Byliśmy na festiwalu NADA 2026. Oto nasze wrażenia

Historia festiwalu NADA jest niezwykłą opowieścią w skali naszego województwa. To opowieść o nieustępliwości, jakości, która broni się sama, podejmowaniu ryzyka i stworzeniu wydarzenia muzycznego, które z roku na rok przyciąga nie tylko ludzi z terenu Metropolii Toruńskiej, ale też z całej Polski. Jasne, to nie jest jeszcze Open’er, natomiast wydaje mi się, że Artur Rojek i jego OFF Festival powinni już powoli oglądać się za siebie.

Festiwal NADAFestiwal NADA
Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak
Ignacy Grześkowiak

Pamiętam dawne odsłony festiwalu NADA w kościele ewangelickim, w którym obecnie mieści się siedziba fundacji Tumult. Już wtedy, pomimo bardziej kameralnego niż obecnie charakteru, impreza malowała się jako wydarzenie z kosmicznym wręcz potencjałem. Pomimo zmiany lokalizacji na CT Park na Bydgoskim Przedmieściu, jedno w festiwalu NADA pozostaje niezmienne: jest to jakościowy, spójny i interesujący line-up.

Jak wypadła w tym roku impreza, której mózgiem operacyjnym jest legenda toruńskiej branży rozrywkowej, czyli dawny szef NRD, Krzysztof "Kriz" Wachowiak? Czas się dowiedzieć.

Sety otwierające festiwal bywają trudnym zadaniem.

Ludzie dopiero powoli zaczynają się gromadzić, a godzinowe widełki bywają dla danych artystów bezwzględne. W tym roku drugą scenę festiwalu NADA otworzył toruński raper Jakub Jan Bryndal, który pomimo podziemnego statusu zdążył już współpracować z pierwszą ligą krajowego hip-hopu. Mam tu na myśli chociażby Łonę czy Pezeta. Na festiwalu NADA wystąpił w interesującym układzie MC, wspierany przez perkusistę. Zaprezentował on solidne flow, rymy płynące z prędkością karabinu maszynowego połączone z nienaganną sekcją perkusyjną. Nawet jeżeli tekściarstwo bywało momentami trochę czerstwe, była to naprawdę przyzwoita rozgrzewka przed resztą tego muzycznego widowiska.

Otworzenie głównej sceny przypadło Danielowi Godsonowi, będącemu obecnie na fali wznoszącej w krajowym popie, dzięki docenieniu go przez innych większych artystów.

Godson zgromadził zaskakująco skromną publiczność jak na wspomniany wcześniej status. Pomimo przyzwoitego warsztatu wokalnego, kompozycyjnie jest to skrajnie wręcz bezpieczna muzyka, zbyt przewidywalna kompozycyjnie, bym mógł tutaj o niej powiedzieć coś ciekawego.

Zupełnym przeciwieństwem tego stwierdzenia jest zespół Nene Heroine, który był kolejnym koncertem na drugiej scenie. Gdański kwartet jest jedną z bardziej intrygujących wariacji młodego polskiego jazzu. Muzycy wkroczyli na scenę w obłokach dymu, odziani w teatralne złote maski. Nie było w tym czuć nutki pretensji, lecz pełną organiczność w kreowaniu wizerunku zespołu. Intrygujące instrumentarium przeplatające syntezatory, saksofon, gitarę elektryczną i basową oraz perkusję w jedną gęstą, klimatyczną całość to coś, co definitywnie wyróżnia Nene Heroine na tle konkurencyjnych zespołów z gdańskiego światka jazzowego.

Hipnotyzujący groove gitary basowej Tony’ego Sadeky’ego oraz wściekłe piłowanie strun swojego Telecastera przez Michaela Zismanna rozbudowują gatunkowość zespołu o komponent rocka psychodelicznego z lat sześćdziesiątych. Wszystko to było świeże, nastrojowe, enigmatyczne i nieporównywalne wręcz z jakimkolwiek innym zespołem na krajowej scenie muzycznej. Był to też pierwszy koncert, który przyciągnął nieco liczniejszy tłum na drugą scenę.

