MINI Cooper SE - mały drań, który skradł mi serce. Moto Metropolia, część 3 

Dwa pierwsze samochody, o których pisałem w ramach Moto Metropolii, do małych zdecydowanie nie należały. Powiedzmy nawet, że były to auta rozmiarów niemal monstrualnych. Ale tym razem przyszła pora na coś z zupełnie innej bajki. Mały miejski samochodzik. I przyznam, że podchodziłem do niego z pewną dozą nieśmiałości. Bo ja po prostu lubię duże samochody. MINI? Fajne, charakterystyczne, kultowe... ale czy dla mnie? No i się pomyliłem. Bo ten mały zielony drań skradł mi serce od pierwszych kilometrów.

MINI CooperMINI Cooper
Źródło zdjęć: © Licencjodawca | Piotr Jagiełowicz
Marcin Pawłowski

Mowa o MINI Cooper SE, elektrycznym MINI generacji J01, które ma 218 KM i naprawdę niewiele wspólnego z grzecznym miejskim samochodzikiem, za jakiego można je początkowo wziąć.

Najpierw wygląd...

Jest po prostu świetny. British Racing Green, czarny dach, klasyczna bryła MINI przepisana na współczesny język i cała masa drobiazgów, które powodują, że można chodzić wokół niego i ciągle coś oglądać.

I dokładnie tak samo jest w środku. Deska rozdzielcza jest fantastyczna. Ażurowa, minimalistyczna, ale przy tym nie wygląda tanio ani plastikowo. Wręcz przeciwnie, materiały zrobiły na mnie naprawdę piorunujące wrażenie.

Są takie szczegóły, które teoretycznie nie powinny mieć większego znaczenia... Ale mają. Pasek skóry na desce. Parciany detal przy kierownicy. Mała, gruba kierownica, którą rewelacyjnie trzyma się w dłoniach. Wystające delikatnie elementy głośników w drzwiach. Fotele i ich tłoczenia. Faktury materiałów.

I tutaj muszę się do czegoś przyznać. Jestem estetą. I trochę snobem. Lubię, kiedy rzeczy są nie tylko dobre, ale też dobrze zaprojektowane. Kiedy ktoś pomyślał o detalu, którego większość ludzi może nawet nie zauważyć. A ja zauważam.

I właśnie takie drobiazgi robią dla mnie ogromną różnicę. Ten pasek skóry na desce. Ten parciany element przy kierownicy. Faktura materiału. Sposób, w jaki wykończono fotel. To, jak wygląda klamka. Jak coś leży pod palcami. To są rzeczy, które po prostu uwielbiam.

Nie muszą mieć żadnego wpływu na osiągi samochodu. Nie dodają koni mechanicznych. Nie zwiększają zasięgu. Ale sprawiają, że samochód przestaje być tylko samochodem. Zaczyna być Ci bliski. Trochę jak dobrze zaprojektowany przedmiot, trochę jak mebel, który masz od lat, trochę jak dzieło sztuki użytkowej. Staje się częścią Twojej codzienności. I ja właśnie takie rzeczy uwielbiam.

  • MINI Cooper
  • MINI Cooper
  • MINI Cooper
  • MINI Cooper
  • MINI Cooper
  • MINI Cooper
  • MINI Cooper
  • MINI Cooper
  • MINI Cooper
  • MINI Cooper
  • MINI Cooper
  • MINI Cooper
  • MINI Cooper
[1/13] MINI Cooper Źródło zdjęć: © Licencjodawca | Piotr Jagiełowicz

Charakter

Widać, że ktoś tutaj naprawdę usiadł i pomyślał o tym, jak stworzyć charakter, a nie tylko kolejne wnętrze samochodu. Do tego centralny, okrągły wyświetlacz OLED. I tutaj jest jeszcze jeden smaczek. Bo ten wielki okrąg na środku deski nie znalazł się tam przypadkiem.

To bardzo wyraźne nawiązanie do pierwszych Mini, które również miały zegary umieszczone centralnie. Tyle że kiedyś patrzyłeś tam na prędkościomierz, a dzisiaj masz okrągły ekran OLED, który jest jednocześnie zegarami, centrum multimediów i właściwie sercem całego samochodu.

