Variété w Kombinacie Kultury - cztery dekady nowej fali w jeden wieczór
Sprawdziliśmy już kondycję jednego z najbardziej legendarnych zespołów krajowej sceny. Idąc za ciosem, bierzemy na tapet zespół mniej zakorzeniony w mainstreamie, jednak w konkretnych kręgach również niezaprzeczalnie kultowy. Mowa tu oczywiście o najważniejszym zespole dla bydgoskiej alternatywy, jakim jest Variété. Jak pionierzy nowej fali i krajowego cold wave’u z sąsiedniego miasta wypadli na terenie Metropolii Toruńskiej? Czy ponad cztery dekady od ich debiutu na festiwalu w Jarocinie ta wybitnie autorska i unikalna muzyka wciąż się broni? A może cytując bohaterów zeszłotygodniowego tekstu,"Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść"? Dowiedzmy się.
Przedstawienie stylu gatunkowego Variété odbiorcy niezaznajomionemu z ich muzyką jest pewną zagwozdką. Grupa bydgoskich muzyków podobnie jak królujący ostatnio na amerykańskiej scenie alternatywnej Geese wymyka się wszelakim utartym schematom i sztywnej kategoryzacji. Najprościej byłoby określić ich muzykę jako nową falę oraz cold wave. Jednakże, jest to oczywiste spłycenie tego, co ten zespół prezentuje, bowiem wpływy funku, jazzu i post-punku są równie ważne w brzmieniu Variété. Od czasu do czasu przewija się też tutaj subtelna szczypta noise rocka. Bardzo dużą rolę odgrywa w tej muzyce ambitna warstwa liryczna autorstwa wokalisty Grzegorza Kaźmierczaka, który odróżnił muzykę swojej grupy od reszty krajowej nowej fali, utylizując mocno ponure, ale i zarazem nieoczywiste poetyckie teksty.
To była moja pierwsza wizyta w Kombinacie Kultury usytuowanym w dawnym Domu Muz na Podmurnej 1/3. Jak poinformował mnie przemiły pracownik lokalu, oprowadzając na szybko przed koncertem, bardzo duża część infrastruktury dawnego lokalu została zachowana. W trakcie odkrywania tego miejsca i dowiadywania się o organizowanych tu wydarzeniach zorientowałem się, że Kombinat Kultury być może nie jest pierwszym skojarzeniem z nocnym życiem Metropolii Toruńskiej, jednakże szczególnie w ostatnim czasie jawi się jako jeden z najbardziej otwartych na różne, często nieoczywiste brzmienia lokali w okolicy. Co za tym idzie, jakież inne miejsce mogłoby ugościć tak nieszablonowy zespół.
Zacznijmy może od drobnych mankamentów, bo tego wieczoru było ich zgoła niewiele. Koncert zaliczył względnie duże opóźnienie. Mając na uwadze, że na czas dotarło tu jakieś 8 osób, wliczając mnie, to decyzja o opóźnieniu koncertu o 45 minut jakkolwiek uciążliwa dla punktualnych, była chyba jedyną słuszną. Kiedy w okolicach 20:15 zespół wkracza na scenę, publika zdążyła się już wypełnić, nie na tyle, by zagospodarować każdy metr głównej sceny Kombinatu Kultury, jednak zdecydowanie na tyle, by zespół nie czuł się osamotniony w trakcie prezentowania materiału. Jeżeli chodzi o profil słuchaczy, to można było uświadczyć przewagę ludzi w średnim wieku, być może pamiętających nawet czasy debiutu Variété w latach osiemdziesiątych. Tu i ówdzie przewijały się twarze dwudziestoparolatków, co w mojej opinii potwierdza fakt, że muzyka zespołu dalej interesuje nowych słuchaczy, zbyt młodych, by pamiętać początki ich działalności.
Variété obrało ciekawą koncepcję na ten koncert, zasadniczo występ można podzielić na dwie części. W części pierwszej pionierzy krajowego cold wave’u wykonali siedem utworów ze swojego najnowszego, bardzo ciepło przyjętego przez krytyków albumu "Sieć Indry". Jest to płyta o tyle szczególna, że otwiera się ona wiele bardziej na eksperymentację i elektroniczne elementy niż cokolwiek wcześniej z dyskografii zespołu. Jednocześnie jest to być może najdojrzalszy, najbardziej przemyślany i melancholijny projekt w ich dorobku. Po tych siedmiu piosenkach zapoczątkowanych przez paranoiczny "Plan", a zakończonych introspektywnym i medytacyjnym "Taka miłość nie jest dla mnie", otrzymaliśmy przekrojowy przegląd najlepszych piosenek zespołu z całych czterech dekad działalności.
