Mazolewski i Dorociński interpretują Witkacego, czyli koncert zamknięcia festiwalu Kontakt
Za nami udana jubileuszowy trzydziesty Międzynarodowy Festiwal Teatralny Kontakt, organizowany przez Teatr Horzycy. Przez ostatni tydzień rejony Metropolii Toruńskiej dosłownie oddychały sztuką teatralną w rytmie szaleńczej walki o wejściówki na premierowe spektakle. Organizatorzy zdecydowali się na dość odważny gambit w kwestii selekcji wydarzenia zamykającego festiwalowy harmonogram.
Wybór padł na utytułowany zespół Wojtek Mazolewski Quintet, który na tym etapie jest absolutną ikoną nowej fali awangardowego polskiego jazzu. Wspólnie z równie cenionym aktorem Marcinem Dorocińskim ekipa Mazolewskiego wzięła na warsztat teksty literackie absolutnego ucieleśnienia wszystkiego, co eksperymentalne w krajowym teatrze, czyli Stanisława Ignacego "Witkacego" Witkiewicza. Jak wypadła ta fuzja jazzu z teatrem i bezkompromisową awangardą?
Krótką przedmowę do koncertu "Mazolewski / Dorociński – Witkacy. Kompozycje Astronomiczne" zaprezentowała Marta Wudarska z Teatru Horzycy. W trakcie tego wstępu szczególny akcent położono na wielokrotne wizyty Witkiewicza w Toruniu, między innymi w ramach prapremiery swojego słynnego dramatu "Wariat i zakonnica", która odbyła się w Teatrze Miejskim. Co ciekawe, tytuł został w ostatniej chwili zmieniony na potrzeby tej premiery na "Wariat i pielęgniarka", z obawy przed reperkusjami ze strony środowisk klerykalnych.
Światła gasną i ruszamy
Po usłyszeniu tego zgrabnie napisanego wstępu, rzucam ostatni raz okiem na praktycznie pękającą w szwach widownię zgromadzoną w CKK Jordanki. Jednocześnie testuję ustawienia aparatu, kadrując na dumnie zaznaczającą swoją obecność fotografię Witkacego, znaną chociażby z okładki "Nienasycenia", która jest wyświetlana na telebimie. Duchowo obecny mistrz krajowej awangardy zdaje się na swój sposób niecierpliwie oczekiwać kolejnego pokolenia twórców zafascynowanych jego sztuką.
Światła gasną i ruszamy. Pierwsze takty i pierwsze zaskoczenie, bowiem zamiast klasycznej jazzowej improwizacji na start otrzymujemy… dość przenikliwy industrialny ambient na niskich częstotliwościach w wydaniu koncertowego klawiszowca zespołu Wojtka Mazolewskiego, czyli Stanisława Pańty. Wstęp ten przypominał trochę zabieg, jaki zastosował Gaspar Noe w trakcie premiery "Irreversible" w Cannes w 2002, wykorzystując niskie częstotliwości w celu wprawienia publiki w dyskomfort. Dla wielu (w tym dla mnie) ten mechanizm to podstawowa funkcja sztuki. Enigmatyczne dźwiękowe trzesięnie ziemi wraz z towarzyszącym równie enigmatycznym wyświetlanym materiałem wideo autorstwa Wojciecha Kapeli nie trwa jednak tyle co u Gaspara Noe i po niedługim czasie na scenę wkracza reszta zespołu wraz z Marcinem Dorocińskim.
Oddanie w pełni tego, co miało miejsce tego wieczoru w przestrzeni CKK Jordanki, nie jest łatwym zadaniem. Sama twórczość Witkacego jest owiana aurą fragmentaryczności, ekspresyjności i kontrastów, co zostało w dość wierny sposób uchwycone zarówno przez wybitnie jaskrawe sekcje instrumentalne, jak i mocno chaotyczne monologi Dorocińskiego. Nie tak dawno temu opisywaliśmy występ starszego brata Wojtka Mazolewskiego, czyli Jerzego Mazzolla improwizującego ścieżkę dźwiękową do "Nosferatu". W tamtym tekście podkreślaliśmy swoisty swobodny artystyczny dialog pomiędzy światem filmu a muzyki. Podobnie było w przypadku występu młodszego brata Mazzolla: dwa światy, czyli literatura i jazz, splotły się tutaj z zaskakującą wręcz gracją.
Podejście do jazzu w przypadku Wojtka Mazolewskiego jest jednak nieco inne niż w przypadku jego starszego brata, pomimo jak zawsze silnie wyczuwalnych klimatów yassowych. Młodszy Mazolewski prezentuje muzykę trochę bardziej harmonijną, aczkolwiek równie eksperymentalną. Ciepły, otulający i pulsujący groove kontrabasu jest w niej głównym narratorem. Podobnie jak sam Witkacy, Wojtek Mazolewski zdaje się na pierwszym planie kłaść poszukiwanie metafizycznego i wspólnotowego wymiaru sztuki, co w bardzo naturalny sposób zgrało się z kosmiczną naturą poetyki Witkiewicza.
