26. JAZZ Od Nowa Festival: impreza na której każdy bisuje [zdjęcia]

JAZZ Od Nowa Festival zajmuje szczególne miejsce zarówno w świadomości mieszkańców Metropolii Toruńskiej, jak i w historii być może najbardziej kultowego klubu w Toruniu. Festiwal od początku swojego istnienia był przedłużeniem wieloletniej obecności koncertów jazzowych w środowisku studenckim zlokalizowanym przy UMK. Od 2001 roku scena Od Nowy gościła wybitną liczbę największych tuzów tego gatunku, zbyt wielu, by ich tutaj wszystkich wymienić. Czy w obliczu narastającej konkurencji w mieście w postaci hucznego Metropolis Jazz Festivalu impreza Maurycego Męczekalskiego wciąż się broni? A może stała się tylko przebrzmiałym pomnikiem dawnej epoki? Czas się dowiedzieć.

LunameLuname
Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak
Ignacy Grześkowiak

Dzień pierwszy, godzina 19:20. Rozglądając się po z każdą minutą coraz bardziej tłocznej Od Nowie, tradycyjnie łapię rozeznanie w przybyłej widowni. Profil fana Jazz Od Nowa Festivalu to osoba w wieku średnim, zgadując po ubiorze, reprezentująca klasę średnią lub wyższą. Tu i ówdzie przewijają się dwudziestolatkowie, dla których w line-upie również znajdą się smakowite muzyczne kąski, jednak całościowo mamy tu do czynienia z publiką wyrobioną, dojżałą, choć wydaje się, że niekoniecznie snobistyczną. Koncert otwierający od samego początku wprowadził w ponadkulturowy charakter tegorocznego festiwalu.

Buba Badije Kuyateh wprowadził słuchaczy w świat tradycyjnych instrumentów afrykańskich dźwiękami kory, 21-strunowej harfy, której tradycja ponoć przekazywana jest z pokolenia na pokolenie w Afryce Zachodniej. Na scenie towarzyszył mu Michał Górzyński z bardziej znanym w Europie klarnetem basowym. Ta fuzja bardzo ekspresyjnego, ciepłego, emocjonalnego brzmienia instrumentu szarpanego Buby, otulona przez równie subtelną sekcję głosu niskiego instrumentu dętego Górzyńskiego, zdawała się kupić publiczność zgromadzoną tego wieczoru w Od Nowie praktycznie od pierwszego utworu. To był występ intymny, wrażliwy, czarujący swym minimalizmem w formie, ale jednocześnie urzekający warsztatem technicznym obu muzyków.

  • Bubba Badije
  • Bubba Badije
  • Bubba Badije
  • Bubba Badije
  • Bubba Badije
  • Bubba Badije
  • Bubba Badije
  • Bubba Badije
[1/8] Bubba Badije Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak

Michał Górzyński był tym, który więcej mówił między wykonami, ale od czasu do czasu Buba dorzucał swoje trzy grosze ujmującą mieszanką polskiego i angielskiego. Dzięki narracji Górzyńskiego spinało się to wszystko bardzo dobrze w opowieść o istocie improwizacji. Ostatnim utworem głównego setu było "Through", znacząco mroczniejsze i bardziej nastrojowe, niemalże mistyczne w klimacie, znakomicie przełamujące folkowość reszty zaprezentowanego materiału. "Through" jest przemienieniem, z którego w chaosie wykluwa się końcowe przesłanie tej opowieści. Słowami Górzyńskiego: "To, co niewidzialne, porozrzucane, trzeba pozbierać, ile się da, i po prostu trzymać do końca". W kwestii bisu padło na tradycyjną pieśń "Bunya", którą Buba wykonywał często wraz ze Stanisławem Sojką. Prosta, choć poruszająca swoim uniwersalnym przesłaniem, melodia została gromko odśpiewana przez zgromadzoną w Od Nowie widownię, ku radości występujących na scenie muzyków.

