To mógł być Toruń. Kraków pokazuje, że czas skończyć z bezkarnością nienawiści

Dawid Gulczyński
To mógł być Toruń. Kraków pokazuje, że czas skończyć z bezkarnością nienawiściTo mógł być Toruń. Kraków pokazuje, że czas skończyć z bezkarnością nienawiści
Źródło zdjęć: © Metropolia Toruńska .pl | Dawid Gulczyński

Tragedia w Krakowie powinna stać się momentem przełomowym w dyskusji o odpowiedzialności mediów, polityków i internautów. Nie możemy dłużej udawać, że internetowa nienawiść, manipulowanie faktami i podsycanie społecznych konfliktów są jedynie nieszkodliwym elementem wolności słowa. Potrzebujemy zdecydowanych działań, nawet jeżeli wywołają one ogromne protesty. Bo następnym miejscem podobnej tragedii mógłby być Toruń.

W sobotę, 7 listopada, na Rynku Głównym w Krakowie doszło do tragedii, która wstrząsnęła Polską. Według oficjalnych komunikatów sześć osób straciło życie, a piętnaście zostało rannych. Napastnika zatrzymali policjanci, którzy podczas interwencji sami odnieśli poważne obrażenia.

Trudno nie zadawać sobie pytania: czy podobne wydarzenia mogłyby rozegrać się na toruńskim Rynku Staromiejskim? Oczywiście, że mogłyby. Toruń, podobnie jak Kraków, jest miastem otwartym, akademickim, turystycznym i międzynarodowym. Każdego dnia na naszych ulicach spotykają się ludzie różnych narodowości, kultur i przekonań. Skala jest inna, ale charakter obu miast pozostaje zbliżony. Nie oznacza to, że istnieją przesłanki wskazujące na konkretne zagrożenie w Toruniu. Oznacza natomiast, że nie wolno traktować tragedii w Krakowie jak wydarzenia z odległego świata, które nas nie dotyczy. I właśnie dlatego potrzebujemy rozmowy znacznie poważniejszej niż kolejne telewizyjne debaty, polityczne oskarżenia i setki sensacyjnych nagłówków.

Media nie mogą być fabrykami nienawiści

W ostatnich latach część mediów coraz częściej zachowuje się tak, jakby jedyną miarą sukcesu była liczba wyświetleń, komentarzy i udostępnień. Im większa tragedia, tym większy ruch. Im bardziej radykalna wypowiedź, tym większe emocje. Im więcej oburzenia, tym lepszy wynik statystyczny. Tylko czy naprawdę na tym ma polegać dziennikarstwo?

Ogromna odpowiedzialność spoczywa na redakcjach, które eksponują skrajne poglądy, udostępniają przestrzeń do szerzenia nienawiści i pozwalają swoim gościom wygłaszać oczywiste nieprawdy bez jakiejkolwiek reakcji. Rolą dziennikarza nie jest wyłącznie podstawienie mikrofonu. Rolą dziennikarza jest również powiedzenie: to nieprawda.

Nie chodzi o cenzurowanie opinii. Można mieć dowolne poglądy na politykę migracyjną, bezpieczeństwo państwa czy działania rządu. Można krytykować premiera, prezydenta, policję i samorządowców. Ale czym innym jest opinia, a czym innym przedstawianie łatwego do zweryfikowania kłamstwa jako faktu. Dziennikarz, który nie prostuje oczywistych nieprawd wypowiadanych na jego antenie, przestaje być jedynie obserwatorem debaty. Staje się uczestnikiem mechanizmu ich rozpowszechniania.

Dziennikarz, który nie prostuje oczywistych nieprawd wypowiadanych na jego antenie, przestaje być jedynie obserwatorem debaty. Staje się uczestnikiem mechanizmu ich rozpowszechniania.

Dawid Gulczyński
współwłaściciel portalu, dziennikarz

Nie każda informacja zasługuje też na nieograniczone nagłośnienie. O tragediach trzeba informować, ale nie trzeba zamieniać ich sprawców w bohaterów medialnego spektaklu. Nie trzeba wielokrotnie eksponować ich wizerunków, publikować każdego manifestu czy analizować najdrobniejszych szczegółów ich życia. Tym bardziej że odpowiedzialne relacjonowanie aktów masowej przemocy jest od lat przedmiotem dyskusji w międzynarodowym środowisku dziennikarskim. Eksperci zalecają ograniczanie niepotrzebnej rozpoznawalności sprawców i koncentrowanie uwagi na ofiarach, bezpieczeństwie oraz zweryfikowanych faktach.