Pod koniec tego teatralnego jazzowego występu nad festiwalem zaczęły się zbierać czarne chmury…

… które uderzyły z pełną siłą w trakcie kolejnego koncertu na głównej scenie, czyli setu WaluśKraksaKryzys. Przybyłem na ten koncert z dawką bezpiecznego optymizmu, ponieważ projekt Sebastiana Łukasza Gugulskiego już od początku swojej działalności jawił się jako jeden z najbardziej intrygujących i bezkompromisowych z młodej fali krajowego post-punku. Niektórzy krytykowali podejście Gugulskiego do składu tej grupy i żonglowanie muzykami z każdą kolejną płytą. Ja natomiast przyszedłem na ten koncert z otwartą głową i, o rany, naprawdę nie wyszedłem z tego setu rozczarowany.

Zanim jeszcze muzycy wyszli na scenę, na terenie NADY zaczęła padać dosłowna ściana deszczu. Niejeden artysta poprosiłby o opóźnienie swojego koncertu w obliczu tych warunków pogodowych. WaluśKraksaKryzys wchodzi na scenę praktycznie na czas, przecinając otoczenie zeppelinowskim przeszywającym do samych kości riffem otwierającym "Trzymam z całej siły twoją stronę". Utwór ten, pochodzący z najnowszego albumu grupy "Tematy i wariacje", podobnie jak te z jego poprzednika "piekło + niebo +", pokazuje, jak długą drogę pokonał Gugulski jako songwriter. Jego najnowsza twórczość wykorzystuje jako rdzeń elementy hard rocka, ponure budujące atmosferę, osobiste teksty i miesza to wszystko z pierwotnym buntem punk rocka i post-punku. Wszystko to tworzy skrajnie autorską i wyrazistą muzykę, która swoją bezwzględną energią pokonała tymczasowy kryzys meteorologiczny na terenie CTParku.

Publiczność, składająca się głównie z młodych toruńskich punków, tańczyła w strugach ulewy pod wściekle przesterowane gitary WaluśKraksaKryzys, które nie zwalniały tempa nawet na moment, tworząc wspólnie iście niezapomniany spektakl. Moim osobistym ulubieńcem z tej godzinnej setlisty jest zagrana pod koniec kultowa już na tym etapie współpraca zespołu Gugulskiego z awangardowym raperem Zdechłym Osą zatytułowana "COŚ NIECOŚ". Lider WaluśKraksaKryzys bezbłędnie zarapował zwrotkę nieobecnego na NADZIE Zdechłego Osy, pokazując prawdziwą koncertową klasę. Większość artystów wykorzystałaby w tym miejscu playback, ale ekipa Gugulskiego to jednak punki z prawdziwej krwi i kości. Potencjalnie był to najbardziej ikoniczny koncert tegorocznego festiwalu.

  • WaluśKraksaKryzys
  • WaluśKraksaKryzys
  • WaluśKraksaKryzys
  • WaluśKraksaKryzys
  • WaluśKraksaKryzys
[1/5] WaluśKraksaKryzys Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak

Porównywalny pokaz koncertowego brawado dała Kasia Lins wraz ze swoim projektem "Obywatelka K.L.".

Nagrodzona trzema Fryderykami, genialnie nagrana i zmiksowana wariacja na temat piosenek Republiki absolutnie zawładnęła drugą sceną NADY. Ten koncert pokazał, że na tym festiwalu nie ma czegoś takiego jak ważne i mniej ważne koncerty ani większy ani mniejszy prestiż danej sceny. Tu zawsze rodzi się potencjał na niezapomniane momenty. Zespół laureatki Nagrody Artystycznej Miasta Torunia im. Grzegorza Ciechowskiego absolutnie sprostał oczekiwaniom występu na ziemi, na której zasłynął lider Republiki. Kasia Lins zwróciła nawet uwagę między utworami na pewną surrealistyczną naturę tego koncertu, bowiem "Obywatelka K.L." miała swoją premierę właśnie w Toruniu i powrót do tego miasta na koniec tej trasy jest czymś niezaprzeczalnie wyjątkowym.