I moim zdaniem zrobili to genialnie. Bo ten ekran nie wygląda jak kolejny tablet przyklejony do deski rozdzielczej. On wygląda tak, jakby zawsze miał tam być. Grafika, animacje, sposób obsługi, zmiana trybów MINI Experience... wszystko do siebie pasuje.

I jeszcze jedna rzecz, która mnie kompletnie kupiła. Nie ma tutaj takiej klasycznej, wielkiej konsoli środkowej oddzielającej kierowcę od pasażera. Jest dużo powietrza, dużo przestrzeni, a podłokietnik jest właściwie małym oparciem przymocowanym do fotela kierowcy. I wygląda to trochę tak, jakby ktoś wyjął go ze starego fotela babci. Albo ze starej ławki stojącej gdzieś w angielskiej rezydencji pod Londynem. Bez kombinowania. Bez wielkiej skrzyni między siedzeniami. Bez miliona schowków, klapek i plastików.

Po prostu oparcie na łokieć. I wiecie co? To jest bardzo wygodne. A przede wszystkim pasuje do całej filozofii tego wnętrza. Nowoczesność jest tutaj wszędzie, ale cały czas gdzieś pod spodem czujesz stare Mini. Nie jako tani retro-gadżet. Tylko jako pomysł przeniesiony o kilkadziesiąt lat do przodu.

Testowany egzemplarz miał również Head-Up Display, panoramiczny dach, podgrzewane fotele i kierownicę oraz rozszerzone reflektory LED.

Nagłośnienie? Rewelacja. Naprawdę jedna z tych rzeczy, które zauważasz bardzo szybko. A potem wrzucasz tryb GO-KART... I tutaj kończy się opowieść o sympatycznym miejskim MINI. Bo wciskasz tryb GO-KART... i ten niewielki, zwinny samochodzik nagle zmienia się w małego potwora. W monstrum. W coś na kształt małego bolidu Formuły 1, który ktoś przez przypadek dopuścił do ruchu ulicznego. I zaczynasz rozumieć, po co temu autu 218 KM.

Przyspieszenie jest fenomenalne

Naciskasz gaz i po prostu wciska Cię w fotel. Ze świateł ten mały skurczybyk po prostu miażdży. 0-100 km/h zajmuje mu może z 5 sekund, ale same liczby nie oddają tego, co dzieje się za kierownicą. W elektryku moment obrotowy dostajesz natychmiast i MINI wykorzystuje to idealnie.

Ale jeszcze bardziej od samego przyspieszenia spodobało mi się prowadzenie. Precyzja jest kapitalna. Mała, gruba kierownica, szybka reakcja na każdy ruch, zwarte nadwozie i poczucie, że dokładnie wiesz, gdzie znajdują się cztery koła.

Miałem również możliwość sprawdzić MINI Cooper SE na torze MotoPark Toruń. I właśnie tam najlepiej poczułem, że MINI nadal doskonale pamięta, skąd wzięło się całe to słynne określenie "gokartowe prowadzenie". Na zwykłej ulicy czujesz, że samochód jest zwarty i precyzyjny. Na torze zaczynasz rozumieć, jak bardzo.

To auto naprawdę fenomenalnie skręca

To auto błyskawicznie reaguje na ruch kierownicą, świetnie przyspiesza i daje poczucie pełnej kontroli nad tym, co dzieje się pod kołami.

Chcesz się nim bawić. Chcesz sprawdzić kolejny zakręt. Chcesz jeszcze raz mocniej wcisnąć gaz. I właściwie każda kolejna minuta za kierownicą powoduje, że zaczynasz zapominać, że jeszcze chwilę wcześniej patrzyłeś na niego jak na mały miejski samochodzik. I chyba właśnie tego najbardziej nie spodziewałem się po elektryku. Bo ja z elektrykami miałem na pieńku...