Spuścizna Sojki

Po tym przyjemnym folkowym wstępie nadszedł czas na jazz bardziej eksperymentalny, niepokorny, awangardowy. Jednocześnie pozostajemy w klimacie spuścizny Soyki i afrykańskich współprac. Kolejnym koncertem pierwszego dnia była grupa Lunamë, w której na bębnach zasiada Marcin Sojka, syn Stanisława, ale jednocześnie całkowicie solidny i autorski muzyk. Zespół powołany przez lidera, saksofonistę i naczelnego kompozytora Macieja Kędzielę, wystąpił na JAZZ Od Nowa Festivalu wraz z Dennisem Adu trębaczem obsługującym trąbkę flugelhorn, urodzonym w Ghanie, ale wychowanym w Ukrainie. Dennis przybył do Torunia nocnym pociągiem prosto z Kijowa. Miałem przyjemność obserwować muzyków z Lunamë w trakcie ich popołudniowej próby i już na etapie strojenia wyczuwalny był jakiś niemożliwy do przeoczenia instrumentalny magnetyzm formacji.

  • Luname
  • Luname
  • Luname
  • Luname
  • Luname
  • Luname
  • Luname
  • Luname
  • Luname
  • Luname
  • Luname
  • Luname
  • Luname
  • Luname
  • Luname
  • Luname
[1/16] Luname Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak

Każdy z muzyków tego zespołu jest kluczowym elementem tego oddychającego jednym tchem jazzowego organizmu. Natalia Kordiak ze swoim skrajnie wyrazistym abstrakcyjnym wokalem i elektroniką, Staszek Szmigiero ze swoim swobodnym, ale jednocześnie bardzo technicznym stylem gry na fortepianie i syntezatorach, Kasia Schmidt-Przeździecka nazwana przez Maurycego Męczekalskiego "najbardziej dynamiczną jazzową basistką w Polsce", Marcin Sojka ze swoją lekko industrialną przełamującą oczekiwania i gatunkowość perkusją kończąc na mistrzu wyczucia i prowadzenia zespołu Macieju Kądzieli, każdy z tych muzyków zapada w pamięć dzięki wybitnemu rozgryzieniu obsługiwanych instrumentów.

Chemia pomiędzy Sojką a Schmidt-Przeździecką w sekcji rytmicznej jest czymś oszałamiającym, podobnie zresztą jak harmonie i popisowe manewry sekcji dętej w wykonaniu Kędzieli i Adu. Moim uchem ta mieszanka improwizacji, awangardy, gęstego użycia momentami wielu syntezatorów i nowatorska fuzja klasycznego jazzu z elementami techno była najbardziej pamiętnym koncertem całego festiwalu. Nawet jeśli nie wszyscy to kupili, nie da się ukryć, jak świeża na krajowym rynku jest ta muzyka. Zarówno mroczny, zaimprowizowany od zera na żywo i żywiołowo przyjęty utwór, jak i powalający swoim basowym groovem "Mokosh" i mieszający tradycję z nowoczesnością "Światowid", znany z dyskografii zespołu, wszystko zagrało tutaj na najwyższym możliwym poziomie. "W foyer mamy płyty, Dennis na niej nie gra, ale chętnie podpisze" — rzucił żartobliwie Kądziela na sam koniec występu grupy. Oczywiście, przy tak powalającym koncercie nie mogło się obić bez bisu, tym razem w formie zapierającego dech w piersiach "Secret Dance of a Day Dreamer", który jest perfekcyjną esencją tego, co dźwiękowo wyróżnia tę grupę.

Treściwe klimaty

Dzień drugi przyniósł równie treściwe klimaty. Na start mogliśmy usłyszeć Ala Medę wspólnie z Noums Dembele, który zagrał na dobrze już znanej toruńskiej publice korze. Wirtuozerski kilkuminutowy wstęp na owym instrumencie otworzył ten koncert, a styl, w jakim grał Dembele, znacznie bardziej przypominał tradycyjną gitarę prowadzącą niż miało to miejsce w przypadku występu Kuyateh dnia wcześniejszego. Krystalicznie czysty strój kory wybrzmiał w wybitnych technicznie warunkach sali koncertowej Od Nowy w wyjątkowy sposób.