Koncert otworzyły szybkie punk-rockowe akordy "My Lunatycy", po których usłyszeliśmy znacząco mroczniejsze niż w oryginale melancholijne post-punkowe brzmienia "Przyznaję się do winy" oraz niepokojące pożądanie "Sexy Doll", które wyśpiewane żeńskim głosem działa perfekcyjnie, zyskując jednocześnie nową świeżą perspektywę. Wokal Kasi Lins jest na żywo wyjątkowo emocjonalny, przepełniony teatralną manierą, która ostatecznie była też niezaprzeczalną domeną Ciechowskiego. Jednak poza przykuwającą oczy liderką bardzo jaskrawo pod wieczornym niebem lśnił też towarzyszący jej zespół, który pod koniec trasy, rozumie się, praktycznie bez słów.

Karol Łakomiec i struny jego Fendera Jaguar wybrzmiewały w tak charakterystyczny, własny i popisowy sposób, spinając scenę koncepcyjnie, że spokojnie można było dojść do wniosku, że polska alternatywa już dawno stała się tak interesująca jak jej zachodnie odpowiedniki. Współcześnie brzmiące syntezatory i sekcje perkusyjne dodają do tego wyjątkowego brzmienia elementy trip-hopu, a ulotne niczym wyrwane z enigmatycznego snu partie fletu dopełniają ten koncertowy majstersztyk. Nie chcę wypowiadać się tu w imieniu takiej legendy jak Grzegorz Ciechowski, natomiast mam takie intuicyjne przeczucie, że ta nowa wizja jego klasyków w wykonaniu asów krajowej awangardy mogłaby do niego przynajmniej na jakimś poziomie przemówić. Ostatecznie był to artysta przełamujący wszystkie schematy i zawsze szukający środków nowego wyrazu. Kiedy pod koniec koncertu Kasia Lins wykonywała swoją wierną duchowi wschodnioeuropejskiego cold wave’u wersję "Śmierć w Bikini", miała na sobie wzrok i uznanie praktycznie wszystkich zgromadzonych na NADZIE 2026 i, kto wie, być może także tych obserwujących to wszystko z zaświatów.

  • Kasia Lins na Festiwalu NADA
  • Kasia Lins na Festiwalu NADA
  • Kasia Lins na Festiwalu NADA
  • Kasia Lins na Festiwalu NADA
  • Kasia Lins na Festiwalu NADA
  • Kasia Lins na Festiwalu NADA
  • Kasia Lins na Festiwalu NADA
  • Kasia Lins na Festiwalu NADA
  • Kasia Lins na Festiwalu NADA
  • Kasia Lins na Festiwalu NADA
  • Kasia Lins na Festiwalu NADA
[1/11] Kasia Lins na Festiwalu NADA Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak

Headlinerem pierwszego dnia festiwalu była legenda polskiego brit-popu, czyli Myslovitz.

Po opuszczeniu grupy przez Artura Rojka rola głównego wokalisty zespołu zmieniała się względnie dynamicznie: była era Michała Kawalonka, była bardzo tymczasowa era Łukasza Lańczyka, znanego z Lorein, by ostatecznie nawiązać stałą współpracę z multiinstrumentalistą Mateuszem Parzymięso począwszy od 2019. Roszady wokalne, a także próba tchnięcia w grupę nowego życia poprzez Aleksandra Kaczmarka z Lorein w roli producenta na "Wszystkich narkotykach świata" z 2023, ostatecznie rodzą pytanie, czy to wszystko jest dalej komukolwiek potrzebne. Jak więc możecie się domyślić, na główną scenę festiwalu NADA o 21:00 wkraczam z nutką dziennikarskiego sceptycyzmu.