Policjanci walczyli o życie. Niektórzy już szukali politycznych winnych

Szczególnie bulwersujący jest sposób, w jaki część środowiska medialnego wykorzystała krakowską tragedię do politycznych rozgrywek. Podczas relacji Telewizji Republika Tomasz Sakiewicz kwestionował obecność policji na miejscu wydarzeń i sugerował, że policyjne siły zostały skierowane do Warszawy. Pojawiły się także sugestie, jakoby za atakiem mogła stać grupa cudzoziemców. Tymczasem służby potwierdziły, że sprawcą był Polak, a policjanci, którzy podjęli interwencję i zatrzymali napastnika, sami zostali ciężko ranni.

Można pytać o organizację zabezpieczenia miasta. Można później analizować czas reakcji służb i ewentualne błędy. To uzasadnione zadania mediów. Ale wykorzystywanie dramatu do natychmiastowego budowania politycznych oskarżeń, zanim ustalone zostaną fakty, jest przekroczeniem granicy odpowiedzialnego dziennikarstwa. Postawa młodych funkcjonariuszy, którzy z narażeniem własnego życia zatrzymali uzbrojonego napastnika, zasługuje przede wszystkim na uznanie. Trudno wyobrazić sobie bardziej oczywisty przykład służby publicznej.

Toruń już zetknął się z podobnym mechanizmem nienawiści

Przypomnijmy tragedię 24-letniej Klaudii, zamordowanej po brutalnym ataku w toruńskim parku Glazja. Sprawcą był obywatel Wenezueli. Jego czyn wywołał w pełni zrozumiały społeczny wstrząs i oburzenie. Ale w pewnym momencie gniew zaczął uderzać nie tylko w sprawcę. Ofiarą werbalnych ataków stał się również adwokat, który został wyznaczony do jego obrony z urzędu. Pojawiały się obraźliwe komentarze, oskarżenia i pytania, jak w ogóle można bronić człowieka oskarżonego o tak potworną zbrodnię.

Odpowiedź jest prosta: ponieważ prawo do obrony jest jedną z fundamentalnych zasad państwa prawa. Adwokat nie odpowiada za czyny swojego klienta. Wykonuje obowiązki zawodowe, bez których uczciwy proces nie byłby możliwy.

A teraz postawmy inne pytanie. Czy w takim razie będziemy atakować także krakowskich lekarzy, którzy operowali i ratowali życie sprawcy sobotniego zamachu? Przecież pomagali człowiekowi odpowiedzialnemu za śmierć niewinnych osób. Czy z tego powodu powinni spotkać się z nienawiścią? Oczywiście, że nie. Ratowanie życia jest ich zawodowym i etycznym obowiązkiem. Tak samo jak obowiązkiem adwokata jest obrona klienta, a policjanta - podejmowanie interwencji. Państwo prawa opiera się na zasadach, których nie można zawieszać pod wpływem emocji. Podobnie nie można przenosić odpowiedzialności jednego sprawcy na całą grupę społeczną. Zabójstwo dokonane przez Wenezuelczyka nie stanowi przyzwolenia na obrażanie wszystkich cudzoziemców. Nie uzasadnia nienawiści wobec zagranicznych studentów, pracowników czy turystów. Tymczasem w komentarzach pod toruńskimi publikacjami nie brakowało właśnie takich uogólnień.

To szczególnie niebezpieczne w mieście, które swoją przyszłość wiąże z nauką, turystyką, biznesem i współpracą międzynarodową. Co więcej, nieodpowiedzialnym jest również zapraszanie do studia skrajnych radykałów i pozostawianie ich wypowiedzi bez kontry i kontroli.

Krytyka tak. Kłamstwo nie

Potrzebujemy zdecydowanie wyraźniejszej granicy pomiędzy wolnością wypowiedzi a świadomym rozpowszechnianiem nieprawdziwych informacji. Weźmy przykład Donalda Tuska. Można zarzucać premierowi prowadzenie polityki nadmiernie przychylnej Niemcom. Można nazywać jego poglądy prozachodnimi, a nawet proniemieckimi. Można stanowczo nie zgadzać się z jego decyzjami. Ale przedstawianie Donalda Tuska jako Niemca w sensie jego rzeczywistej narodowości jest rozpowszechnianiem nieprawdziwej informacji. Czy państwo powinno reagować na celowe kłamstwa, które służą dyskredytowaniu ludzi, podsycaniu wrogości i manipulowaniu opinią publiczną? Uważam, że tak. W przypadkach spełniających przesłanki naruszenia prawa powinna istnieć realna i skutecznie egzekwowana odpowiedzialność, również finansowa.

Oczywiście sama obraźliwa wypowiedź o polityku nie może automatycznie oznaczać kary. O bezprawności powinien decydować niezależny sąd, z uwzględnieniem kontekstu i konstytucyjnej wolności słowa. Jednak wolność wypowiedzi nie może być traktowana jak gwarancja bezkarności za groźby, nawoływanie do przemocy czy bezprawne szerzenie nienawiści.