Moje wcześniejsze doświadczenie z samochodem elektrycznym nie należało do szczególnie romantycznych. Jeździłem Cupra Tavascan i pamiętam wyjazd do Poznania, podczas którego większym problemem od samej jazdy było znalezienie miejsca do ładowania. "Jedna ładowarka. Druga. Aplikacja. Kolejna aplikacja. Konto. Rejestracja. Płatność. Coś nie działa. Coś nie łączy". Człowiek zamiast jechać, zastanawia się, którą jeszcze apkę ma ściągnąć. To totalnie zabiło przyjemność z jazdy, choć Cupra jest jedną z moich ulubionych marek.

Nie powiem, że nagle zostałem ambasadorem elektromobilności i jutro sprzedaję wszystko, co ma silnik spalinowy. Ale po jeździe MINI Cooper SE mogę powiedzieć: trochę pogodziłem się z elektrykami... trochę bardziej niż trochę :) Bo jeżeli samochód elektryczny ma wyglądać tak, prowadzić się tak i dawać tyle frajdy, to ja jestem gotowy dalej rozmawiać.

Porozmawiajmy o bagażniku i drzwiach

Czy są minusy? Oczywiście.

Pierwszy? Bagażnik. 210 litrów. Czyli mówiąc bardziej obrazowo: dwie torby z zakupami, nieduży plecak i zaczynamy grać w Tetrisa. To zdecydowanie nie jest samochód, którym chciałbym się przeprowadzać.

Drugi minus jest znacznie zabawniejszy. Drzwi. A dokładniej dźwięk ich zamykania. Trzask. Trochę jak w Skoda Fabia. Chociaż nie... żeby MINI aż tak nie krzywdzić, bardziej jak w Mercedes Klasy G. Tylko że w Mercedes Klasy G ten trzask stał się częścią charakteru samochodu. Tutaj przy jakości całej reszty po prostu spodziewałem się bardziej subtelnego "łup".

I właściwie… to tyle. Naprawdę próbowałem znaleźć więcej rzeczy, do których mógłbym się przyczepić. Nie znalazłem.

Największy problem z MINI Cooper SE? Oddawanie kluczyków. Bo najbardziej zaskakujące w całym tym teście nie było przyspieszenie. Nie było 218 KM. Nie był ekran. Nie było nawet genialne prowadzenie. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że naprawdę chciałbym mieć ten samochód. Ja, facet, który uwielbia duże auta. Któremu E98 płynie w przytkanych miażdżycą żyłach... Który jeszcze kilka dni wcześniej na małe miejskie MINI patrzył raczej z sympatią niż z pożądaniem.

A po kilku jazdach zacząłem się zastanawiać... Czy ja przypadkiem nie chciałbym takim jeździć na co dzień? Bo MINI Cooper SE ma coś, czego nie da się wpisać do tabelki z wyposażeniem. Charakter.

Za tym autem odwracałem się za każdym razem

Możesz znaleźć większy samochód. Bardziej praktyczny. Z większym bagażnikiem. Szybciej ładujący się. Pewnie znajdziesz też coś tańszego. Ale samochodów, z których wysiadasz, odchodzisz kilka metrów i jeszcze raz odwracasz się, żeby na nie spojrzeć, wcale nie ma tak dużo. A za tym odwracałem się za każdym razem. I chyba to jest najlepsza recenzja, jaką mogę mu wystawić.

Na zakończenie chciałbym bardzo podziękować Aleksandrze Krajewskiej, Specjalistce ds. Marketingu w Dynamic Motors Toruń, za pomoc, świetny kontakt i wsparcie przy organizacji tego materiału.

Ogromne podziękowania również dla Piotra Góreckiego, Koordynatora Działu Sprzedaży MINI, za zaufanie, użyczenie MINI Cooper SE i możliwość przygotowania tego testu.

Dzięki za kluczyki. Trochę mniej dzięki za to, że później trzeba było je oddać... :)

Bardzo dziękuję szefostwu MotoPark Toruń za udostępnienie toru na potrzeby wykonania sesji zdjęciowej.

Artykuł sponsorowany MINI
Wybrane dla Ciebie