Kilka pierwszych numerów to otwierający ponadczasowi "Chłopcy", potem względnie mało widowiskowy "Pakman" ze swoją wtórną linią basu i grubo ciosanym refrenem z ery produkcyjnej Kaczmarka, następnie powrót na właściwe tory w formie chwytliwego minimalistycznego punkowego "Zgonu", po trzecim utworze zespół obiera stabilny kurs na rozbicie wszelkich wątpliwości krytyków. Publiczność ewidentnie zna te refreny, a harmonie wokalne pomiędzy młodszym wokalistą a starą gwardią z Myslovitz to absolutna perfekcja. Wojciech Powaga-Grabowski skacze po tej scenie wraz ze swoją gitarą, podekscytowany, jakby to był jego pierwszy koncert festiwalowy w życiu, a nie jakiś z gatunku setnych. Jest to niewątpliwie urokliwe. Całościowo dochodzę do wniosku, że polskie Radiohead czy tam polskie Oasis jest niezaprzeczalnie w tak dobrej koncertowej dyspozycji jak ich brytyjscy odpowiednicy.

Na pewnym etapie występu klawiszowiec i gitarzysta zespołu Przemysław Myszor zaprosił zgromadzoną tłumnie toruńską publiczność na wyjątkowy koncert, w trakcie którego Myslovitz wykona cały kultowy album "Korova Milky Bar". Wnioskując po koncercie na NADZIE warto się tam wybrać, bo pomimo zmian w składzie i upływu czasu ekipa z Mysłowic wciąż ma "to coś". Przejście z utworu, na który skazani na wieczność są Rojek i Myslovitz, czyli "Długość dźwięku samotności", na inny hit grupy znany jako "Scenariusz dla moich sąsiadów" było wybitnie płynne. Nie podlega najmniejszej wątpliwości, że Mateusz Parzymięso jest godnym spadkobiercą ikonicznego Artura Rojka w roli frontmana, zarówno wokalnie, jak i przez swoją mocno britpopową prezencję, która wnosi do równania coś nowego. Stara szkoła podołała trudnej roli headlinerów wieczoru.

  • Myslovitz na Festiwalu NADA
  • Myslovitz na Festiwalu NADA
  • Myslovitz na Festiwalu NADA
  • Myslovitz na Festiwalu NADA
  • Myslovitz na Festiwalu NADA
  • Myslovitz na Festiwalu NADA
  • Myslovitz na Festiwalu NADA
  • Myslovitz na Festiwalu NADA
[1/8] Myslovitz na Festiwalu NADA Źródło zdjęć: © Licencjodawca | Ignacy Grześkowiak

Główną scenę pierwszego dnia zamknęła jedna z najpopularniejszych grup indie rockowych w naszym kraju, czyli Kacperczyk.

Można było na tym etapie imprezy zauważyć, że widownia w pierwszych rzędach zdecydowanie odmłodniała względem występu Myslovitz. To, co jednak pozostało niezmienne, to to, że na NADZIE fani znają grane tu piosenki. Koncert rozpoczął się wakacyjnym letniaczkiem "Artysta z ASP", który z ogłuszającym rykiem został rozpoznany przez zebrany fanbase. Wiedząc, że godzina jest już późna, ale uśmiechnięci od reakcji tłumu, Maciej i Paweł Kacperczyk postanowili nie owijać w bawełnę i zaprezentować godzinny set potężnych hitów z trzech ostatnich płyt. Była rodzinna nostalgia w formie "Brejdaków" i "Syna Okiennika", a także drapieżna, arogancka, post-punkowa współpraca z Kukonem "Nie moja Wina" i charakterystycznie szantowy biesiadny "Wiatr". Hymn Męskiego Grania 2024 "Wolne Duchy" idealnie dopełnił tę wyluzowaną, wspominkową, wakacyjną aurę setlisty Kacperczyków przygotowanej na NADĘ 2026.

