Bardzo fajnym i stałym elementem koncertów NRD jest ta luzacka, casualowa atmosfera. Zanim artyści wejdą na scenę, zwykle krzątają się w okolicy baru, przy stoisku z merchem, przy wejściu. Tak też było tym razem, kiedy dotarłem na miejsce. Aktaş Erdoğan, lider koncertowego trio goszczącego tego wieczoru w klubie, lawirował między wyżej wspomnianymi przestrzeniami oraz garderobą dla artystów, z uśmiechem na ustach, obserwując zapełniający się we względnie szybkim tempie lokal. Artyści w składzie: Aktaş Erdoğan (wokal i gitara), Paweł Knorps (bas i wokal) oraz Władysław Rajewski (perkusja) wkroczyli na scenę plus minus punktualnie przy od samego początku gromkich owacjach publiczności, która wypełniała niemalże całą dostępną powierzchnię sali taneczno-koncertowej NRD. Tu i ówdzie były wolne miejsca, ale naprawdę, jeżeli porównamy to z wydarzeniami z czerwca/lipca, to klub ponownie pęka w szwach.
Pierwszy numer i pierwsza niespodzianka w setliście: zespół Erdoğana otworzył coverem, a nie swoim własnym repertuarem. Na start usłyszeliśmy "Dance of Maria" autorstwa Eliasa Rahbaniego z 1972 roku. Wariacja na temat tego szlagieru libańskiego popu psychodelicznego zaprezentowana tego wieczoru w NRD była znacząco bardziej otulająca swoim brzmieniem, płynącym w całkowicie swobodny sposób. Zespół Erdoğana zachował oczywiście charakterystyczne elementy riffu z oryginału, ale, obiektywnie rzecz ujmując, to było niemalże wynalezienie tego utworu na nowo. Ten wybór otwarcia koncertu zdemaskował jednocześnie filozofię Aktaşa Erdoğana dotyczącą występów na żywo, owa wizja to nietraktowanie ich jako bezpiecznej przeprawy poprzez najbardziej streamowane utwory grupy, a zamiast tego stworzenie swoistej dźwiękowej mapy inspiracji pomagającej nam lepiej zrozumieć składniki, które zbudowały brzmienie anatolijskiego gitarzysty.
Zasadniczo covery stanowiły większość zaprezentowanego materiału, jednakowoż poprzez swoją niszowość i ciekawą selekcję, a także fenomenalne zgranie zespołu, nie przeszkadzało to w niczym. Innym ważnym coverem, jaki wybrzmiał 19.09 w NRD, był utwór "Maria También" teksańskiego trio Khruangbin.
Erdoğan wskazał ten zespół jako swój absolutnie ulubiony i bardzo łatwo jest zrozumieć, dlaczego. Khruangbin prezentuje tak wybuchową ponadkulturową mieszankę gatunkową, wykorzystując elementy: tajskiego rocka, irańskiego popu, dubu, minimalistycznego funku i współczesnej psychodelii, że tworzy jednocześnie zupełnie autorskie i natychmiastowo charakterystyczne brzmienie. I wydaje się, że właśnie to nam chciał przekazać Erdoğan wraz z jego kolegami z zespołu: rock psychodeliczny nie kończy się na zachodnich gigantach pokroju Tame Impali czy The Brian Jonestown Massacre, a jest opowiadany wieloma muzycznymi akcentami, w zasadzie na całym świecie.
"Kojarzycie Khruangbin?" — na to pytanie ze strony Erdoğana wszyscy zgromadzeni odpowiedzieli przecząco, a jednocześnie praktycznie wszyscy zostali natychmiast kupieni tą muzyką po usłyszeniu tego emocjonalnego coveru anatolijskiego twórcy.
Współczesny groove psychodeliczny wspomnianego Khruangbin, a także cover "Got Caught in Amsterdam" z repertuaru Arc De Soleil pokazały, że Erdoğan jest absurdalnie mocno podpięty pod to, co dzieje się na całym świecie w kwestii wypływających kolejnych fal rocka psychodelicznego. Jednocześnie ta współczesność mieszała się w kwestii prezentowanych piosenek z tradycyjnymi anatolijskimi i tureckimi folkowymi melodiami takimi jak "Yali Yali" i "Yaylalar", co pokazywało, że Aktaş Erdoğan jest bezpardonowo dumny z dziedzictwa swoich muzycznych poprzedników.
W tym samym czasie nie daje się on sztywno zaszufladkować jako "kolejny anatolijski gitarzysta". Na tym wszystkim ta muzyczna międzykulturowość się nie kończy, anatolijski alchemik psychodelii zaprezentował jeszcze dwa kluczowe covery na sam koniec setlisty: "Apache" Jerry'ego Lordana, oraz "Miserlou/Misirlou". Ten pierwszy utwór, najbardziej znany dzięki instrumentalnej wersji The Shadows z 1960 r., jest jednym z fundamentów europejskiej kultury gitarowej. Kompozycja powstała jeszcze przed wersją The Shadows, a ich nagranie stało się przełomowym gitarowym singlem.