Pod kątem akustyki wokal Kaźmierczaka ginął trochę pod gęstym transem gitary basowej Grzegorza Korybalskiego, jednak techniczny w mgnieniu oka wyrównał to i po dwóch lub trzech piosenkach wszystko chodziło już jak w zegarku. Niezależnie od tego, czy stało się przy samej scenie, czy przy stanowisku akustyka, każda część składowa grupy mogła wybrzmieć w klarowny sposób. Co więcej, jeżeli chodzi o poziom techniczny nagłośnienia, to prawdopodobnie najlepiej brzmiący koncert, jaki miałem okazję relacjonować. Warunki oświetleniowe były nastrojowe, ale nie jakoś przesadnie zróżnicowane, jednak mając na uwadze, że muzyka grupy sama w sobie tworzy klimat tak gęsty, że można siekierą kroić, to nie był to żaden problem.
Oczywiście nie uświadczyliśmy tutaj wściekłego pogo czy fanów surfujących w tłumie, na uwagę zasługuje jednak coś innego. Mianowicie mistrzowskie wyczucie chwili. To, kiedy Kaźmierczyk żongluje swoim wokalem i instrumentami elektronicznymi, to, z jaką lekkością Marek Maciejewski przeskakuje między gitarą akustyczną a elektryczną oraz to, z jakim wyczuciem Alan Balcerowski wkracza w reflektor, by dostarczyć niezapomniane solo na saksofonie. To wszystko czyni z Variété zespół szczególny pod kątem dyspozycji koncertowej.
Mówiąc o tej wybitnej jakości wykonów na żywo, nie można oczywiście pominąć Marcina Karnowskiego w sekcji rytmicznej. Tak samo, jak reszta zespołu niczym kameleon przeskakiwał między różnymi instrumentami perkusyjnymi, wybijając z wściekłą pasją nieoczywiste rytmy Variété. Bardzo urzekające z jego strony było też utrzymywanie mocnego kontaktu wzrokowego z publiką, jakby weryfikując, czy zgromadzeni słuchacze na pewno czują to bydgoskie studium eksperymentu. Brzmieniowy styl Karnowskiego nasuwał trochę skojarzenia z Tomem Collem z Fontaines D.C. Jego piorunujące, świdrujące, momentami nawet lekko industrialne akcenty na bębnach były czymś, co spajało zimne, ponure brzmienie Variété w monumentalną całość.
Variété - Sycylia (Official Video)
W kwestii listy utworów nie zabrakło kultowych perełek jak "Trasa W-Z", "Zielonookie Radio Romans", "Przezroczyste lwy" lub "Piosenka kolonistów". Było to mniej oczywiste, bardziej cyfrowe i nowoczesne brzmienie zespołu w formie "Europy" lub lżejszej funkowej "Moskitiery" z tego samego albumu, czyli "Dziki książę" z 2021 roku. W trakcie swojego prawie dwugodzinnego występu w toruńskim Kombinacie Kultury bydgoskie Variété zabrało słuchaczy przez niemal wszystkie ery i brzmienia ze swojej prawie czterdziestoletniej działalności. Kiedy muzycy schodzili, by po krótkim momencie realnej niepewności wrócić na bis w formie uwielbianego przez fanów "I znowu ktoś przestawił kamienie" oraz "Klaszcząc w dłonie", każdy na widowni mógł się poczuć spełniony. Ten drugi ze wspomnianych numerów był naprawdę wyjątkowym momentem, ponieważ publiczność utrzymała ten wcale nie aż tak łatwy rytm perkusyjny w klaskaniu przez niemalże cały utwór.
Muzyka Variété jest trochę jak filmy Żuławskiego, jest czymś, co trudno nawet opowiedzieć i po prostu trzeba tego samemu doświadczyć. Wieczór w Kombinacie Kultury był wyśmienitym świadectwem tego, jak odważna jest polska nowa fala i jak bardzo krajowy cold wave odróżnia się od swoich zachodnich odpowiedników. Pomimo tego, że od debiutu zespołu na festiwalu w Jarocinie minęło wiele lat, to muzyka Variété nie zestarzała się tak naprawdę nawet o dzień. Jest dziś tak samo świeża, jak była wtedy, kiedy zespół został wyróżniony na jednym z najważniejszych rockowych festiwali w historii polskiej muzyki.
Zachęcam każdego fana zimnych wschodnich brzmień do sprawdzenia na żywo tego zespołu. Co prawda nie jest on bezpośrednio z terenu Metropolii Toruńskiej, ale grupa Grzegorza Kaźmierczaka ewidentnie darzy ten region sporą sympatią. Te ikony bydgoskiej alternatywy często pojawiają się tutaj w ramach swoich tras, więc wybierzcie się koniecznie na ich koncert przy najbliższej możliwej okazji, nie pożałujecie.
Ignacy Grześkowiak, redaktor portalu Metropolia Toruńska .pl