Maciej Kacperczyk ma niezaprzeczalną sceniczną charyzmę, która jest godna niemal Alexa Turnera z Arctic Monkeys. Dzięki pięknie wyczutej sekcji rytmicznej Pawła Kacperczyka i wpadającym w ucho gitarowym ogniskowym refrenom jego brata i niezawodnej reszcie zespołu Kacperczyki zaskarbiają sobie kolejne rzędy i pokolenia słuchaczy z każdą trasą. Grupa przeszła niesamowitą ewolucję od "indie gości od refrenów w SBMie" do najbardziej wszechstronnych i lubianych artystów w Polsce. Wspaniałe zamknięcie wspaniałego treściwego pierwszego dnia festiwalowego.

Jako że ten tekst z przyczyn oczywistych jest dość długi, spróbujemy przejść do dnia drugiego w nieco bardziej dynamiczny sposób. W końcu uwaga czytelnika w dzisiejszych czasach to rzecz na wagę złota. Docieram na teren wyglądającego malowniczo na tle zachodzącego słońca CTParku lekko spóźniony. Ze sceny głównej dobiegają do mnie dźwięki natychmiastowo chwytliwych letniaczków wrocławskiego duetu BSK, powszechnie utożsamianego z brzmieniem matcha rapu, podobnie jak występujący na zeszłorocznej NAD-zie Hubert.. Coś tam kropi, ale chłopaki grają tak dobrze, że zdają się na bieżąco odstraszać deszcz, gdy publika wczutych dwudziesto-/trzydziestoparolatków rytmicznie klaszcze pod refrenem wiralowego "w drodze" nagranego z Hubertem.

W trakcie swojego popołudniowego setu wrocławski duet pokazał, że nie można ich spłycić do produktu ani do stereotypowej muzyki do kawiarni dla białasów. Jeżeli chodzi o styl, to BSK, nawet kiedy nie wynajduje koła na nowo, eksploruje klimaty, które dawno nie gościły w mainstreamie, coś w stylu samych początków Tego Typa Mesa wraz z jego R&B półśpiewanymi refrenami, solowych początków Holaka z jego indie-rockowym zacięciem, pierwszej EP-ki Adiego Nowaka i dokumentowania codziennych młodzieńczych perypetii. Bity są absolutnie cudne. Raperzy z wrocławskiego Biskupina mają fenomenalne wyczucie w dywersyfikacji swojego brzmienia .

W Toruniu JAY-K i TO JA FIFI raczyli nas zarówno oldschoolowym "ZBUNTOWANI" w stylu klimatu lżejszych numerów z debiutu Małpy, jak i blues-rockowym spojrzeniem na rap na "Jakoś to lepiej bez ciebie", przypominając wyraziste garażowe riffy od The Black Keys z albumu "Blakroc". Każdy kolejny numer i każda kolejna wolta stylistyczna zdawały się powiększać zgromadzoną pod sceną publikę. BSK poczuło się na scenie NADY tak dobrze, że zostało na niej z trzy piosenki dłużej niż to planowano w rozpisce czasowej.

  • Kacperczyk na Festiwalu NADA
  • Kacperczyk na Festiwalu NADA
  • Kacperczyk na Festiwalu NADA
  • Kacperczyk na Festiwalu NADA
  • Kacperczyk na Festiwalu NADA
  • Kacperczyk na Festiwalu NADA
[1/6] Kacperczyk na Festiwalu NADA Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak

Słoneczko świeci, jakieś chmurki, jest dobrze…

…pomyśleli sobie wszyscy wybierający się na małą scenę na koncert Omasty, jednego z najlepszych zespołów młodego polskiego jazzu. Kiedy utalentowani krakowscy alchemicy improwizacji ruszyli ze swoim setem, festiwal NADA zaczął się mierzyć z niemalże biblijną ulewą. Pomimo wybitnie niekorzystnej sytuacji krakowski kwintet pokazał wszystkim tłuste, gęste brzmienie z ich długogrającego debiutu "Jazz Report from the Hood". Ta jedna z najlepszych polskich płyt zeszłego roku to urzekający list miłosny do kultury zarówno jazzu, jak i hip-hopu. W trakcie koncertu muzycy wielokrotnie podziękowali oddanym fanom, którzy stali w ścianie deszczu, by usłyszeć ten pierwszorzędny repertuar. Omasta zaprezentowała również swój nowy singiel "In Your Face", brzmiący bardziej filmowo i nastrojowo niż kiedykolwiek wcześniej, zapowiadając kolejną erę dla zespołu.

Warunki pogodowe nie poprawiły się zanadto do czasu, kiedy Livka musiała startować z następnym koncertem na scenie głównej.

Podobnie jak większość wspomnianych wcześniej artystów z tegorocznego line-upu NADY, jest ona artystką ponadgatunkową. Oliwia Kiszczak przebiła się do ścisłego mainstreamu swoim znakomitym wkładem w projekt Taco Hemingway’a "LATARNIE WSZĘDZIE DAWNO ZGASŁY". Głośno wykrzyczane przez widownię "Bez Stresu" z tegoż właśnie albumu musiało w pewnym momencie koncertu wybrzmieć. Jednocześnie wokalistka nie szufladkuje swojego brzmienia wyłącznie do świata hip-hopu. Oczywiście Livka zagrała w Toruniu te bardziej rapowe numery w stylu "poza Tobą nic", ale mogliśmy też usłyszeć minimalistyczny dark pop w klimacie Billie Eilish na "7", ale także indie-rockowe "Origami" nasuwające skojarzenia z urzekającą analogowością pierwszych płyt Clairo.

Cały koncert zamknęło pop-punkowe "epicentrum", które niezaprzeczalnie brzmi jak coś, co mogłaby napisać Ewa Farna 15 lat temu. Jak więc sami widzicie, Livka zarówno poprzez zróżnicowanie brzmienia, jak i wybitną skalę wokalną w warunkach koncertowych pokazuje, że jej twórczość jest czymś znacznie więcej niż tylko modnym występem gościnnym na raperskich płytach. A i jest też ona przezabawna w sposobie, w jaki prowadzi koncert, rzucając co rusz ujmująco suchymi żarcikami pomiędzy wykonywanymi piosenkami. Livka ma w sobie czarującą ekscytację związaną z wychodzeniem na scenę, jak gdyby wciąż nie mogła uwierzyć w to, że wyłącznie dzięki niewątpliwemu talentowi znalazła się w miejscu, w którym się właśnie znajduje.

Kolejny koncert na małej scenie skupił na sobie uwagę całego festiwalu pomimo względnie świeżego repertuaru.

Kasia Sienkiewicz, znana z tworzenia wraz ze swoim bratem absolutnego indie-folkowego giganta, jakim jest zespół Kwiat Jabłoni, wystąpiła na NADZIE jako solowa artystka. Pomimo tego, że jej solowa twórczość nie jest jakąś wywrotową rewolucją względem działalności w grupie, która przyniosła jej rozpoznawalność, mamy tu jednak pewne powiewy świeżości. Solowa Kasia Sienkiewicz opiera się w większej mierze na widowiskowych harmoniach wokalnych z resztą swojego nowego zespołu, odchodząc jednocześnie od utożsamianego z nią fortepianu i zamieniając go na vintage’owy syntezator i chwytanie za tamburyn. Zaprezentowany solowy repertuar artystyki, jak chociażby single "Były momenty", "To nie o mnie" lub "Zimne ognie", ma w sobie jakiś taki klimat piosenek ABBY wykorzystanych w musicalu Mamma Mia, a wspomniane wyżej harmonie wokalne na cztery żeńskie głosy w połączeniu z zawodowo wypracowanym ruchem sceniczynym tylko potęgują ten efekt. Highlight koncertu? Wirtuozersko uwspółcześniona synth-popowa wersja "Słodkiego, miłego życia" z repertuaru Kombi. Słowami Kasi Sienkiewicz, ten cover to "spełnienie jej dziecięcych marzeń". Zachwycona toruńska publiczność wywalczyła nawet bis, co przy tak napiętej rozpisce czasowej jak ta na NADZIE jest nielada wyczynem.