  • Al Meda
  • Al Meda
  • Al Meda
  • Al Meda
  • Al Meda
  • Al Meda
  • Al Meda
  • Al Meda
  • Al Meda
  • Al Meda
  • Al Meda
  • Al Meda
  • Al Meda
  • Al Meda
  • Al Meda
  • Al Meda
  • Al Meda
  • Al Meda
[1/18] Al Meda Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak

Po tym zachwycającym technicznie otwarciu do muzyka z Burkina Faso dołączyli muzycy z Ala Medy, by zabrać zgromadzonych słuchaczy w niezapomnianą podróż, w której psychodeliczny kosmologiczny sznyt kompozycyjny przeplatał się z tradycyjnymi afrykańskimi dźwiękami, tworząc mieszankę równie kreatywnie wyjątkową jak ta zaprezentowana dnia wcześniejszego przez Lunamë. Koncert Ala Medy poza absolutnie fenomenalną sekcją instrumentów szarpanych w formie kory Dembele i gitary akustycznej Jakuba Ziołka wyróżniał się także absurdalnym wręcz bogactwem perkusjonalii. Praktycznie każdy członek zespołu żonglował wieloma instrumentami tego typu często w ramach jednego utworu. Łukasz Jędrzejczak wielokrotnie odchodził od swojej sekcji szeroko rozumianej elektroniki, by zboczyć na chwilę ze sceny i w iście plemiennym tańcu pośród publiki dodać kompozycjom trochę kolorytu poprzez użycie wspomnianych perkusjonaliów. Dembele dał się też poznać jako bardzo solidny wokalista, co, mając na uwadze, że kora wygląda na całkiem złożony instrument, jest czymś godnym podziwu. Oczywiście, tradycyjnie nie obyło się bez bisu.

Dzień drugi festiwalu został zamknięty przez grupę być może mniej wywrotową niż szalony taniec, w jaki zabrała nas Ala Meda, ale jednocześnie padło tutaj na zespół z jeszcze większą renomą, cieszący się nią nie bez przyczyny. Leszek Kułakowski Trio wspólnie z niemieckim trębaczem Christopherem Titzem zaprezentowało materiał wiejący zachodnim jazzowym standardem. Muzycy zagrali w większości materiał z płyty "Chlusty" inspirowanej wycinkiem życiorysu Witkacego. Słowami Kułakowskiego: "Matka Witkacego nauczyła go prostych technik kompozycyjnych w dzieciństwie, kiedy ten w życiu dorosłym widział, gdziekolwiek fortepian dopadał do niego w takim krótkim przejawie muzycznej agresji i znęcał się nad tym instrumentem niemiłosiernie — i to właśnie są wspomniane chlusty".

  • Leszek Kułakowski Trio
  • Leszek Kułakowski Trio
  • Leszek Kułakowski Trio
  • Leszek Kułakowski Trio
  • Leszek Kułakowski Trio
  • Leszek Kułakowski Trio
  • Leszek Kułakowski Trio
  • Leszek Kułakowski Trio
  • Leszek Kułakowski Trio
  • Leszek Kułakowski Trio
  • Leszek Kułakowski Trio
  • Leszek Kułakowski Trio
  • Leszek Kułakowski Trio
  • Leszek Kułakowski Trio
[1/14] Leszek Kułakowski Trio Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak

Podobnie jak we wcześniejszych koncertach, bardzo wiele rzeczy tutaj zagrało. Dźwiękowo jest tylko jeden zarzut, po części z obranej artystycznej konwencji. Leszek Kułakowski na fortepianie oraz Tomasz Sowiński na perkusji piłowali swoje instrumenty tak wściekle, że momentami kontrabas Piotra Kułakowskiego zlewał się gdzieś w miksie i znikał w całkowitej oddali. Trąbka Christophera Titza bardzo zgrabnie ubarwiała to wszystko i dało się wyczuć, że Kułakowski współpracuje z niemieckim muzykiem nie od wczoraj. Kułakowski na temat ich relacji powiedział następujące zdanie: "Cenię Chrisa za jego liryzm. To nie jest niemiecki liryzm, lecz europejski liryzm w stylu Komedy i Chopina.".

