Kuba Kroc: Kiedyś mieliśmy z Marcinem Szawłowskim taki skład — Feel Like Jumping — i robiliśmy reggae’owe imprezy. Ja wtedy mieszkałem w Łodzi, więc tam ogarnialiśmy większość rzeczy, a że Marcin był w Toruniu, to stwierdziliśmy, że zrobimy też imprezę tutaj, w klubie "Salvador", który był wtedy przy Placu Teatralnym. Pamiętam jeszcze, że menedżerem był tam Kuba Konieczka. No i zrobiliśmy tam tę imprezę… totalna wtopa. Kompletnie nie wyszło. Była dopiero pierwsza w nocy, a chłopaki, których zaprosiliśmy, mieli pociąg do Poznania dopiero o drugiej, więc nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić. Marcin powiedział, że "NRD" na pewno będzie otwarte, więc tu przyszliśmy. Ja wtedy pierwszy raz w życiu wszedłem do tego klubu. Pierwsze wrażenie? Totalny freak show. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Zagadaliśmy z ludźmi, czy możemy pograć — wpuścili nas na scenę. Graliśmy chwilę, a tu nagle podchodzi jakiś gość w czapce ze śmigiełkiem i daje nam tort. Okazało się, że to był Tomek Cebo. Potem Marcin, czyli Freedom, chciał robić tu imprezy. Dla mnie to był dramat, bo tu była taka wyluzka, że aż za bardzo jak na mnie. Ale zrobiliśmy pierwszą imprezę. Wyszło super. Zaraz potem dołączył Marek Lipiński, bo to była końcówka okresu, kiedy była tu jeszcze Monika Waluszko. Ona odeszła, Marek przejął klub i zaczęliśmy robić tu regularnie. Freedom ogarniał reklamę. Ja też jakoś przypadkiem tu trafiłem — za Dominika Smużnego, który był kierownikiem sali, ale się nie dogadali i odszedł. No i tak przypadkiem tu zostałem… już chyba z 17 lat. A ja nawet nie jestem z Torunia, żeby było jasne. To było jakoś 2007–2008, raczej 2007.