  • Kasia Sienkiewicz na Festiwalu NADA
  • Kasia Sienkiewicz na Festiwalu NADA
  • Kasia Sienkiewicz na Festiwalu NADA
  • Kasia Sienkiewicz na Festiwalu NADA
  • Kasia Sienkiewicz na Festiwalu NADA
[1/5] Kasia Sienkiewicz na Festiwalu NADA Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak

Headlinerem drugiego dnia był powracający po krótkiej nieobecności uwielbiany przez wielu zespół Coma.

Podobnie jak Nene Heroine z dnia pierwszego tegorocznej NADY, ten koncert także rozpoczął się w maskach. Nie potrafię do końca zdefiniować, dlaczego, ale tym razem czułem w tym jakąś większą nutkę pretensjonalności. 9-piosenkowa setlista Comy zdawała się polemizować z własnym mitem, w jaki obrósł ten kultowy już dzisiaj zespół rocka/metalu alternatywnego. Coma nie próbuje w Toruniu udowadniać, że jest zespołem "na dziś". Podobnie jak headliner dnia poprzedniego, udowadnia, że jej przeszłość nadal działa. Setlistę otworzył "Ekhart" z "Hipertrofii", czyli z płyty bardziej rozbudowanej, cięższej, progresywnej i psychologicznej niż debiut. Następnie zespół cofa się do "Pierwszego wyjścia z mroku". To, co zostało niewątpliwie potwierdzone już w trakcie tego drugiego numeru, to fakt, że grupa Piotra Roguckiego wciąż potrafi zamieniać swoje teksty w doświadczenie zbiorowe.

Ogłuszający ryk fanów znających ten jak i wszystkie pozostałe utwory Comy zaprezentowane tego wieczoru jest jak soniczne potwierdzenie tego, że to wszystko dalej się broni. To, jak bardzo Coma miała w CT Parku zgromadzony tłum w swojej garści, jest czymś niemożliwym do pominięcia. Obserwując ten cały młyn z trochę dalszej odległości, nie mogłem się nadziwić, że ten już niemłody zespół wciąż przyciąga tak żywiołową i ponadpokoleniową publiczność. Setlistę zamknęło "Sto tysięcy jednakowych miast" połączone z zapowiedzią, że Coma nie będzie koncertować w 2027. Wydźwięk tego utworu w połączeniu z tą ponurą dla fanów informacją rodzi sporo pytań.

Czy doświadczyliśmy na NAD-zie pożegnania? Czy było ono definitywne? Czy był to koncert zespołu powracającego do życia czy zespołu celebrującego własny mit? Motywem przewodnim całego występu była definitywnie pamięć, jak gdyby Coma poprzez wybór piosenek chciała zadać słuchaczom pytanie "Pamiętacie jeszcze o nas?", a tysiące zgromadzonych na drugim dniu NADY 2026 słuchaczy odpowiedziało w sposób głośny, klarowny i nie pozostawiający żadnych wątpliwości.

