- Ja pochodzę z Drawska Pomorskiego — małe miasto, daleko od dużych ośrodków. Żeby w ogóle próbować zostać muzykiem, musiałem się przenieść do większego miasta. Studia były drogą: żeby nie iść do wojska, żeby mieć pretekst, żeby zapuścić korzenie gdzie indziej, ale też żeby naprawdę mieć szansę spotkać ludzi i robić muzykę. Pierwszy raz w Toruń byłem przy okazji olimpiady chemicznej. Ten moment z olimpiadą pamiętam bardzo wyraźnie, bo on mi w głowie "ustawił" Toruń jako coś więcej niż punkt na mapie. Przyjechałem do Torunia przy okazji olimpiady — i to było takie pierwsze realne zetknięcie z miastem, a nie z opowieści. Wyszliśmy na Starówkę, było chłodno, jeszcze w kurtkach chodziliśmy. I wtedy zobaczyłem to miasto. Pierwsze wrażenie: piękne, z klimatem, który jest zupełnie inny niż w miejscach, które znałem. I pamiętam, że to mnie uderzyło. Nie umiem tego nazwać jednym słowem, ale to było takie uczucie: "tu jest jakoś… prawdziwie". Że to jest miasto, w którym chce się być, a nie tylko przez które się przejeżdża. Jest też taki bardzo konkretny obrazek: kolacja w restauracji Polonia. Ona wtedy była słynna, przedwojenna, miała swój ciężar gatunkowy — miejsce z historią. Dziś jest tam drogeria, naprzeciwko teatru, ale wtedy to była Polonia i pamiętam, że jedzenie było przepyszne. To jest niby detal, ale dla mnie to był kawałek "doświadczenia miasta": że tu się żyje trochę inaczej niż w małym miasteczku, z którego ja pochodzę. I to też robiło robotę w głowie. Wtedy to miało ogromne znaczenie, bo dziś Drawsko jest przepięknym małym miastem i żyje się tam naprawdę dobrze. A ja wspominam czasy komuny. No i drugi "strzał" to uczelnia. Instytut Chemii i Biologii zrobił na mnie wtedy potężne wrażenie. To były czasy, kiedy człowiek widział różne rzeczy, ale tam miałem poczucie nowoczesności. Pamiętam, że powiedziałem sobie: "wow". Dzisiaj to może nie brzmi jak coś wielkiego, ale wtedy — dla mnie — to było ważne. To znaczyło: tu jest poważne miejsce, tu jest jakaś jakość, tu się coś dzieje. I wtedy zaczęły się we mnie takie przemyślenia bardzo praktyczne. Bo miałem wcześniej azymut na Wrocław. Rodzina, wygoda, łatwiejszy dojazd, takie racjonalne argumenty, które się ludziom wydają rozsądne. Ale w Toruniu poczułem coś odwrotnego: że wygoda nie jest najważniejsza. I ja dosłownie miałem w głowie myśl w stylu: "walić to, nie musi być wygodnie". Ja chcę studiować w Toruniu. I to była decyzja bardzo twarda — nie było opcji, żeby mnie przekonać argumentami logistycznymi. I jeszcze jedno: ja po prostu lubię miasta, które mają charakter. Toruń mnie nie przytłoczył, a jednocześnie miał w sobie historię, architekturę, kulturę. To było dla mnie takie połączenie: z jednej strony bezpieczeństwo i skala, z drugiej — ambicja i atmosfera. I dlatego to pierwsze wejście na starówkę, ta Polonia, ten Instytut Chemii i to "wow" — to mi się wszystko złożyło w jedną decyzję: "tu chcę być".