Czas skończyć z anonimowością internetowych agresorów

Wyobraźmy sobie prostą sytuację. Staję na Rynku Staromiejskim w Toruniu i publicznie nawołuję do popełniania przestępstw. Grożę określonym osobom albo podżegam do przemocy wobec cudzoziemców. Czy zainteresuje się mną policja? Oczywiście. A jeżeli dokładnie te same słowa opublikuję w internecie, korzystając z anonimowego konta? Przepisy nadal obowiązują. Problemem stają się jednak szybkość wykrywania sprawców, możliwość ustalenia ich tożsamości i skuteczność egzekwowania prawa. Internet nie może być miejscem, w którym człowiek zyskuje poczucie bezkarności tylko dlatego, że zamiast twarzy pokazuje pseudonim.

Jestem zwolennikiem daleko idącego ograniczenia anonimowości w publicznej debacie internetowej. Docelowo powinniśmy poważnie rozważyć zasadę, zgodnie z którą autorzy publicznych komentarzy występują pod własnym imieniem i nazwiskiem. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że takie rozwiązanie wymaga zabezpieczeń. Anonimowość chroni również sygnalistów, ofiary przemocy i osoby ujawniające nieprawidłowości.

Dlatego co najmniej standardem powinno stać się wiarygodne potwierdzenie tożsamości użytkownika, przy jednoczesnej ochronie jego danych przed publicznym ujawnieniem, jeżeli korzystanie z pseudonimu jest uzasadnione. W przypadku podejrzenia przestępstwa właściwe organy powinny mieć możliwość sprawnego ustalenia sprawcy, z zachowaniem kontroli prawnej.

Takie rozwiązania należy projektować na poziomie całej Unii Europejskiej. Internet nie kończy się przecież na polskiej granicy.

Inne państwa już szukają rozwiązań

Warto spojrzeć na doświadczenia innych krajów. W Korei Południowej wprowadzono obowiązek identyfikacji użytkowników wybranych serwisów internetowych. W 2012 roku tamtejszy Trybunał Konstytucyjny uznał jednak system za niezgodny z konstytucją. Było to ostrzeżenie, że walka z nadużyciami nie może odbywać się kosztem nieproporcjonalnego ograniczania wolności wypowiedzi.

Niemcy przyjęły inne podejście. Ich przepisy dotyczące usług cyfrowych przewidują możliwość korzystania z usług anonimowo lub pod pseudonimem, jeśli jest to technicznie możliwe i uzasadnione. Nie oznacza to jednak przyzwolenia na łamanie prawa. W Wielkiej Brytanii ustawa Online Safety Act nakłada na platformy internetowe obowiązki związane z ograniczaniem ryzyka nielegalnych treści i ich usuwaniem. Brazylia stosuje jeszcze inne rozwiązanie. Przepisy Marco Civil da Internet przewidują, że określeni dostawcy usług internetowych przechowują przez sześć miesięcy dane dotyczące dostępu do aplikacji. Ich udostępnienie w przewidzianym prawem trybie wymaga kontroli sądowej.

W Unii Europejskiej funkcjonuje już Akt o usługach cyfrowych (DSA), który zobowiązuje platformy do zapewnienia mechanizmów zgłaszania nielegalnych treści oraz nakłada dodatkowe obowiązki dotyczące zagrożeń systemowych na największe platformy.

Żaden z tych modeli nie rozwiązuje wszystkich problemów. Pokazują jednak, że istnieje pole do działania: od skuteczniejszej identyfikacji sprawców przestępstw, przez egzekwowanie odpowiedzialności platform, po przejrzyste zasady moderowania komentarzy. Nie musimy wybierać między całkowitą anonimowością a powszechnym ujawnianiem danych osobowych. Musimy stworzyć system, w którym ukrycie nazwiska nie oznacza możliwości uniknięcia odpowiedzialności.

Nienawiść jest również narzędziem wojny hybrydowej

Ten problem ma jeszcze jeden wymiar, o którym zdecydowanie zbyt rzadko mówi się w lokalnych debatach. Podsycanie nienawiści, rozpowszechnianie fałszywych informacji, wzmacnianie społecznych podziałów i podważanie zaufania do instytucji państwa należą do metod wykorzystywanych w operacjach wojny informacyjnej i działań hybrydowych.

Europejska Służba Działań Zewnętrznych od lat wskazuje, że operacje zagranicznej manipulacji informacyjnej mogą być ukierunkowane na pogłębianie polaryzacji i destabilizowanie demokratycznych społeczeństw. Szczególną uwagę poświęca się w tym kontekście działaniom powiązanym z Rosją. Nie oznacza to oczywiście, że każdy agresywny komentarz w internecie został napisany na polecenie obcego państwa. Ale oznacza, że społeczeństwo przyzwyczajone do nienawiści i dezinformacji staje się łatwiejszym celem dla tych, którzy chcą je dzielić i osłabiać. Dlatego przeciwdziałanie takim zjawiskom nie jest jedynie kwestią kultury dyskusji. To również sprawa bezpieczeństwa państwa i całej Europy. Potrzebujemy wspólnych europejskich standardów odpowiedzialności platform, sprawniejszej współpracy organów ścigania i skuteczniejszej walki ze zorganizowanymi kampaniami dezinformacyjnymi.