Jawa mieszała się ze snem
Muzycznie poza kontrabasem lidera grupy bardzo jasno lśniła też sekcja dęta z Oskarem Törökiem na trąbce i Piotrem Chęckim na saksofonie i klarnecie. Tak samo jak kontrabas, te instrumenty reprezentowały wybitnie emocjonalny charakter, a w kilku momentach praktycznie przeszywały słuchaczy na wskroś, symulując przeraźliwy, szaleńczy krzyk, czyli bardzo popularny stan w życiu i twórczości Witkacego. W tym samym czasie muszę tutaj podnieść główny mankament koncertu: Török i Chęcki tak bardzo grzali na swoich instrumentach, że w kilku momentach monologi Dorocińskiego były praktycznie zagłuszone w miksie przez wirtuozerskie popisy sekcji dętej. Mając na uwadze, że już sam materiał źródłowy jest trudny w odbiorze, te potknięcia w realizacji dźwiękowej dawały się trochę we znaki.
No właśnie, przejdźmy do Dorocińskiego — w ostatecznym rozrachunku… był on najsłabszym elementem układanki. Nie zrozumcie mnie źle, nie był on zły, po prostu bycie cool przychodzi zespołowi Mazolewskiego z taką łatwością, że Dorociński wyróżniał się tutaj trochę na swoją niekorzyść. W paru momentach czuć było w tym pretensjonalną nutkę, szczególnie kiedy próbował w losowych momentach replikować ikoniczny grymas Witkacego, znany jako "Przerażenie wariata", lub gdy zbyt bardzo starał się, by prezentowany przez niego tekst był "aktualny". Jednocześnie monologi Dorocińskiego stanowiły ważną ramę narracyjną dla całości, a jego teatralny warsztat w kwestii dykcji, jak i szerokiego wachlarza przekazywanych emocji, był czymś niemożliwym do przeoczenia.
W tych monologach przewinęły się praktycznie wszystkie tematy powszechnie utożsamiane z Witkacym, czyli artystyczna "teoria czystej formy", burzliwe relacje z kobietami, narkotyki oraz mocny akcent epilogu koncertu, czyli depresja wywołana wkroczeniem Sowietów do Polski jesienią 1939, która ostatecznie pchnęła Witkiewicza do skutecznej próby samobójczej. Narracyjnie jawa mieszała się ze snem, współczesność z wydarzeniami ubiegłego wieku, piękno z groteską.
Muzycznie harmonia mieszała się z chaosem, rytm z dysonansem i wiele więcej. Wokalne harmonie między Mazolewskim a Dorocińskim w trakcie powracającego motywu przewodniego, czyli mantrycznego powtarzania imienia i nazwiska Witkacego, były naprawdę ujmujące. Co więcej, zgromadzeni w Jordankach słuchacze nucili je wciąż nawet długo po tym, gdy na widowni zapaliły się światła.
Sztuka wierna duchowi twórcy
Całościowo program zaprezentowany przez Mazolewskiego i Dorocińskiego był sztuką wierną duchowi twórcy, który ją zainspirował. Poza kilkoma nieznacznymi w ogólnym rozrachunku potknięciami natury literackiej, ten nieszablonowy muzyczny skład wyszedł z tej ambitnej koncepcyjnie batalii na tarczy. Były tu momenty niemalże filmowe w swoim pięknie, jak chociażby "Ostatnie Takie Lato"; były momenty ponurych narkotycznych notatek z marginesu, jak wdzięcznie zatytułowane "Noc (3 gramy dla Marcina)"; były momenty egzystencjalnej medytacji w formie kończącej główną setlistę kompozycji "Świt". Wszystko to połączone zostało w jedną spójną i przemyślaną całość, niemalże jak za sprawą jakiejś kosmicznej nienazywalnej wręcz energii. Energii, która potrafi z pozornego chaosu i przypadków stworzyć dzieło sztuki nowe, acz wierne artystycznej "teorii czystej formy" Witkacego.
"To był zaszczyt i przyjemność grać dla Państwa tę muzykę" — tymi słowami pożegnał się Wojtek Mazolewski, któremu wtórowała publiczność praktycznie rozsadzająca ten obiekt swoim entuzjastycznym przyjęciem tego materiału. Ostatecznie jakież mogło być lepsze miasto dla ugoszczenia tego typu szczęśliwych kosmicznych przypadków niż Gród Kopernika. Tego typu muzyczne cuda zdarzają się tylko na terenie Metropolii Toruńskiej.