Najjaśniejsze punkty tego koncertu to absurdalnie wręcz pogodna "Czartoria", zbudowana wokół bardzo chwytliwej melodii, którą Kułakowski miał wygwizdać, zjeżdżając na nartach w tamtych rejonach. Poprzez prostotę wiodącego motywu każdy członek kwartetu miał tutaj szerokie pole do jazzowych popisów, a wybitnie głośno oklaskiwane solo perkusyjne Tomasza Sowińskiego zdecydowanie zapadnie w pamięć publiczności zgromadzonej w Od Nowie na długo po opuszczeniu klubu. Drugim bardzo pamiętnym punktem był zamykający set utwór "Paula", bardzo wierny dynamizmowi, z jakim Witkacy tworzył swoje dzieła. Jednocześnie był to wykon, w którym klasyczne jazzowe ramy strukturalne zderzają się widowiskowo z dziką ekspresjonistyczną wolnością improwizacji, naśladując groteskowe kontrasty portretów króla awangardy dwudziestolecia międzywojennego. Jak myślicie, był bis? No był.

Dzień trzeci wasz redaktor muzyczny musiał odpuścić przez inne zobowiązania zawodowe. Mając na uwadze, że festiwal wyprzedał się po pierwszym dniu, myślę, że Marcin Sikała Quartet i Szymon Mika Agma, występujący w piątkowy wieczór, również dowieźli tak samo jak wcześniejsze występy w ramach JAZZ Od Nowa Festival.

Głowa mnie nie boli

No i wielki finał, moi Państwo, dzień czwarty otworzył bodajże najbardziej polaryzujący w odbiorze koncert całego festiwalu. Adam Pierończyk wystąpił w formule solowej wraz z hipsterskim instrumentem, jakim jest saksofon sopranowy. Elbląski saksofonista wybrał tę formułę, ponieważ dla niego jest to najbardziej naturalna forma obcowania z tymi dźwiękami, ponieważ gdy ćwiczy, również jest sam. Pierończyk często występuje w mocno industrialnych przestrzeniach muzeów i galerii sztuki, przez co brzmienie płynące z głośników bardzo studyjnej sali Od Nowy zostało specjalnie na ten koncert wzbogacone o odpowiedni pogłos. No i udało się to osiągnąć. Czułem się, jakbym siedział w jakiejś brutalistycznej przestrzeni zlokalizowanej na Stoczni Gdańskiej. Na tym jednak nie kończy się muzyczna brawura saksofonisty: przez czterdzieści minut (z wyłączeniem bisu) słyszeliśmy czystą improwizację, no i właśnie tu pojawiły się pewne mankamenty. Ze względu na obraną konwencję zupełnie nie dało się ocenić, czy tak miało być, czy Pan Adam jednak czegoś nie przycieniował.

  • Adam Pierończyk
  • Adam Pierończyk
  • Adam Pierończyk
  • Adam Pierończyk
  • Adam Pierończyk
  • Adam Pierończyk
[1/6] Adam Pierończyk Źródło zdjęć: © Licencjodawca | Ignacy Grześkowiak

Po koncercie, podsłuchując z dziennikarską rzetelnością rozmowy toczące się w foyer, można było usłyszeć takie zdania jak "nigdy czegoś takiego nie przeżyłam" albo "no to teraz String Connection na zasadzie odbicia od dna" lub nawet "ale mnie głowa boli". Ten ostatni zarzut ma w sobie trochę prawdy, bowiem przez samą swoją specyfikę saksofon sopranowy może wchodzić na bardzo wysokie rejestry, co w połączeniu z izolacją dźwiękową wynikającą ze słuchania tego instrumentu w całkowitej próżni poprzez solową konwencję może być dla wielu nieco drażniące. Co do zarzutu, że było to jakoś skrajnie szalone, no to osobiście stwierdzam, że dowolny wieczorny koncert w ramach bydgoskiego Mózg Festiwalu to znacznie większy obłąkany młyn. W momencie, kiedy spojrzeliśmy na Adama Pierończyka bardziej przez pryzmat nietuzinkowego performance’u niż trzymania się stricte ortodoksyjnego rozumienia melodii, to nawet dało się z tego cieszyć.