Natomiast "Miserlou/Misirlou" ma jeszcze starszy i bardziej skomplikowany rodowód: to tradycyjna pieśń wschodniośródziemnomorska, której autorstwo jest nieznane; wykonywali ją m.in. muzycy greccy, arabscy i żydowscy, zanim została spopularyzowana w zachodniej kulturze przez wersję Dicka Dale’a. Charakterystyczny surfrockowy riff "Misirlou", oparty w dużej mierze na gęstym i częstym ślizganiu się po gryfie gitary, absolutnie porwał zgromadzoną w NRD publiczność. Gdzie nie spojrzeć, każdy słuchacz i słuchaczka dreptali w dziarskim tańcu w rytm tego kultowego gitarowego klasyka, który przewinął się także na ścieżce dźwiękowej filmu Pulp Fiction.
Autorskie kompozycje Aktaşa Erdoğana, takie jak bardzo techniczne, utylizujące płynnie wiele gitarowych sztuczek "Chili Boom", a także pogodne, ale z nutką tajemnicy "Velvet Stories", wplotły się w tę napchaną setlistę z całkowitą gracją. Jeżeli miałbym wskazać najmocniejsze wykonanie z autorskiego katalogu Erdoğana, bez wahania wskazałbym "Minval". Hipnotyzująca, subtelnie mroczna melodia tego utworu zdawała się płynąć niemalże bez końca. Wersja zaprezentowana w sobotni wieczór w NRD była znacząco dłuższa niż jej studyjny odpowiednik, z dużym elementem improwizacji oraz napisana w taki sposób, by każdy z członków zespołu miał chwilę na indywidualne popisy na swoich instrumentach.
A właśnie, skoro mówimy już o sekcji basowo-rytmicznej, to Paweł Knorps i Władysław Rajewski zaprezentowali równie wysoki warsztat jak ich anatolijski kolega z zespołu. Knorps wraz z jego Buzzem Hornetem polskiej produkcji zdawał się być w swoim świecie przez cały blisko półtora godzinny set. Uśmiech praktycznie nie schodził mu z twarzy, podobnie jak reszcie zespołu. W kilku momentach wchodził w świetną polemikę dźwiękową z Fenderem Jaguarem Aktaşa Erdoğana. Rajewski z kolei zawodowo spinał to wszystko rytmicznie, niejednokrotnie kładąc ostatni akcent w wykonywanym utworze.
Całe trio pokazało, że rozmaite skale muzyczne to dla nich chleb powszedni, a prezentowana przez nich muzyka to wysublimowany techniczny rock psychodeliczny, a nie prostolinijne garażowe łupanie na ślepo.
Jeżeli miałbym szukać jakichś mankamentów, to w kwestii oprawy świetlnej było dość minimalistycznie, by nie powiedzieć ubogo. Do trzeciego utworu byłem przekonany, że to będzie koncert z gatunku jednolitego, statycznego światła, ale ostatecznie pojawiło się trochę różnorodności w tej materii. Chciałoby się jej trochę więcej, ale być może to była preferencja samych artystów mająca na celu maksymalne zatopienie się w tych międzynarodowych transkulturalnych brzmieniach.
Koncert Aktaşa Erdoğana w NRD był więc przede wszystkim spotkaniem wielu muzycznych światów, które w rękach anatolijskiego gitarzysty nie tylko nie kłóciły się ze sobą, ale tworzyły spójną, własną opowieść. Od libańskiego popu psychodelicznego, przez współczesny groove Khruangbin i anatolijski folk, aż po europejską kulturę gitarową — wszystko to znalazło swoje miejsce w blisko półtoragodzinnym secie. Choć oprawa świetlna pozostała dość oszczędna, muzycznie trio nie pozostawiło wiele miejsca na niedosyt. Erdoğan, Knorps i Rajewski pokazali w NRD, że psychodelia może być jednocześnie techniczna, improwizowana i głęboko zakorzeniona w muzycznej międzykulturowości.
Jeśli więc szukać odpowiedzi na pytanie, czym właściwie jest rock psychodeliczny Aktaşa Erdoğana, sobotni koncert przyniósł ją dość jasno: to muzyka, która zamiast budować kolejne granice, konsekwentnie je przesuwa.
Publika żywo dyskutująca w palarni klubu po koncercie potwierdziła, że to nieoczywiste spojrzenie na współczesność i tradycję rocka psychodelicznego ewidentnie znalazło swoje miejsce na terenie Metropolii Toruńskiej. Jak widać, oaza alternatywy i awangardy, jaką jest NRD, żyje po trudnym sezonie wakacyjnym, co więcej, jest ona w naprawdę dobrej formie i to niezaprzeczalnie cieszy.