Stokłosą. To jakiś kosmos! Ona ma niesamowity wokal, warsztat i było dla mnie ogromną przyjemność akompaniowanie tak pięknie uzdolnionej dziewczynie. Trochę się rozgadałem, ale... ja dalej nie wiem czy to mój pomysł na życie. Jestem zachłanny kolejnych dźwięków, smuci mnie, że coraz mniej ludzi docenia muzykę tworzoną na żywo ambitne teksty. Ważne, że mogę tym oddychać i unosić się w świat fantazji tworząc kolejne nowe utwory. Bardzo doceniam koncerty w małych ośrodkach kultury czy wiejskich świetlicach - ta cisza, zasłuchanie i pragnienie właśnie takiej twórczości z serca pokazuje, że to jest dobra droga, sposób na odreagowanie pracy, której się nie lubi, frustracji czy innych sytuacji, które w życiu nam nie zawsze wychodzą. Boje się, że gdyby muzyka była moim główny źródłem dochodu to nie sprawiałaby mi aż tyle radości. Człowiek musiałby wtedy grać do kotleta, bo trzeba spłacać kredyt i wsadzić coś do brzuszka, żeby nie burczał. Ale w sumie to też jakiś dźwięk (śmiech).