Wielki koniec

Na sam koniec otrzymaliśmy swoistego headlinera tegorocznego JAZZ Od Nowa Festival, czyli Krzesimira Dębskiego i jego zespół String Connection. Jasne, może nie było tu wywrotowej formy Lunamë czy psychodelicznych afrykańskich pejzaży Ala Medy, ale było za to coś innego — rzemiosło techniczne na niewyobrażalnym wręcz poziomie. Jednak żeby dograć jedną frazę na fortepienie i w czasie krótszym niż sekunda wbić się w rytm za pomocą skrzypiec, tak jak to zrobił niejednokrotnie pan Krzesimir z oszałamiającą gracją, to trzeba potrafić.

String Connection na 26. JAZZ Od Nowa Festival przypomniał, że muzyka tego kwartetu nie jest jedynie zapisem jazzrockowej wirtuozerii, lecz żywym organizmem, który nawet po latach potrafi zachować świeżość, energię i nieoczywistą dramaturgię. Otwierające koncert "New Romantic Expectation" od razu ustawiło ton występu, a następujące po nim "Berolina Foxtrott" podtrzymało instrumentalny dialog, w którym precyzja wykonawcza nie oznaczała rezygnacji ze swobody. Prawdziwy popis przyniosło jednak "Obsession". W tej kompozycji szczególnie wyraziście zaznaczył swoją obecność Krzysztof Ścierański – jego bas nie ograniczał się do podtrzymywania fundamentu rytmicznego, lecz stawał się pełnoprawnym głosem narracji, prowadzącym własną, fascynującą opowieść. To właśnie w takich momentach najlepiej było słychać, jak wiele przestrzeni String Connection pozostawia poszczególnym muzykom.

  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
  • String Connection
[1/28] String Connection Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak

W programie znalazła się również "Cichosza", przywołująca pamięć nieżyjącego już Janusza Skowrona, a także "Montreal Ballad", pozwalająca spojrzeć na zespół z bardziej lirycznej perspektywy. Nie oznaczało to jednak długiego odpoczynku od energetycznej strony jego twórczości. "Body Animation" przyniosło znakomite połączenie funkowego groove’u z instrumentalną ekspresją, a szczególną uwagę przyciągała modulacja głosu Krzesimira Dębskiego. Jego wokalne eksperymenty nie stanowiły ozdobnika doklejonego do kompozycji, lecz integralny element muzycznej konstrukcji, znakomicie współgrający z pulsującym rytmem całości.

Publiczność nie zamierzała jednak pozwolić muzykom na dowolne rozporządzanie repertuarem. Coraz natarczywiej domagano się "Cantabile" – i w końcu właśnie ten utwór zamknął główną część koncertu. Był to jeden z tych momentów, w których relacja między sceną a widownią przestaje być wyłącznie kwestią aplauzu, a staje się wspólnym przeżywaniem muzyki, doskonale znanej, a mimo to wciąż wyczekiwanej. Na bis zespół wybrał "Cien kilos de pas", pozostawiając słuchaczy z porcją instrumentalnej nostalgii za hiszpańskimi krajobrazami. Toruński występ String Connection pokazał, że siła tej formacji tkwi nie tylko w rozpoznawalnym języku kompozytorskim, ale również w umiejętności nadawania mu nowego życia na scenie.

Podsumowując, JAZZ Od Nowa Festival deklasuje swojego młodszego rywala, Metropolis Jazz Festival. Nie budżetem, nie licytacją na najdroższe nazwiska ani desperacką próbą udowodnienia, że jazz wciąż może być atrakcyjnym produktem.

Siła imprezy Maurycego Męczekalskiego tkwi w fundamentalnym zrozumieniu, że istotą tej muzyki jest dialog, ryzyko, nieprzewidywalność i wolność, która nie musi nikomu niczego udowadniać. Od afrykańskiej kory, przez elektroniczne eksperymenty Lunamë, po wirtuozerski jazzrock String Connection – program 26. edycji pokazał, że jazz nie jest zamkniętym muzeum gatunkowych konwencji, lecz żywą materią, która nieustannie szuka nowych form. A kiedy kolejni artyści wracają na scenę na bis, wiadomo, że wydarzyło się coś więcej niż tylko dobrze zorganizowany koncert. Od Nowa wciąż rozumie, po co właściwie gra się jazz.
Wybrane dla Ciebie