Ostatnim koncertem, na który się wybrałem, był koncert londyńskiego trio Kerala Dust, które, podobnie jak wiele innych zespołów występujących na tym festiwalu, łączy w sobie wiele różnych światów. Ich odjechana mieszanka techno, house’u, post-punku i funku absolutnie porwała toruńską widownię. Nie mogłem się nadziwić, że ci wszyscy ludzie mają jeszcze na tym etapie imprezy w sobie tyle energii, by aż tak dziarsko tańczyć pod dźwięki brzmiące jak coś z innej galaktyki. Koncert Kerala Dust pokazuje, że pozostanie wiernym pierwotnej idei NADY, by nie ograniczać się wyłącznie do krajowej muzyki, jest słuszną drogą. Zespoły, które nie są już podziemiem, ale nie są jeszcze mainstreamem, mają tutaj okazję pokazać się publiczności gotowej odkrywać nowe światy i brzmienia. Koncert Kerala Dust na pewno zostanie z toruńskimi słuchaczami na długo po opuszczeniu CTParku. To było szybkie, niepokorne i nowatorskie granie, które zamknęło małą scenę Festiwalu NADA w wielkim stylu.

  • Coma na Festiwalu NADA
  • Coma na Festiwalu NADA
  • Coma na Festiwalu NADA
  • Coma na Festiwalu NADA
  • Coma na Festiwalu NADA
  • Coma na Festiwalu NADA
  • Coma na Festiwalu NADA
  • Coma na Festiwalu NADA
  • Coma na Festiwalu NADA
  • Coma na Festiwalu NADA
  • Coma na Festiwalu NADA
  • Coma na Festiwalu NADA
  • Coma na Festiwalu NADA
  • Coma na Festiwalu NADA
  • Coma na Festiwalu NADA
  • Coma na Festiwalu NADA
[1/16] Coma na Festiwalu NADA Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Ignacy Grześkowiak

Ostatnim koncertem na dużej scenie był IGO — znany, ceniony, rozpoznawalny głos polskiej estrady.

Zakończenie lata zaczęło się powoli dawać we znaki i jednak wrześniowe wieczory nie są tak ciepłe jak ich lipcowe i sierpniowe odpowiedniki. Kierując się moim nieprzygotowaniem do panujących warunków meteorologicznych, odpuściłem ten koncert. Z tego, co słyszałem, nie było wstydu i po raz kolejny usłyszeliśmy godne zamknięcie drugiego dnia imprezy.

Podsumowując, jak wypadła tegoroczna edycja festiwalu NADA? No fenomenalnie. Genialnie zróżnicowany line-up, profesjonalne warunki dźwiękowe, które nie wywaliły się nawet pomimo srogiej ulewy, liczebna publiczność i masa pamiętnych wyjątkowych koncertów. Tu nie ma mowy o żadnych potknięciach ani półśrodkach. To wydarzenie, które od skromnych początków w dawnym kościele ewangelickim urosło do rangi najlepszego, najważniejszego festiwalu muzycznego w województwie kujawsko-pomorskim. Krzysztof "Kriz" Wachowiak i jego ekipa nie obniżają sobie poprzeczki i z każdą kolejną edycją prezentują imprezę mocniejszą pod niemal każdym względem.

Jeżeli mieszkasz na terenie Metropolii Toruńskiej i nie byłeś ani razu na tym festiwalu, to zdecydowanie musisz to nadrobić. Dzięki muzycznej otwartości NADY na to, co nowe i inne, przyciąga ona bardzo zróżnicowanych odbiorców. Jest to zdanie, które można powiedzieć o zaledwie garstce festiwali w tym kraju. To i wiele innych czynników czyni ją imprezą wyjątkową, absolutną muzyczną perłą naszego regionu.

Nawet gdybym chciał się do czegoś przyczepić, to tak całościowo zwyczajnie nie mam do czego. Zgaduję zatem, że jedyne, co nam pozostaje, to czekać z niecierpliwością na pierwszych ogłoszonych artystów NADY 2027, która niezmiennie rozbrzmi w Toruniu w tradycyjnym terminie pierwszego tygodnia września.

Wybrane dla Ciebie