Jeżeli państwo nie działa wystarczająco skutecznie, odpowiedzialność przechodzi również na odbiorców

Nie wszystko da się rozwiązać ustawą. Nie każdy szkodliwy komentarz jest przestępstwem. Nie każda nieprawdziwa informacja może być podstawą sankcji. Ale każdy z nas może zdecydować, jakie media wspiera swoją uwagą. Możemy przestać odwiedzać portale, których model biznesowy opiera się na podsycaniu nienawiści. Możemy przestać udostępniać treści publikowane wyłącznie po to, by wzbudzić agresję. Możemy wreszcie zwracać uwagę reklamodawcom, przy jakiego rodzaju materiałach pojawiają się ich reklamy.

Możemy przestać odwiedzać portale, których model biznesowy opiera się na podsycaniu nienawiści. Możemy przestać udostępniać treści publikowane wyłącznie po to, by wzbudzić agresję. Możemy wreszcie zwracać uwagę reklamodawcom, przy jakiego rodzaju materiałach pojawiają się ich reklamy.

Dawid Gulczyński
współwłaściciel portalu, dziennikarz

Firmy wydające pieniądze na reklamę mają prawo, a często również obowiązek wobec własnej marki, wiedzieć, jakie treści finansują pośrednio swoją obecnością. Jeżeli właściciel portalu wie, że radykalne komentarze i sensacyjne materiały zwiększają liczbę odsłon, a wraz z nimi przychody reklamowe, nie będzie miał ekonomicznej motywacji do zmiany. Dopóki odbiorcy i reklamodawcy nie zaczną wymagać odpowiedzialności. Nie chodzi o bojkotowanie mediów za ich poglądy polityczne. Chodzi o odmawianie finansowego wsparcia tym, które świadomie rezygnują z elementarnych standardów rzetelności. Media mają ogromny wpływ na klimat społeczny. A klimat społeczny nie pozostaje bez znaczenia dla naszego bezpieczeństwa. Nie można uczciwie twierdzić, że jeden nierzetelny materiał spowoduje kolejny zamach. Nie można jednak lekceważyć konsekwencji normalizowania przemocy, pogardy i kłamstwa.

Czas działać. Nawet jeżeli podniesie się larum

Każda próba wprowadzenia nowych zasad odpowiedzialności w internecie wywoła sprzeciw. Pojawią się oskarżenia o cenzurę, zamach na wolność słowa i ograniczanie demokracji. Część tych obaw będzie uzasadniona. Dlatego przepisy muszą być precyzyjne, proporcjonalne i podlegać kontroli niezależnych sądów. Nie może to jednak służyć jako pretekst do całkowitej bezczynności. Wolność słowa jest fundamentem demokracji. Nie jest natomiast prawem do bezkarnego nawoływania do przemocy. Toruń powinien szczególnie dobrze rozumieć tę różnicę. Jesteśmy miastem akademickim, miastem spotkań różnych kultur, miastem, które chce przyciągać zagranicznych studentów, inwestorów i turystów.

Nie możemy jednocześnie budować wizerunku otwartej metropolii i tolerować nienawiści wobec ludzi tylko dlatego, że przyjechali z innego kraju. Krakowska tragedia powinna być sygnałem alarmowym dla całej Polski. Dla polityków, dziennikarzy, właścicieli mediów, administratorów fanpage'ów i internautów. Jeżeli najważniejszą wartością mediów pozostanie liczba odsłon uzyskanych na cudzym nieszczęściu, jeżeli każde dramatyczne wydarzenie będziemy natychmiast wykorzystywać do politycznej walki, jeżeli nadal będziemy mylić wolność wypowiedzi z bezkarnością, to będziemy dalej niszczyć społeczne zaufanie. A odbudować je jest znacznie trudniej niż zburzyć.

Wczoraj dramat rozegrał się w Krakowie. Nie mamy żadnej gwarancji, że podobna tragedia nie wydarzy się w innym polskim mieście. Również w Toruniu. Nie czekajmy więc na kolejne ofiary, aby zacząć poważnie rozmawiać o odpowiedzialności.

Bo pytanie nie brzmi już tylko, ile nienawiści jesteśmy w stanie tolerować. Pytanie brzmi: ile jeszcze jesteśmy gotowi za nią zapłacić?

Wybrane dla Ciebie